kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Zobacz temat - Zaułek
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre
uwaga
WEATHER ALERT! Ostrzeżenie przed burzami dla obszaru Seattle.Czytaj dalej.
uwaga
Powstało subforum o nazwie "Alternatywna rzeczywistość".Więcej tutaj
uwaga
Jakiekolwiek problemy prosimy zgłaszać do adminów lub w tym temacie. W razie kłopotów z wyglądem strony pomoże twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.


Zaułek



job
straszę ludzi w Seattle

feelings
za pieniądze

and more
ktoś coś?

Dreamy Seattle
100 lat
210 cm
mieszka w Chinatown

2020-10-14, 07:21


Mów mi:Dreamy Seattle
MULTI:-
 



job
you can break and throw yourself away

feelings
and if you need to, you can break me too

and more
please just take me with you when you go

keyvan khayyam
18 lat
178 cm
mieszka w South Park

2020-10-22, 19:49


    ___________[ 12 ] trigger warning
To by było potwornie niewdzięczne nie czuć się teraz lepiej, nie?
Faktycznie. I niewdzięczny był zwyczajnie, niewdzięczny wobec czasu który Ashton mu dawał, wobec długich godzin milczenia, łazienki sprzątanej wciąż od nowa, wymuszonej odporności na grad najpaskudniejszych słów. Niewdzięczny wobec Milo, który obiecał zawsze być i wybaczyć tamte tajemnice, któremu sam przed kilkoma dniami przysięgał szczerość, bo przecież podobno tylko szczerością można było z tego może jakoś wybrnąć wybrnąć, tylko prawda mogła ich uratować.
Nieprawda – nie mogła. Nic nie mogło nikogo uratować i Key myślał o tym dziś z ciasno podkurczonymi pod siebie nogami, klatką piersiową gwałtownie unoszącą się i opadającą w roztrzęsionych oddechach i z niekontrolowanymi świstami wypadającymi z ust. Źle, niedobrze, z kąta pokoju patrzyło to niewdzięczne odbicie, wyglądało zza ich lustra. Ich, jego i Cosmo, którego nie miało prawa być nigdzie w pobliżu, a który był mimo wszystko, wysyłał te wiadomości, trudne, za trudne, a może właśnie przeciwnie – w jakimś dziwnym paradoksie banalnie proste, bo przecież Key tak bardzo chciał się zgodzić, entuzjastycznie przytaknąć i nie mieć już żadnych wątpliwości. Bo chciał ulgi i Cosmo w swoim życiu też chciał, bo wbrew pierwotnym obawom życie rzeczywiście układało się w jakąś bezkształtną i pokraczną formę, ale wciąż nie znosił tej formy tak szczerze i serdecznie, bo zbyt boleśnie zdawał sobie sprawę z tego jak samotnie byłoby zostać bez Fletchera, bez myśli o dzieleniu z nim wspomień z Vegas. Samotność zrobiła się z resztą strasznie dziwnym pojęciem – bo Key rzeczywiście rzadko bywał w ostatnim czasie naprawdę sam, skoro prawie bez przerwy czuwał nad nim ktoś ważny i bliski, ale i tak nie dało jej się pozbyć, wyprzeć, udawać że wcale nie przysłaniała myśli ciężką mgłą nawet wtedy, gdy zsunięte łóżka oferowały komfort i bezpieczeństwo cudzego ciepła. Tyle tylko, że i z tym niewygodnym poczuciem, i z faktyczną fizyczną samotnością należało się w tym wszystkim liczyć, bo przecież nie mógł – nie mogli – tak w nieskończoność. Więc teraz w mieszkaniu był sam, teraz nie było Ashtona przed którym z tym niepodobnym do siebie zacięciem gotów był wierzyć i udawać, że cokolwiek rzeczywiście wraca do normy. Sprawy może wróciłyby do normy, gdyby do tych spraw wrócił Cosmo, gdyby nigdy nigdzie nie pojechali, gdyby dalej mieszkali we dwójkę na tych kilkunastu nędznych metrach, gdyby niektórymi wieczorami dalej milczeli niezręcznie, a innymi z rozmazanym obrazem przed oczami wirowali w rytm Morrisseya, z zupełnie nieornicznej inicjatywy Fletchera okazjonalnie przerywanego kawałkami Pitbulla. Sprawy nie mogły wrócić do normy, więcej, nie mogły nawet się do niej zbliżyć, bo ponad wszystkim było Vegas i Vegas wisiało nad głowami każdego z nich. Nie tylko nad Cosmo i Keyem, ale nad Florianem, nad Ashtonem, nad całym kręgiem najbliższych, których tak bezczelnie i niewdzięcznie zostawili bez odpowiedzi, a z których pomocy korzystali do dziś. Prawda nie mogła ich uratować, bo prawda była przykra, inna niż ta nienazwana przyszłość którą wszyscy wspólnie postanowili, zupełnie jakby o takich rzeczach można było decydować, gdy w świadomościach takie wspomnienia układały się we właśnie taki sposób, stale zaakompaniowane migawkami z tamtej podróży, składanymi przed samym sobą obietnicami, że właśnie ta podróż nigdy nie ma prawa się skończyć, że skończyć mogą się tylko siły, pieniądze i wreszcie też oni.
Nie powinni, on nie powinien, nigdy nie powinien z Cosmo rozmawiać, Florian przecież mówił, mówił że jego życie ważniejsze od ich przyjaźni. Ale rozmawiali i tak, wbrew prośbom, nakazom, zakazom, wbrew wszystkim tak w zasadzie, bo co do tego wszyscy byli zgodni – nie powinni. Bo to nie było wszystko takie proste, nie dało się nie rozmawiać wcale, bo tylko Cosmo rozumiał; i nie chodziło wcale o to, że nie zrozumiałby ktokolwiek inny, że szczerość i tą nieprzyjemną prawdę na bok odsuwałby Ashton czy Milo, ale o to, że Cosmo nie musiał mówić tak w zasadzie nic, Cosmo wiedział i był, był sobą po prostu, dzielił te wspomnienia i to wystarczało w zupełności, sama świadomość że sam nie był. Rozmawiali, wysyłali te wiadomości i ukradkiem przystawali na co dłuższe połączenia, bo Floriana nie ma akurat nie wkurzy się, bo Ashton dziś u Devona, bo to przecież bez znaczenia – tylko rozmawiali. Może niepotrzebnie rzeczywiście, źle zrobili może, ale nie było odwrotu, nie teraz gdy te wiadomości nagle trąciły desperacją, tą najgorszą, tak dobrze przecież Keyowi znaną, wciąż w środku chyba na swój sposób żywą, bo przecież tych potrzeb i myśli nie dało się zabić, zdusić i wdeptać w ziemię. I dlatego palec co dłużej wisiał nad ekranem, dlatego tak bał się – mocno i zupełnie szczerze – gdy Cosmo nie odzywał się godzinę, dwie, dlatego kilka razy wyciągał dłoń po rzuconą nieopodal kurtkę i zastanawiał się czy nie wyjść, nie szukać bo... bo chyba wiedział do czego zdolny był, chyba Cosmo zbyt wierną i zbyt oddaną kopią własnej świadomości był i dlatego może zgadzał się jechać do tego Dragon Club, bez namysłu rzucał telefon gdzieś w pościel i wahał się ciężko przy wyjściu. Łyżkę weź. Nie, nie bierz, nie będą, nie zrobią więcej głupot, bo miało być dobrze, obiecywali przecież. Tylko jakoś zbyt mocno zaciskało na gardle palce poczucie, że to niczego nie zmieni, że jeśli będ... jeśli Cosmo zdeterminowany będzie, to może gorzej nawet, więc wziął tą pierdoloną łyżkę też, wciskał ją w kieszeń kurtki tak głęboko, z palcami zaciśniętymi mocno na metalu trzaskał za sobą drzwiami i pospiesznie ruszał klatką schodową w dół, dziś nie potrafiąc przejąć się tym, że Scooby źle znosił zostawanie w pojedynkę. Nie szkodzi, bo szybko wrócą – jeszcze na fali bohaterstwa i wmawianego sobie naiwnie poczucia niezłomności w obliczu całego tego widma niepowodzenia wiszącego ciężko nad Fletcherem, Key intensywnie powtarzał sobie że to nie tak zupełnie, że wyjebią ten syf i do mieszkania wrócą. I nic, zupełnie nic, że przecież bardzo głośno odzywało się w myślach przeświadczenie że ten syf tak naprawdę nie ma prawa się zmarnować, tak samo jak przemożna chęć żeby mimo wszystko się zgodzić, bo może to jedyna taka okazja, bo tyle przecież już wytrzymał i może to trochę jak nagroda, wreszcie szansa na ucieczkę od tego nieszczęsnego poczucia winy, od budzenia się z perspektywą zupełnie zepsutego życia – tak samo swojego, jak dosłownie każdego kto zechciał mu w ostatnich tygodniach pomóc. To też było niewdzięczne: tak łatwo uginać się pod ciężarem poczucia winy za coś, co na swoich najbliższych ściągnęło się samemu, rościć sobie jakiekolwiek prawa do zachowywania się jak ofiara gdy tak ewidentnie zakrawało się na niedoszłego oprawcę. Tak jak dotąd skutecznie zabijał niewypowiedzianą nigdy na głos prawdę na temat tego jak z tym wszystkim czuł się naprawdę, tak dziś zabić musiał głos rozsądku, i tak już całkiem cichy i nieśmiały wobec miejsca i czasu w które nieuchronnie prowadziły te wartko stawiane wzdłuż płyt wąskich chodników kroki. Dziś świadomość w kółko dyktować mogła tylko jedno: Cosmo. I cokolwiek co ten Cosmo mógł trzymać w drobnych dłoniach albo upychać po kieszeniach, nieważne, wszystko nieważne przecież.
Więc była ta speluna, Dragon Club – drogę znał doskonale, tak samo jak lepki blat tamtejszego baru i obdrapane kafelki łazienki – i pusta ulica, bo to przecież ledwie południe, biały dzień, głupi South Park. I była dłoń pędząca z powrotem do kieszeni kurtki, a w niej tylko łyżka, wcale nie telefon, zostawić go musiał, więc były rozbiegane spojrzenia, moment zawahania i ciała zawisającego w pół raptownego kroku, skoro nie wiedział gdzie szukać zupełnie, a może za późno był? W końcu był też Cosmo, znajoma twarz nieświadomie zupełnie przetwarzana przez umysł, palce łapiące za materiał bluzy i ciągnące stanowczo gdzieś, ale Key tylko patrzeć mógł, bo to wszystko wciąż wydawało się tak samo nierealne jak zwyczajnie niewłaściwe: jakby najgorszy w tym wszystkim był sam fakt, że stali tutaj razem, we dwójkę, byli naprawdę chociaż nie wolno było. Wybity z rytmu szybkim marszem oddech jeszcze przez chwilę rozbijał się po klatce piersiowej, wtedy właśnie gdy wychrypieć należało pierwsze pytanie. Serio masz? Nie, nie, wcale nie, nie interesowało go to wcale, więc nie śmiał spytać. Czy się coś stało, albo co się stało właściwie, bo wiedział przecież jak jest i że zawsze musi dziać się coś, czemu to wszystko i po co, ale może wcale nie chciał wiedzieć już? Nie kiedy wygłodniałe spojrzenie tkwiło w twarzy, tak wyczekujące, że zbrodnią było kolejne długie sekundy po prostu stać i patrzeć. Zwłaszcza że ten głód bił z twarzy tak silnie, tak mocno w zasadzie że przez moment Keyowi zdawało się, że to naturalna kolej rzeczy żeby tak najzwyczajniej w świecie mu się udzielił, że nikt nie miałby mu za złe gdyby... Nie chciał wcale, ale chciał też bardzo, co wydawało się strasznie dziwne, bo do tego momentu to wszystko było przecież łatwe, strasznie zerojedynkowe, zawsze proste tak, rzadziej nie. Dlatego może ręka wciąż tkwiła w kieszeni kurtki, jeszcze ostrożniej ujmowała przyniesioną z mieszkania łyżkę, choć w całej tej niepewności, zmieszaniu przedziwnym trwała wpół nieskończonego ruchu, najnaturalniejszego impulsu złożenia prośby o pośpiech.
- C-co się stało? – wymusił w końcu, choć durne to było przeraźliwie, głupie i naiwne, paskudna strata czasu. Wiedział przecież, że dla Cosmo nieważne już było co się stało, tak samo jak nieważne było całe to pytanie, zbędne i prawie nie na miejscu, ale inaczej nie potrafił – nie potrafił przystać na porażkę i udawać że to będzie łatwe, ale tak samo nie potrafił też tej swojej jedynej szansy odrzucić, złapać przyjaciela za nadgarstek i wymaszerować z nim z powrotem do mieszkania dokładnie tak, jak obiecywał to sobie przed chwilą. Już nawet przed samym sobą ciężko było cokolwiek udawać, ale musiał, naprawdę musiał, dla ich dobra przecież – dla Cosmo dobra, tak jak Florian mówił.
Mów mi:clonazepam#2047
MULTI:nie
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-10-26, 23:43


cosmo & key


Jestem z tobą w Rockland
gdzie pod naszą pościelą ściskamy i całujemy
Stany Zjednoczone Stany Zjednoczone
które kaszlą całą noc i nie dają nam spać


Zimno było ostatnio w tym łóżku; w całym mieszkaniu od każdej ściany bił surowy chłód, spływał wzdłuż okien i framug, osadzał się na meblach grubą warstwą niczym kurz, którego idealnie wypolerowane blaty najpewniej nigdy nie widziały. Lodowato – opuszki palców traciły powoli czucie, przestawały odróżniać miękkość skóry od szorstkiego materiału pościeli, zimne rumienie wypływały na policzki, znowu jakoś bardziej zapadnięte, ale dzięki temu sztucznemu zabiegowi niepozbawione zupełnie koloru. Bo miało już być dobrze przecież, cholernie dobrze. Miał dawać radę, miał zaciskać zęby i pięści, dobry miał być i miał kiwać głową tylko, miał potakiwać, miał zgadzać się i stale ulegać, miał siedzieć cicho i dawać spokój, miał dawać żyć – nawet jeśli samemu żyć najwidoczniej wcale nie potrafił.
Czuł się jak trucizna, wprowadzona bezlitośnie do krwiobiegu. Zanikło gdzieś poczucie człowieczeństwa, zakopane teraz głębiej niż zazwyczaj, choć przecież dopiero co zdawało się raczkować ku górze, ku powierzchni po ostatnim upadku. Ale za mało miały siły te wątłe kończyny i zbyt wielkim ponagleniem zdawały się ciskać spojrzenia ludzi dokoła, żeby nie zepchnąć jej z powrotem do jaskini, w gąszcz podziemnych korytarzy, gdzie zdawała się teraz właśnie ostatecznie się poddawać, ostatecznie wić i zdychać, jak niechciany pies porzucony przy drodze albo jak dzika zwierzyna, zraniona w nierównej walce przez uzbrojonego człowieka.
Więc pozostawało tylko ciało, bo przecież człowieczeństwu równała się cała dusza, całe myśli, szeregi rozważań i niesionych na chwiejnych falach kolejnych chwil słów. Ciało – to samo, którego nie cierpiał tak szczerze, to samo, którego chciał pozbyć się tak zachłannie, to samo, które wyklinał każdego dnia, często niezupełnie świadomie, to samo, które ciągnęło go w dół już tyle razy – a teraz znowu ciągnęło w dół, ku lepkiej podłodze łazienki w Dragon Club. Kolana uderzały ciężko o płytki i musiał cały drżeć tak mocno, i trząść się, bo zimno, zimno było strasznie, więc twarz przyjęła w milczeniu piekące uderzenie obcej, szorstkiej, rozłożonej dłoni; wziąć się w garść – przyjęte, przyjęte wszystko, choć przecież z trudem. Ciało czuje przecież tylko to, co namacalne.
Łatwiej było, kiedy już zdążył zrzec się człowieczeństwa. W głowie mniej się kręciło, gdy zaczynało brakować powietrza, bo zniknął gdzieś ten lęk, że mógłby tak umrzeć właśnie – klęcząc przed obcym oblechem w Dragon Clubie, gdzie znaleźliby go ludzie zamykający następnego dnia, Valya może, rozłożonego na brudnej posadzce albo z głową w sedesie. Nieważne, co by mówili, bo mówiliby jedno tylko, ale ciało nie przejmuje się takimi rzeczami wcale, ciału nie sposób jest przejmować się czymkolwiek; zwłaszcza ciału bez duszy. Więc mogli szukać – znaleźliby go łatwo, z policzkiem wspartym o deskę klozetową, do której mężczyzna przycisnął go kiedy już skończył, chwilę przed wrzuceniem do środka zmiętego banknota. Drżąca wciąż dłoń wystrzeliła do niego pospiesznie, w ukłuciu gorzkiego lęku przed tym, co może się wydarzyć, między myślami o spuszczanej wodzie i o gorszych rzeczach, które za chwilę mogły się stać. Ale dał mu spokój wreszcie, chociaż zaśmiał się paskudnie i przed wyjściem jeszcze powiedział coś cholernie ohydnego, czego ciało nie chciało pamiętać, więc wyrzuciło – bo taki był jeden z plusów bycia jedynie ciałem, niczym więcej.
Zimno z mieszkania przenikło go najwidoczniej do szpiku gości, bo tak samo nieznośnie wstrząsało całą powierzchnią ciała nawet wtedy, gdy ostre, gorące powietrze siekało po palcach i banknocie, wsuwanym desperacko pod suszarkę. Ostre i gorące musiały być też łzy, toczące się zbyt szybko po policzkach, nagle zupełnie i całkiem bez ostrzeżenia – przesuszone oczy, to dlatego tylko, bo ciało nie mogło czuć wstydu ani zażenowania. Ciało nie mogło czuć nic, nawet jeśli po kolejnym sygnale w słuchawce odezwała się wreszcie automatyczna sekretarka, ciągnąc go bardziej w dół, mocniej, bardziej stanowczo. Więc znowu był na kafelkach, tym razem przy umywalce, podciągając mocno kolana pod brodę; więc trzymał rozłożony przed oczami ten nieszczęsny banknot, który był wszystkim, co teraz miał; więc chcąc powstrzymać ciało od konwulsji, przyciskał mocno ramiona do tułowia, zaciskał zęby na wewnętrznej stronie policzka, oddychał.
Próbował oddychać.
Próbował też czekać, ale czekanie było straszne i nikt nie dzwonił, i nie pisał nikt. Nie – nieprawda. Key pisał, to tylko Florian nie pisał, ale w tej ciężkiej już od wyparcia człowieczeństwa głowie Florian musiał równać się każdemu, bo Florian był tutaj najważniejszy, tak naprawdę. I Key. Kochał go przecież, kochał go tak cholernie, obu ich kochał, ale Florian nie mógł wyjść z głowy, Florian szamotał się ciągle przy nim, krzyczał do ucha, wbijał paznokcie głęboko w skórę, przemawiał przez smsy Khayyama. Zadzwoń do Floriana. I nie wiedział, czemu usłuchał, i nie wiedział, czemu po wymienieniu banknotu na działkę znowu przyciskał wyświetlacz telefonu zbyt mocno do buzi, nie wiedział, czemu znowu wybierał ten numer, zapisany nawet jako alarmowy – naprawdę nie wiedział. Nie wiedział, czemu, bo przecież z kolei bardzo dobrze wiedział, że nikt po drugiej stronie się nie odezwie, że głos Floriana nie dotrze do uszu, że nie ma co się łudzić, bo zajęty był, cholernie zajęty. Zajęty niebyciem lub byciem daleko.
Key też był daleko. Długo, naprawdę długo, ale świadomość tego uderzyła w Cosmo dopiero wtedy, gdy ta tak dobrze znana, ale nagle dziko odległa twarz pojawiła się w zasięgu wzroku. I on sam na ułamek sekundy musiał znieruchomieć, zanim wziął się w garść, zanim spuścił wzrok i starał się nie patrzeć – nie tu, nie mogli tu, nie tak nie widoku, nie tuż przy klubie; tak więc kawałek dalej, no już, Key. Wpół świadomie chyba ciągnął go za sobą, całkiem bezmyślnie pokonując impulsywnie obieraną drogę, żeby w końcu zatrzymać się gwałtownie w miejscu, w którym powinni być bezpieczni – jeżeli bezpieczeństwo było jeszcze w jakiejkolwiek cenie. Żeby Key był bezpieczny, Key i ciało. I wtedy dopiero, równo z tym drżącym pytaniem, które ułożyło się na języku Khayyama, Cosmo odważył się podnieść na niego wzrok. Spojrzenie przesunęło się po dziwnie żywej twarzy, oczy przez kilka długich sekund badały uważnie zagłębienia skóry na policzkach, usta zaciskały się mocno, niezdolne do wyrzucenia z siebie żadnych słów.
I zimno było dalej, ale im bliżej Keya, tym jakby trochę cieplej, więc niepewnie całkiem musiał w końcu zrobić ten krok w jego stronę, i jeszcze bardziej niepewnie wysunąć tę drżącą rękę ku górze, do jego twarzy, i ostrożnie, bardzo ostrożnie, ułożyć w końcu opuszki palców na ciepłym od pośpiechu, dziwnie kontrastującym z lodowatością jego własnego ciała policzku. Chwila tylko. Chwila, bo w głowie huczało to pytanie nadal. Co się stało? Wszystko, Key, kurwa, wszystko się stało, wszystko zepsułem, runęło wszystko, wszystko to moja wina, tego nie da się wymazać, zawsze byłem brudny i jestem dalej brudny, i mogę być tylko brudniejszy, Key, ja pierdolę, nie da się po prostu, i ty dobrze wiesz o tym, że się nie da. A jednak zamiast odpowiedzieć, przesunął dłoń z policzka chłopaka za ucho, na tył głowy, żeby nieśmiało i stanowczo jednocześnie przycisnąć jego głowę do swojego ramienia; żeby własnym podbródkiem odnaleźć do zagłębienie, w którym tak dobrze układała się głowa, żeby docisnąć policzek do jego ucha i wolną rękę ułożyć na moment jeszcze na jego plecach, uczepić się materiału materiału bluzy. Drżący oddech, ale słowa nie mogły już drżeć, nie miały prawa.
- Kocham cię, Key. – Kocham, kocham, kocham. Ciało nie mogło kochać.
Ostatni krzyk człowieczeństwa.
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 



job
you can break and throw yourself away

feelings
and if you need to, you can break me too

and more
please just take me with you when you go

keyvan khayyam
18 lat
178 cm
mieszka w South Park

2020-10-29, 21:39


Tajemnicą nie było to, że coś w tej relacji zawsze było trochę inaczej niż być powinno – że wciąż od nowa potrafili na zmianę traktować się jak bracia, a potem z własnej wygody odpychać i przymykać oczy na te rzeczy, które przecież tak głośno wołały o choćby najnędzniejszą odrobinę troski. Wspólnie unikali niewygody rozmowy i wspólnie tłumaczyli się nieprzekraczalnymi granicami prywatności, zupełnie jakby pytanie – okazjonalne, krótkie i bezpośrednie – byłoby jej rzeczywistym naruszeniem. I tak było zawsze, od początku, odkąd tylko na ciasnych kilku metrach kawalerki zdali sobie sprawę z tego jak realnie podobni do siebie byli, bo może już którymś ze z początku niepewnych spojrzeń i chwilą chybotliwego kontaktu wzrokowego w pierwszych dwóch tygodniach znajomości zawarli jakąś niepisaną umowę, ważny pakt którego w akcie najwyższej honorowości i paskudnego tchórzostwa nie śmiał do tej pory naruszyć żaden z nich. Może nie chodziło już nawet o to, że większość czasu tak łatwo było ten zmęczony wzrok odwrócić od tego, co wydawało się na tle tężejącej z każdym miesiącem atmosfery kurwidołka najbardziej niepokojące, ale o to, że ciężko było patrzeć na kogoś i czasem mylić go z własnym odbiciem. Tak komfortowa i kojąca była ucieczka w rozgraniczenie zbyt podobnych światów i właśnie dlatego Key nigdy tych troskliwych pytań nie zadawał, nigdy nie zastanawiał się na głos dlaczego Cosmo wygląda tak marnie i nigdy nie liczył piętrzących się w zlewie brudnych talerzy po to, by jakoś swoje zepchnięte na tyły świadomości podejrzenia spróbować potwierdzić. Nawet Vegas, to pierdolone Vegas, nie było zbliżeniem na miarę szczerej rozmowy. Wszystko mogło dalej wisieć w powietrzu i wszystko mogło zostać w sferze domysłów: co właściwie działo się z Cosmo, dlaczego się działo, skąd krew na łazienkowej podłodze i wreszcie skąd w ogóle zgoda na to, żeby z dnia na dzień rzucić wszystko co mieli – nawet jeśli nie było tego wiele – i tak po prostu ruszyć do Nevady. I Key rozumiał chyba całkiem dobrze, że pewnych rzeczy pewnie nie potrafiłby do końca pojąć, tak samo jak potrafił zmierzyć się ze świadomością, że niektóre z nich musiały pozostać niewypowiedziane, ale dłużej nie potrafił zasłaniać się już dobrem Cosmo, złudnym przekonaniem, że cisza nie miała prawa ich wykończyć. Bo w tym momencie Cosmo nie tylko był i rozumiał z samego tytułu bycia, ale też plątał się bezradnie w tym wszystkim i bał, chyba że to Key tak bardzo potrzebował wierzyć w jego strach, tylko i wyłącznie po to żeby jakoś usprawiedliwić swój własny lęk. Ten lęk o którym naprawdę nie wypadało mówić na głos, bo bać się życia było dziecinnie, zwłaszcza teraz, kiedy wszystko mieli: i dach nad głową, i ludzi do łapania za dłoń z przejęciem, i perspektywę – tylko wyzdrowienia i niczego więcej, bo przyszłość naprawdę kończyła się z momentem każdego kolejnego przymusowego wyjścia z mieszkania, ale perspektywę. Sztuczną, fałszywą, to musiała być jakaś wyjątkowo niepotrzebna ironia, że Key potrafił ze wspomnieniem wszystkich swoich przekrętów i mglistych wyjaśnień brzydzić się kłamstwem takim jak ta perspektywa.
Był Cosmo, Cosmo-odbicie i twarz która paradoksalnie wydawała się tak samo znajoma, zupełnie jakby nietknięta dobrem długich dni troskliwej opieki, jak obca, nowa, nieodkryta. Niezupełnie jasne było z kolei to, czy to na pewno ta twarz była tak znajoma jak obca, czy może tylko ten głód tak agresywnie z niej wyglądający, z jednej strony zapamiętany doskonale co do każdego bolesnego skurczu żołądka i siniaka na szarej, papierowej skórze przedramion, a z drugiej strony gdzieś na tą bezpośrednią prośbę najbliższych odsunięty, wyparty i przemilczany. Twarz nie mogła cofnąć się przed wyciągniętą ostrożnie naprzód dłonią, bo twarz potrzebowała sprawdzić, pilnie przekonać się, że to wszystko było jak najbardziej prawdziwe, bo nawet jeśli nadgarstek wciąż mrowił odciskami stanowczo zaciśniętych i ciągnących wgłąb najbliższej alejki palców, to Key wciąż chyba nie potrafił tej prawdy zweryfikować, zrozumieć. Nie drgnął z resztą też pod przenikliwym chłodem zetkniętej z policzkiem dłoni, być może nadal w pośpiechu i niepokoju próbując poskładać całą tą sytuację – wiadomości, widok przyjaciela, gesty, wszystko – w jakąś jedną sensowną całość, wzrokiem na wyrażającej ten najbardziej zrozumiały i ludzki niepokój twarzy szukać odpowiedzi. Na próżno, ale w końcu odpowiedziała bliskość, w obliczu której Key zdolny był w ciszy instynktownie opleść to wciąż tak drobne ciało ramionami, przycisnąć go do siebie. Albo może siebie do niego, bo twarz w zagłębieniu obojczyka, bliskie gasnące ciepło i cichy głos przypomniały, jakie to wszystko było ważne. Kurwa, tak cholernie ważne, choć wcale nie potrafiłby powiedzieć tego na głos, jakkolwiek nazwać.
Tym bliżej musiał go trzymać i tym mocniej tymi ramionami oplatać, gdy w końcu zaoferował to krótkie, dźwięczące najdziwniejszym rodzajem smutku zdanie. Kocham Cię, Key. On go też kochał. I teraz, i wczoraj, i cały ten czas przecież, cały czas go kochał. O ile mogli, czy można było kochać w ogóle? Z poczuciem człowieczeństwa zatopionym już długie tygodnie temu i ze światem rzuconym żeby desperacko splatać palce z cudzymi brudnymi dłońmi, patrzeć błagalnie w nadziei na odrobinę łaski, tak, tak, łaski tylko, bo już nawet litość nie była do niczego potrzebna. I czy naprawdę miał prawo mówić że kochał, zapewniać, że to wszystko zawsze było z miłości i szacunku, te przemilczane sprawy i dzielone działki, skoro wyrządził mu tyle krzywdy? Bo wiedział to już teraz – wiedział, że Vegas poruszyło różne rzeczy, wiedział i rozumiał też że to nie była konieczność ani wizja silnie osadzona w krążącej nad głowami przyszłości, że to wcale nie było tak że sam się o to poprosił, tylko tak, że poprosił o to dla ich obu. Paskudne, najprawdziwiej paskudne. Okrutne, samolubne, rozumiał przecież, a i tak robił to dalej, i tak cały czas znajdywał kogoś do pociągnięcia za sobą na dół i nawet czysty od heroiny nie potrafił się tego odruchu wyzbyć, własną nieudolnością nie burzyć życia kolejnej osobie, która była zbyt dobra i wystarczająco naiwna żeby odwrócić wzrok od tego jak wszystko w nim pluło w twarz tej budzącej grozę idei stabilizacji. Chciał więc zaprzeczyć, bo było tak rzeczywiście, że kochał go, kochał po prostu, ale nie chciał teraz tej miłości z powrotem, bo na miłość trzeba było sobie zasłużyć.
- Ja Ciebie też – mówić musiał tak samo pewnie jak bezradnie, znów od nowa budując rozpadające się u fundamentów paradoksy. I trzymać Cosmo też musiał blisko, ale jakby bez przekonania, jakby z obawy że to będzie kolejne nadużycie, kolejna niesprawiedliwość i nowa nieprawidłowość w rzekomo doprowadzonej do porządku (choć nie należytego końca) relacji. Więc pytanie czy rzeczywiście wypadało stać w martwej ciszy i nie puszczać jeszcze przez chwilę, chyba nie, tak naprawdę to wcale nie, wcale nie wypadało, bo po pierwsze w ogóle nie wypadało być, ani tutaj, ani tym bardziej razem. W buncie najsilniejszych emocji znalazł się nawet moment na rozczarowanie i uwierającą w sumienie świadomość złamanych obietnic, ale też na myśl o tym, że nie wszystko stracone może jeszcze. Że oni niestraceni, choć niezupełnie dało się w to uwierzyć. – My... może chodźmy.Stąd. Bo należało spróbować chociaż nie uginać się po raz kolejny, zabrać go stąd, a potem mądrze pomóc, nawet jeśli głos całkowicie mimowolnie zadźwięczał ciężkim zawahaniem, pozwalając wątpliwościom przebić się ponad troskę i determinację, których najwyraźniej wbrew złudzeniom na temat własnej siły woli nie wystarczyło na tą konfrontację. – Nie musimy wcale. – Jakieś enigmatyczne kłamstwo zaoferowane bardziej samemu sobie niż Fletcherowi., którego oszukiwać nie potrafił. Musieli, nawet jeśli ciało nie błagało tak boleśnie i dobitnie jak dotąd, nie wołało o moment wytchnienia. Musieli, ale chcieć i musieć to nie to samo, bo Key naprawdę nie chciał, tak bardzo nie chciał – brać i zawodzić od nowa, ale kłamać też nie, a kłamałby twierdząc że wszystko będzie znów dobrze jeśli tylko pójdą, jeśli Cosmo da się stąd zabrać. Nie będzie. Wiedział przecież, że nie będzie.
Mów mi:clonazepam#2047
MULTI:nie
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-11-03, 21:28


Bycie razem, znowu tak blisko siebie, sprawiało, że serce biło jakoś szybciej, a wzdłuż ciała przebiegał dreszcz adrenaliny. Bo nie mogli przecież, prawda? Nie wolno było, bo Florian nie pozwalał i... i dlatego tylko w sumie; bo trzeba było być posłusznym wreszcie, trzeba było pokazywać, że zależy, trzeba było oddawać się temu całkowicie, walczyć, skreślać uparcie to wszystko, co się stało i nie mówić za dużo, i nie myśleć za głośno, nie robić zbyt gwałtownych ruchów - tylko trwać i... i kurwa, dlaczego to wszystko wydało się nagle tak płytkie i puste, tak skrajnie bezsensowne, bezcelowe, udawane, ślepe; dlaczego obudził się pewnego dnia odkrywając, że już nie ma niczego? Bo z godziny na godzinę trzeba było wyrzekać się coraz więcej i więcej , a tych pustych przestrzeni pozostawionych przez rzeczy, których miał już nigdy nie ujrzeć, nie potrafił zapełnić żaden banał podtykany mu tak uparcie pod nos. Zamiast rozrastać się w dobru, przez te wszystkie dziury stawał się tylko bardziej podatny na zło - łatwiej było upaść i położyć się twarzą wprost do ziemi, niż utrzymać jeszcze przez chwilę w pionie, kiedy nie było na czym już opierać tego całego ciężaru, rosnącego ze wskazaniem na drobnym ekraniku wagi.
Ale teraz znowu byli razem i to było tak silne, i tak dobrze znane - jeszcze mocniejsze niż tamta wizyta u Uriah przed kilkoma dniami i następna, nie tak dawno temu. Bo tu był Key, a Key zawsze kojarzył się tak wieloznacznie, bo do niedawna przecież Key miał miejsce prawie na każdej płaszczyźnie życia i rozrósł się na tym cosmosowym mikroświecie tak wiernie i mocno, że aż do Vegas trudno było choćby pomyśleć o możliwości wydarcia go ze swojego życia wraz z korzeniami. Czasem fakt, że znali się dopiero rok (rok! niecały nawet) wydawał się kuriozalny, jakby wyssany z palca przez jakiegoś wyjątkowego zazdrośnika, bo nie da się przecież wyprodukować takiej ilości szczerej, wzajemnej zależności w tak krótkim czasie. Może powinien zacząć wierzyć w reinkarnację - może z Khayyamem turlali tę samą kulkę gówna jako żuczki w jednej kolonii, zanim jakiś pierdolony burżuj nie rozdeptał ich okrutnie, zapewniając im awans w hierarchii astralnej na podobne, ludzkie tym razem gównojady. A co będzie potem? Czy zarabiali sobie właśnie na ponowną degradację w gnojarze, czy zejdą jeszcze niżej? Przeszłe wcielenia szeleściły płytko w kontenerach, pomiędzy zimnymi ścianami, okalającymi wąski przesmyk między budynkami w South Park.
Ciężko było oderwać się od tego ciała.
Bo Key miał w sobie jeszcze dużo duszy i ta myśl - choć pokrzepiająca - spłycała oddech, wbijała szpony pod skórę i zaciskała palce wokół szyi. Bo Key mógł odejść jeszcze i zostawić go tutaj, bo był o tyle lepszy, mądrzejszy, silniejszy, bo miał dla kogo się starać, nawet jeśli Ashton był pierdoloną kanalią - bo kiedy mówił, że kochał, to mówił szczerze, prawda? Cosmo chciał wierzyć, że to była prawda, serce by sobie wyrwał i oddał na talerzu temu, kto miałby moc, żeby ochronić Khayyama od całego zła na świecie, od zdrad, od wątpliwości, od wykorzystania, od... od niego, chyba? Od niego zwłaszcza, bo to przez niego był tutaj teraz, tylko i wyłącznie. Więc może jednak była w tym jakaś słuszność - żeby trzymać się z daleka.
NIENIENIENIE.
Nie było miejsca na wątpliwości teraz, bo wątpliwości zabierały siłę i czas, a obu tych rzeczy mieli przecież wystarczający niedostatek. Zwłaszcza w obliczu tego wyznania - ja ciebie też - które wydawało się tak niczym niezmącone i szczere, że na krótki moment musiało wypełnić całkowicie jego ciężką od myśli głowę. Bo Key też go kochał i kochali się w ten najpełniejszy i najbardziej platoniczny ze sposobów, i to było takie nieoczywiste - kochać kogoś w ten sposób i tak bardzo nawet teraz, kiedy nie było już przecież miejsca na emocje, kiedy nie było już ważne to, co robi teraz Florian, z kim i dlaczego nie z nim akurat, kiedy nagle nie miało znaczenia nawet to, że będzie wujkiem, bo to wszystko to jakieś puste szablony, w które ktoś z uporem maniaka, na siłę próbował go wcisnąć. Ale Key był, bo Key był zawsze - zrywał się wczesnym rankiem z łóżka, żeby wyprowadzić Scooby'ego na spacer, znosił zapętloną Międzynarodówkę rozbrzmiewającą z głośnika w mieszkaniu, pozwalał mu wciskać w sobie jakiś rozgotowany makaron z grudkowatym sosem, słuchał cierpliwie wywodów na temat wyzysku klasy robotniczej i podziału klasowego współczesnego społeczeństwa, pomagał ustawiać światło do zdjęć i przynosił ze sklepu z taniościami jakieś komunistyczne pierdoły, które Fletcher potem ustawiał dumnie na parapecie.
A teraz to wszystko znikło i miało już nie wrócić, a Cosmo stojąc w tym nieszczęsnym zaułku i obejmując go mocno zdał sobie sprawę z tego, że równie dobrze nic mogłoby już nie być, skoro nie było nawet Keya, jego ostatniej, stałej deski ratunku, która późnymi nocami podtrzymywała mu głowę nad ubikacją i wiedziała bardzo dobrze, co trzeba mówić podczas ataków paniki. Teraz był znowu sam i to było tak strasznie paskudne, i tak bardzo nieznośne, że miał własną łazienkę, odizolowaną od reszty domu, a Florian spał w drugiej sypialni, więc jemu zostawało kulenie się gdzieś na podłodze, przy łóżku na dywanie i zaciskanie mocno pięści, bo nie chciał krzyczeć, i nie chciał płakać, i przede wszystkim nie chciał go wołać - bo miało być dobrze, a on ciągle przeginał i nie umiał się ogarnąć, i nie umiał wyzdrowieć. Czy Key też jest zły za to, że on nadal nie potrafił wziąć się w garść?
- M-musi... Ja muszę, Key, ja nie daję rady tak, nie umiem, nie... - Za dużo słów na jednym oddechu - choć palce nadal zaciskały się na bluzie Khayyama, głowa musiała wreszcie podnieść się z jego ramienia, twarz odsunąć od jego twarzy, zdesperowane spojrzenie zderzyć na nowo z jego wzrokiem. - N-nie chcesz? - wyduszone w końcu z trudem. Dłonie zsunęły się z jego ciała, zawisając ciężko w powietrzu. Nagle znowu ta cała twarz rozmazała się tak potwornie, chwiejny krok w tył. Nie, nie nie. - Możesz iść, Key, napraw... kurwa, możesz iść. Idź, możesz iść przecież. Idź - ostra, urwana komenda, wygłoszona głosem tak żałośnie niepewnym i bojaźliwym, że gdyby teraz usłuchał i odszedł naprawdę, Cosmo chyba rozpadłby się całkiem, kolana uderzyłyby w ziemię. Ale na razie jednak stał, tak bardzo blisko ciągle - stał i patrzył, więc Fletcher też stał i patrzył czy też patrzył, a dopiero potem stał. Nie możesz iść, Key, jak odejdziesz teraz, to mnie zabijesz, widzisz przecież, nie możesz iść, zostań, kurwa, tak bardzo nie zniosę bycia samemu dłużej.
Gwałtownie przełknął ślinę. Drżące dłonie chciały ściskać Keya za nadgarstki i nie puszczać już nigdy, ale teraz miały ważniejsze zadanie przecież, prawda? Nie miał siły nawet na to, żeby rozejrzeć się wokół - wzrok spłynął z twarzy Khayyama niżej, prawa dłoń zawędrowała głęboko do kieszeni. Jest. Więc nie czekając dłużej, po prostu wydobył na wierzch ten zbyt rozpoznawalny, strunowy woreczek, pociągając przy tym mocno nosem. Pochwyciwszy go między palec wskazujący i kciuka uniósł ku górze, żeby Key mógł na niego spojrzeć, żeby mógł zobaczyć, że jest prawdziwy - tak prawdziwy jak oni, a może nawet prawdziwszy? Organizm ścisnął się cały w kolejnej spazmie palącej potrzeby, przez którą musiał zacisnąć mocniej zęby, włożyć więcej wysiłku w to, żeby ustać stabilnie, nie chwiejąc się wcale.
- To twoja decyzja, Key, ale ja już swoją podjąłem. - Te słowa, choć surowe w kształcie, brzmiały zbyt słabo i anemicznie, żeby uznać je można było za groźbę. Gdzieś w przełyku nagle palił ostry strach przed tym, że odejdzie - a jeśli będzie chciał odejść, to czy Cosmo realnie będzie w stanie zrobić cokolwiek, żeby go powstrzymać? Nie chyba; chyba pozostanie tylko patrzeć na to, jak odchodzi, a to za dużo, kurwa, zbyt ciężkie to wszystko. W zapobiegawczym geście, stając do opozycji własnemu, wygłoszonemu przed chwilą stanowisku, palcem wolnej ręki zaczepił znowu o krawędź rękawa bluzy przyjaciela, żeby poprowadzić go za sobą, bliżej ściany, jeszcze bliżej. Zimno cegieł przeszywało go na wskroś nawet przez warstwy ubrań, kiedy opierał się o ścianę, ale to nic przecież, tak? Zsuwając się wzdłuż niej na ziemię, do siadu, musiał w końcu puścić bluzę Khayyama, uderzając w niego ponaglającym spojrzeniem.
Bo to nie była już decyzja pokroju: chcesz brać czy nie chcesz brać, ale raczej wprost zadane pytanie:
Key, jesteś jeszcze ze mną?
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 



job
you can break and throw yourself away

feelings
and if you need to, you can break me too

and more
please just take me with you when you go

keyvan khayyam
18 lat
178 cm
mieszka w South Park

2020-11-08, 21:18


Nie chcesz? Nie, zupełnie niezdolny byłby do tego żeby chcieć naprawdę. W którym właściwie miejscu to był dobry pomysł, właściwy wybór albo jakkolwiek kusząca możliwość, skoro nawet najnieśmielej wyrażoną chęcią przegrał i pogrzebałby absolutnie wszystko. Wszystko z samym sobą na czele, a to chyba właśnie ta ciężka, gwałtowna realizacja sprawiła, że zamiast stanowczego zaprzeczenia usta opuścił tylko kolejny oddech, urwany wpół siłą, z jaką ręce chciały w tym momencie jeszcze raz wyciągnąć się po Cosmo i od nowa przycisnać go do siebie. Może iluzja pospiesznie ulepionego z byle błota lepiej przestała działać i może w gruncie rzeczy nie zmieniło się nic – może pogrzebanie ambicji, planów i chęci, a razem z nimi wreszcie też siebie, koniec końców było jedynym celem do którego realnie potrafił dążyć. Było w końcu to nieznośne kłamstwo o nieco mniej żałosnej od teraźniejszości przyszłości i była dziecięca zabawa w tylko odrobinę dysfunkcyjny dom, ale było też własne imię już dawno temu przekreślone grubą linią, z nim cała reszta. W całym tym mętnym zagubieniu Key może zwyczajnie nie był już zdolny do tego, żeby jakoś sobie to racjonalizować, mówić, że to tylko ten jeden raz, dla Cosmo, i że ten jeden raz niczego z pewnością nie zmieni, bo za duzi byli na to już, za dużo widzieli i zbyt wiele zrobili w imię tego, czego żaden z nich nie chciał nazwać po imieniu. W ogóle było inaczej, w ogóle kłamało się źle – tak jak przed Milo ostatnio, kiedy pytał o tą heroinę pieprzoną; już nawet przed samym sobą niezupełnie potrafił to robić, nawet tych zapewnień że wcale nie muszą wyrzucić z siebie tonem choćby w połowie tak pewnym i stanowczym jak ta twierdząca odpowiedź na pytanie Cosmo, która zupełnie wbrew woli uformowała się w głowie i prawie ułożyła się na ustach. Tak, chciał. Chyba bardziej na pewno niż tylko może – chciał sprawdzić czy będzie tak samo jak wtedy, czy te kilka dni niepokoju dziś naprawdę pociągnie go wyżej i bardziej, czy na pewno dobrze zapamiętał, że brać to jak przywracać dawno utracony porządek, nawet jeśli tylko na marną chwilę. Możesz iść. Idź. Nie mógł, przecież nie mógł, nie mógł machnąć ręką i zostawić, nie z nerwami wciąż ściskającymi żołądek na wspomnienie tych dwóch czy trzech godzin, które Cosmo przemilczał, a które na moment pozwoliły wierzyć, że Fletcher zrobi coś głupiego. Głupiego, zupełnie jakby całe to pojęcie z definicji nie było durne i niepotrzebne, bo głupich było wiele rzeczy: głupio było się uzależnić, głupio zniknąć bez słowa i uciec dwa stany dalej, głupio zbyt mocno polegać na zmęczonych Tobą ludziach, głupio wmawiać sobie że ma się pełne prawo czuć źle. Więc może to wcale nie było głupio chcieć – spróbować? – to skończyć. A może tak. Może tak i może Key też był głupi, skoro rozumiał chyba aż za dobrze i skoro tak bardzo bał się na myśl o tym, że cokolwiek co czuje Cosmo może w choćby niewielkim procencie pokrywać się z tym, co i jemu nawet w tych rzekomo dobrych czasach ciężką myślą przysłaniało każdą próbę osadzenia się w tej nowej codzienności. Wszystko to musiało pospieszną kaskadą prześliznąć się po tkwiącym w głowie poczuciu bezradności, mocno przycisnąć pulsujące dziwnym tępym bólem niepokoju i zmęczenia skronie, a wreszcie zatrzymać się gdzieś w oczach, zapiec i zatrzymać dokładnie wtedy, gdy potrzeba mocniej zaczęła uwierać nadwyrężone całym tym niedozwolonym spotkaniem sumienie.
I jak na zawołanie, jakby Cosmo wiedział co się dzieje, wiedział jaka jest prawdziwa odpowiedź – woreczek. Przed oczami. Nie wystarczyło mrugnąć gwałtownie i nie wystarczyło tylko chcieć odwrócić wzrok, gdy spojrzenie tak perfidnie buntowało się przeciwko bojowej myśli i wbrew woli wbiło się dokładnie tam, gdzie Key wolałby nigdy nie spojrzeć. Idiotyczny impuls i fala zawodu, gdy tak mało zabrakło by nie udało się go powstrzymać – bo dłoń instynktownie spróbowała wystrzelić do góry, palcami przesunąć po folii, jeszcze raz sprawdzić czy naprawdę i na pewno. Po co? Po co sprawdzać miał? Zupełnie niepotrzebne, przecież nie musiał wiedzieć, miał nie chcieć wiedzieć. I tak, w porządku, dłoń rzeczywiście zatrzymała się zanim zdążyła pokonać dystans dzielący kieszeń bluzy i podmiot całego tego zamieszania, ale prawdziwego impulsu, potrzeby przerwania całego tego nieudolnego udawania, uciszyć już nie potrafił. Nie można było pokręcić głową, podziękować, a potem zostawić go samego, zabrać takiego roztrzęsionego do domu też nie można było, a Key wierzył, wierzył naprawdę, było parę takich dni w których wydawało mu się że naprawdę mógłby – tak po prostu odmówić, pójść dalej i dać sobie przyczynę do dumy. Nie. Dziś nie było czego świętować, bo dziś tak łatwo uginał się pod wpływami własnej beznadziei, tak samo jak pod poczuciem jakiegoś obowiązku wobec Cosmo. Był mu to winien. Musiał zostać, dziś naprawdę musiał z nim zostać, nawet jeśli tak dobrze zdawał sobie sprawę z tego co to tak naprawdę będzie znaczyło. Trudno, nie mógł przecież iść. Fletcher mógł udawać, że do podjęcia są jakiekolwiek decyzja, a Key mógł już nie mieć nawet siły na to żeby cokolwiek odpowiedzieć, spróbować przekonać go do zmiany zdania, więc jeśli było coś, co mogło być na te słabe i niespokojne słowa odpowiedzią, to był nią sposób w jaki ufnie pozwolił przyjacielowi pociągnąć się w stronę ściany, a w końcu na ziemię. Dłonie nieporadnie przesunęły się po betonie w próbach zachowania równowagi odbieranej przez uczucie narastającego strachu, nieprzyjemna chropowata powierzchnia i bijący silną falą chłód ziemi wcale nie wystarczył żeby te pędzące bezmyślnie naprzód myśli w jakiś sposób przywołać do porządku.
Zaraz od nowa zrodził się pomysł odwrotu, tym razem nie wycofania się, a próby zaoferowania Cosmo kolejnego szpetnego kłamstwa, nawet jeśli na oszustwa nie miał w tym położeniu siły. Przekonać do zmiany zdania, tak – bo twierdził, że on swoją decyzję już podjął, ale to niemożliwe przecież, na pewno nie mogło być tak źle, Boże, tak strasznie potrzebował w teraz to uwierzyć. Ale źle było naprawdę, a w głowie ponad myśli o bezpieczeństwie Cosmo wybijał się już teraz tylko widok strunowego woreczka, wraz z nim przejmująca tęsknota za tą najskuteczniejszą formą ulgi. Więc gdy zamglone spojrzenie nieprzytomnie przesuwało się po twarzy przyjaciela, palce w końcu ponownie zanurkowały w kieszeń pospiesznie narzucanej na ramiona kurtki, dobyły przyniesionej z mieszkania łyżki. A potem druga, wolna dłoń uformowana w półksiężyc, wyciągnięta w stronę Fletchera.
- Daj. – Krótkie i stanowcze, tak skrajnie inne od tamtych rozmytych zwątpieniem i brakiem wiary zapewnień. Już się nie łudził. Że po prostu mu to zabierze, schowa, potem pójdą, oddadzą to Ashtonowi, a potem pomogą Cosmo, przecież tak bardzo potrzebował teraz pomocy. Oboje potrzebowali może. Nadal. Skoro nawet po tym wszystkim, po piekle gorączkującego ciała i nocach spędzanych wyłącznie na łazienkowej podłodze, jednak wcale nie potrafił powiedzieć sobie dość.
Mów mi:clonazepam#2047
MULTI:nie
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-11-09, 12:38


To kuriozalne wręcz, jak szybko i łatwo przychodziło pogodzenie się ze wszystkimi wymiarami obrzydliwości rzeczy, którą teraz robił. Jak łatwo było ciągnąć za ten rękaw, jak łatwo opadać na ziemię pod ścianą, jak łatwo wbijać spojrzenie w rozmazaną do tej pory w niewyraźnym wspomnieniu twarz przyjaciela. Zbyt łatwo, prawda? I świadomość tego, że te wszystkie czynności wydawały się teraz tak banalnie oczywiste, tak płynnie naturalne, tak proste i podejmowane niemalże bezmyślnie, była najbardziej uwierająca. Próbowała przewiercić się przez pusty umysł, biła się z próżnią, krzyczała głośno nie wypowiadając ani słowa, dysząc ciężko wprost w kark, prześlizgując się wzdłuż ciała. To złe, Cosmo, okropnie złe - ale czy on cały nie był zły? Jak można było od złego człowieka oczekiwać dobrych decyzji?
Źli ludzie nie patrzyli przecież dalej niż na koniuszek własnego nosa i on też teraz tak naprawdę nie potrafił spojrzeć dalej. Bo był Key i Key był teraz najważniejszy na świecie, ale ta cała wewnętrzna troska względem Khayyama wydawała się teraz przecież sztuczna i zupełnie na pokaz - teraz, kiedy na tę krótką komendę daj faktycznie wyciągał w jego stronę strunowy woreczek, kiedy tępo przyglądał się tej łyżce, jakby sam nie dowierzał. Robią to, znowu to robią i robią to tylko dlatego, że Cosmo był tak cholernie słaby - że tak łatwo przytaknął Uriah i teraz równie łatwo proponował Keyowi zaprzepaszczenie całego tego cierpienia, które od dwóch miesięcy dyktowało życie, próbując przywrócić mu odpowiedni tor. Normalny, choć to, co normalne już nigdy nie będzie tak samo blisko, choć normalnie nie było nigdy chyba - zawsze coś było popierdolone, a teraz to wszystko kumulowało się, nachodząc na siebie i rozbrzmiewając tak donośnie, że zagłuszało wszystkie głosy z zewnątrz.
Bo dużo osób krzyczało, prawda? Krzyczał Dede, który chronił go od zawsze, odsyłał do łóżka, kiedy ojciec robił się agresywny, zasłaniał oczy, gdy trzeba było dobić słabe cielaki i zatykał uszy, kiedy ciężkie sapanie Clifforda na łożu małżeńskim kilka metrów dalej czyniło zaśnięcie niemożliwym; krzyczała Felicia, do tej pory znosząca dzielnie wszystkie jego dziwactwa, a teraz dodatkowo nosząca przyszłe dziecko jego najważniejszego brata; krzyczał sam Key, chociaż to był krzyk słaby i niemy, niezwykle łatwy do stłamszenia tym jednym, krótkim słowem, wybrzmiewającym wymuszoną zgodą (daj); i Flo też chyba krzyczał. Jego krzyk najbardziej bolał, bo wydawał się teraz zupełnie nieszczery, fałszywy może - może ten krzyk zachęcał bardziej niż zatrzymywał, może w pozornym ostrzeżeniu można było dosłuchać się w nim konkretnych słów, może życzenie St. Verne'a względem niego było zgoła inne niż szumnie wygłaszane deklaracje i zbitki pięknych wyrazów wypisywanych bez zawahania w wiadomościach i na instagramie. Może miał dość i czekał tylko, aż wreszcie będzie mógł być znowu wolny? Może budził się nad ranem tak wcześnie i wpatrywał gniewnie w tę brzydką twarz, zajmującą miejsce na poduszce zbyt blisko, może dlatego zabierał rzeczy i przenosił się do sypialni obok, może szorował długo zęby za każdym razem, kiedy zostawiał na jego ustach jeden z tych jałowych pocałunków, może zmywał z siebie długo gorącą wodą dotyk permanentnie brudnych dłoni.
Może czekał tylko na moment taki, jak ten - kiedy w szklanych źrenicach odbijał się błysk płomienia zapalniczki, podtykanej drżącą dłonią pod dzierżoną przez Keya łyżkę z bulgoczącą cicho substancją. Może czekał, aż to się stanie i wreszcie będzie mógł być koniec tego udawania, wreszcie będzie mógł wprost powiedzieć mu, że wiedział, że tak będzie, że wiedział, że jest niewdzięczny i zepsuty, i słaby, że wiedział i żałuje teraz każdego ułamku sekundy założonego za naiwną wiarę w to, że da się go uratować. Bo nie dało i Cosmo też wiedział - bo świat był przerażający tak naprawdę, cały świat i on nie potrafił znieść tego całego zamieszania, i nie potrafił poradzić sobie ze wszystkim jak człowiek, bo skoro pod tą brzydką skórą nie było już miejsca na człowieczeństwo, to i wszystkie ludzkie przymioty wydawały się z każdą chwilą coraz bardziej odległe, mniej osiągalne.
Równie kująca była świadomość, że Lori nie powiedziałby żadnej z tych rzeczy; pewnie nie pomyślałby nawet, bo był dobry - dobry, a ten głupi podział na czarno-biały świat, który pojawiał się zawsze, kiedy czynił prawdziwe zło, znowu stał się krystalicznie przejrzysty. Lori był dobry i oddawał mu wszystko, oddawał mu miejsce w swoim mieszkaniu, oddawał mu kolosalną część życia, oddawał mu przestrzeń w wychowywaniu swojej córki, oddawał całą masę cennych rzeczy, których Cosmo nigdy nie będzie w stanie zwrócić - oddawał i nigdy nie chciał nic w zamian, więc to powinno być całkiem niedużo. Dać mu wolność. Bo za to wszystko, co robił, za tę całe morze akceptacji albo chociaż tolerancji, za trzymanie go wciąż tak blisko siebie, za owijanie w ubrania, o których cenach wolał nie myśleć i karmienie jedzeniem, którego prowadzony inną ręką nie byłby w stanie przełknąć, chyba po prostu na to zasługiwał. Bo Cosmo wiedział, że sam nie umie kochać tak jak należy - taka jest właśnie ta twoja miłość; że żadna wiadomość zostawiona na kartce na lodówce, żadne ciastka upieczone na zwieńczenie dnia, żadne cytaty zaznaczone zakładkami w ulubionych książkach i opatrzone gładką dedykacją, żadne szczere deklaracje układające się na języku nie będą wystarczającym podziękowaniem za tę całą męczarnię, na którą skazywał go samą swoją obecnością. I przez chwilę jeszcze myślał, że może tak trwać, że może tak funkcjonować, że może udawać, że nie widzi malinki, której na pewno nie zrobił on i że wierzy w to, że w pracy jest teraz bardzo intensywny czas. Mógł tak udawać, bo wiedział przecież, że nie zasługuje wcale na pełnię miłości - bo nawet okruchy powinny być w porządku, powinien być wdzięczny za to, że ktoś taki jak Lori cokolwiek mu rzuca, a on dawał dużo więcej niż cokolwiek. I dlatego było tak źle, bo wiedział, że złym jest znowu ten krótki płacz przed lustrem, że złym jest oskarżanie go o to, że coraz brzydszy jest znowu, coraz grubszy, coraz bardziej obrzydliwy, że złym są te iskierki negatywnych uczuć, wzbierających czasem gwałtownie, żeby zaraz opaść, stłamszone powinnością bycia tylko i niesprawiania już żadnych problemów.
Ale nie sposób było chyba tak trwać, zwłaszcza, że z każdym kolejnym dniem wzrastało poczucie, że może właśnie powinien usunąć się wreszcie, skoro rozmowa była teraz nieosiągalna. Usunąć, odpuścić, powiedzieć, że dam sobie sam radę, Lori - dlatego miał pójść do Dede, miał spróbować się ogarnąć, miał poradzić sobie sam ten jeden raz w życiu, miał dać mu wolność wreszcie. Tylko, że chyba nie był na to gotowy. To strasznie ciężkie - odpuścić, kiedy kocha się tak bardzo, że można by było ułożyć całe swoje życie na tacy i podawać codziennie zamiast obiadu, patrząc jak ukochane dłonie odrywają sobie kolejno jego kawałki, żeby posilić to ciało zbyt idealne, żeby kiedykolwiek jeszcze dotykało swobodnie jego ciała i duszę tak piękną, że musiała w końcu znudzić się wieczną zgnilizną bytu tak chwiejnego i brudnego, jak ten, który serwował jej Cosmo. Dlatego może robienie problemu było jedyną opcją - bo może on wcale nie chciał jednak sobie radzić? Jeśli tak miało być zawsze, ciągle już, to czy naprawdę trwanie w tym cierpieniu miało jakikolwiek głębszy sens? Czy naprawdę było warto? Może nie trzeba było sobie radzić, może droga na dno było krótka i stroma, może trzeba było wreszcie puścić się krawędzi tego urwiska, skoro nawet ci, którzy deklarowali miłość wisieli teraz nad nim okrutnie, miażdżąc palce twardą podeszwą buta?
- Mogę pierwszy? - słaby był ten głos, ale chyba tylko dlatego, że zbyt nieopłacalne wydawało się teraz uczynienie go mocniejszym. Dłonie drżały zbyt mocno, kiedy odkładał niedbale zbawienną zapalniczkę na bruk gdzieś pomiędzy nimi, a całe ciało, skurczone ciasno z nogami podciągniętymi jeszcze pod brodę, co jakiś czas dygotały przejmująco, kiedy nakierowywał igłę strzykawki na rozpuszczoną na łyżce substancję. W głowie kręciło się nieco, oddech stawał się coraz płytszy. - Okej? - spytał jeszcze, choć już przecież odciągał płyn strzykawką, już podwijał niezgrabnie rękaw swetra. Rozbiegane spojrzenie nie potrafiło już trzymać się tak sztywno twarzy przyjaciela - wzrok coraz bardziej uparcie osiadał na pożądanej substancji, na bladej, papierowej skórze przedramienia, na kilku pojedynczych, starych bliznach po wkłuciach.
Jeszcze raz. Od nowa.
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 



job
you can break and throw yourself away

feelings
and if you need to, you can break me too

and more
please just take me with you when you go

keyvan khayyam
18 lat
178 cm
mieszka w South Park

2020-11-12, 01:41


Rozdygotane ciało, słaby głos, chwila zwątpienia, wreszcie pytanie spokojnie ułożone centralnie pomiędzy myślami o okropności tej chwili. Mogę pierwszy? i jakieś przebudzenie człowieczeństwa, bo w natychmiastowym odruchu ręka z łyżką instynktownie chciała odsunąć się na bezpieczną odległość od dzierżącej strzykawkę dłoni, a spojrzenie równie pospiesznie uniosło się na twarz przyjaciela. Nie, nie, nie było w Keyu już człowieka wcale, chyba nie, bo w głowie szybko powstała ta niepożądana analogia: im szybciej zrobi to Cosmo, tym szybciej zrobi to on. Mógł nie chcieć się zgadzać i mógł twierdzić, że o Fletchera troszczył się zawsze i wszędzie, nawet teraz – albo zwłaszcza teraz? – ale wiedzione instynktem myśli tak paskudnie bezlitośnie obnażały całą prawdę, przypominały, że nawet to, nawet ta przyjaźń, niby jedna z niewielu dobrych rzeczy i zarazem jedyna w całej swojej nieudolności tak niezwykle wyjątkowa, musiała być niewiele więcej niż ledwie kolejnym wytworem spragnionej jakiegoś dobrego, łaskawego świata wyobraźni. Złudzeniem. Wraz z przyjaźnią cała ta gotowość i chęć do wzajemnej troski i ochrony, bo przecież chronić się, dbać o siebie – to takie trudne, chyba Key nigdy nie był do tego zdolny. Do wzięcia odpowiedzialności za siebie, za kogoś, do podejmowania decyzji słusznych i dojrzałych, do nauki mówienia sobie nie wtedy, gdy niewygoda codzienności prosiła się o jakąś ucieczkę, jakąkolwiek. Może paradoksalnie ojciec nie mylił się zbyt wiele, kiedy za czasów płynących głównie ciężkim milczeniem wspólnych kolacji wciąż od nowa sugerował, że tylko tyle potrafił: brać bez opamiętania, być niewdzięczny. Polegać, żerować, bo jakimkolwiek słowem nie spróbować opatrzyć tej żrącej zależności, wciąż była tak samo obrzydliwa i przykra, wciąż tak samo źle świadczyła o tym niczym niepopartym braku zdolności do tego, żeby być samemu za siebie. Na Cosmo też żerował ewidentnie – z jego obecności garściami zabierał poczucie sensu tłumaczone wielką przyjaźnią, która z tej perspektywy wydała się ledwie okruchem tego, co jako dwójka najzwyklejszych dzieci mieć powinni. Czemu wspólny świat pochylał się nad łyżką i czemu tak kurczowo trzymać się trzeba było myśli, że gdyby nie on, to Vegas byłoby koszmarem zbyt ciężkim do uniesienia, bo takim którego nawet nie dało się podzielić na dwoje, czemu tak często byli po to właśnie, żeby tylko usprawiedliwiać się wzajemnie i przymykać oczy na sprawy tak samo ważne jak trudne. – Okej – pospiesznie wyrzucona z zaciśniętej krtani zgoda, bo rozsądek dawno ucichł pod ciężarem natrętnych błagań skrzywionej głowy. Im szybciej... I spojrzenie musiało jakoś całkiem nieświadomie popłynąć w dół, od twarzy Cosmo przez ostrożnie podwijającą rękaw dłoń, zatrzymać się na zabliźnionym przedramieniu. Przez chwilę znów zbyt przejmujące i mdlące było przekonanie, że rozmyty nerwami obraz naprawdę był tamtym odbiciem, którym wydawał się chwilę temu, a ironicznie przerażające najbardziej w tym wszystkim było to właśnie to, że wzrok śledził układającą się na bladej skórze igłę, a umysł pospiesznie nawiedzała ograniczona do zaledwie jednego wyrazu myśl – źle. Źle, tak strasznie źle, a to zło leżało między nimi, między Keyem a odbiciem, na tym nędznym skrawku bruku, tak jak ta odłożona bezmyślnie na ziemię zapalniczka. – Sz-szybciej – rzucone dźwięczącym najobrzydliwszą desperacją głosem. Żałował – od razu żałował, bo odezwać się tak, poganiać kiedy powinien był raz chociaż być tym silniejszym, to w zasadzie jak w ślepy zaułek przygniatającej zależności wpędzać własnoręcznie. Sumienie nakazywało z tych naglących słów się wycofać, a zaraz potem po strzykawkę sięgnąć, nie po to wcale żeby pomóc i nie po to żeby pierwszym być, nawet jeśli coś tak mocno wyrywało w stronę igły, zmuszało wzrok do wracania na powierzchnię metalowej łyżki. To samo coś, przejmujące i silne, dziwnie przekonujące, poprosiło palce o wyciągnięcie się w stronę strzykawki z sekundą, w której tłoczek poszedł w dół.
Straszne, że w tym wszystkim Cosmo musiał na przestrzeni zaledwie kilku sekund rozmyć się w ramach jakiegoś niezupełnie już istotnego wspomnienia. Nieważne jak wiele miłości wyrażały tamte wyznania i nieważne jak mocno Key przed kilkudziesięcioma minutami trzymał się przekonania, że dla Fletchera mógłby wszystko, bo może i mógłby, ale dłonie miał zajęte, palce jednej kurczowo zaciśnięte na uchwycie łyżki, te drugiej odbierające przyjacielowi strzykawkę bez choćby cienia zawahania, bez żadnego olśnienia ani chwili na to żeby przystanąć, zastanawiać się czy warto. Nie warto zupełnie, ale plecy i tak podsunęły się bliżej ściany, a potem na poły instynktownie, ciało ufnie polegające na pamięci mięśni – śliska tekstura foliowego woreczka pod opuszkami, charakterystyczne kliknięcie zapalniczki, oczy z nieskrywanym już uwielbieniem wpatrzone w substancję. Ręce drżały nieporadnie, gdy w pojedynkę starał się poradzić sobie z całym tym procesem, gdy gorący metal bez namysłu układał na materiale własnych spodni, nerwowo podciągał rękaw i za wszelką cenę starał się nie pozwolić spojrzeniu zbyt uważnie zmierzyć tych blizn, wymownych śladów, którymi brzydził się prawie tak mocno jak sobą w ogóle. Dlatego dłoń naiwnie zawisła w powietrzu, zatrzymała się tuż nad przedramieniem, zupełnie jakby była w Keyu jeszcze odrobina wiary w to, że ten szczegół – choć niby drobny to przecież wystarczająco bolesny żeby przebić się ponad pędzące w stronę ulgi odruchy – rzeczywiście przyniesie zmianę. Jak na zepsutym stereo w myślach odtworzyć musiał się film wspomnień z tamtego zajazdu, jakimś cudem tak podobnych do tego, co przed oczami rozlewało się teraz: łyżka, strzykawka, brudna alejka. Obok Cosmo, który tak bardzo chciał wtedy zrobić to pierwszy. Dziś palców do policzków może nie kleiły zaschnięte łzy, ale wszystko, i cały żal, i obrazy z tamtej lepkiej łazienki, i myśl o obcych dłoniach szarpiących za włosy, wszystko zostało przecież, więc w gruncie rzeczy może niedziwne, że nic nie zmieniało się na dobre i ewidentnie, skoro tamte rzeczy, tamto gorzej, osobiste piekło w zasadzie, po dziś nie mogło dać spokoju. I pamiętał też siebie z tamtego razu – pamiętał, jak po głowie kołatała się myśl, że dla Cosmo mógłby wszystko, że mógł pozwolić jemu pierwszemu, a mógł w ciemno robić to sam, wszystko, rozumiesz? wszystko, i siebie w kurtce Cosmo też pamiętał, jak na tym bruku zimnym pod szeleszczącym materiałem upatrzonego w Lucky Star ortalionu trzęsło się ciało, jak on, Fletcher, opieką i miłością go otaczał wtedy, dziwną, rozedrganą. Jak tamten krótki pocałunek, jak myśl o tym, że to niemożliwe, niemożliwe żeby on się po tym wszystkim nim nie brzydził. Były te wszystkie wspomnienia i był Key zbyt samolubny, żeby tamtą dziwną miłość teraz umieć odwzajemnić, żeby namiastka troski opuściła świadomość i dała przekuć się w czyny, w coś prawdziwego, wreszcie jakkolwiek namacalnego. Za późno. Za późno dla Cosmo, bo głowa przyjaciela już ciążyła na ramieniu, jak zawsze, tak jak zawsze, jak wtedy, i za późno dla niego też, bo ciało nie potrafiło wytrzymać dłużej, bo pięść zacisnęła się tak żałośnie słabo, jak zacisnąć mogłyby się tylko drobne palce nieporadnego dziecka, a w jej myśl dłoń w końcu drgnęła, zatopiła igłę pod skórą. Kilka sekund zachowanej przytomności, znów podświadomość uciekająca prosto do tyłów tamtej speluny, do pierwszego razu, zupełnie jakby wszystko działo się wczoraj, nie, nie, przed chwilą, jakby ledwie podnieśli się z tamtego bruku po to, żeby teraz usiąść na tym, jak jakiś pierdolony cykl życia. I pamiętał strach, pamiętał pożyczoną strzykawkę, umrzemy od tego, ale może dobrze by było gdyby wtedy umarli naprawdę, może wt–
Może nieważne? Łapczywie złapany oddech, a potem ciężka głowa, półprzymknięte powieki, na koniec klatka piersiowa i... i może naprawdę nieważne.
Mów mi:clonazepam#2047
MULTI:nie
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-11-14, 13:50


Był pewien, że będzie ciężej. Że klatka piersiowa ściśnie się jeszcze, rwąc bólem gwałtownych wyrzutów sumienia i wyprzedzającym sytuację żalem względem tego, co dopiero miało się wydarzyć, a czemu można było przecież jeszcze zapobiec, przecież jeszcze wycofać dłoń, przecież jeszcze zasłonić skórę, trącić tę łyżkę dłonią tak, żeby jej zawartość rozchlupała się na ziemi i wsiąkła w nią - jak wtedy w Vegas, na zapleczu pubu. Był pewien, że im bardziej końcówka tej igły zbliży się do skóry, tym więcej wątpliwości będzie pojawiało się w głowie, a tymczasem zawahania nie było wcale. Tak jakby ta decyzja podjęła się sama - może łatwiej było zrzucić ją na barki jakiejś trudnej do opisania siły, która to miałaby pchać go w tym kierunku.
Bo nie było ciężko wcale, a on usilnie starał się zrzucić to na ten niesprecyzowany, wewnętrzny głos, który to miałby nagabywać i kusić, choć wiedział przecież, że prawda o tym wszystkim była zgoła inna. Jemu po prostu niezwykle łatwo przychodziło to, co złe. Być może zdążył już uzależnić się od tych palących w środku wyrzutów sumienia, może sięgał do tego, co zakazana, w jakimś bezmyślnym odruchu, nie zawierzając już nawet temu, że skutki jego działań mogą mieć jakiekolwiek konsekwencje - pozytywne, negatywne, bez różnicy. Może nie chodziło o to, że tak dobrze było, kiedy stale spięte mięśnie rozluźniały się wreszcie, kiedy myśli wznosiły ponad wszystko, co przyziemne i bolesne, a ciało nie należało już do niego, tylko do jakiegoś innego nieszczęśnika, który musiał dotykać go i zbyt uważnie wpatrywać się we własne odbicie. Może to nie działanie, a czynność sama w sobie była paliwem tak naprawdę - bo zło napędzało się złem, zło wymagało pielęgnowania, zło wymagało kolejnych poświęceń, kolejnych aktów wierności. I Cosmo godził się na to wszystko, podpisując kolejne cyrografy, przystawał na każdą propozycję, nie doczytawszy postanowień zawiązywanych umów - istniał tylko. Istniał i chwytał się tego, co znał już dobrze, bo tak było bezpiecznie. Paradoksalnie zresztą, bo przecież ryzyko od dłuższego czasu też brzmiało jak dom.
I to kolejna benzyna - te wiadomości, których nie powinien wysyłać, te telefony do Loriego, których nie powinien wykonywać, te wyznanie miłości, której nie powinien deklarować w obliczu całego ohydztwa, którego właśnie się dopuszczał i w które wciągał Khayyama, niczym tonący brzytwę ze sobą do wody. Zryw za zryw, zryw tych diabelskich odruchów, diabelskie dłonie - bo nie człowiecze, a wiec boskie lub piekielne, a skoro bóstwo było jedynie oszustwem, to prawda nasuwała się sama, ciskała wprost w twarz twardymi odpowiedziami.
Oni dwaj, grzech - grzech między nimi, grzech wtapiający się powoli w krwiobieg. Dużo grzechów, ale Cosmo cały przecież się z nich składał, krztusił się nimi późnymi nocami, pochylony nad klozetową muszlą. Grzech na grzechu, bo grzech był tym, co go ukształtowało, jakby przy chrzcie zakpiono z niego okrutnie, pozostawiając to pierworodne przewinienie, aby trzymało się go ciasno i kazała stale dokarmiać się, napajać, nie pozwalało nigdy zrobić tego, co powinno być zrobione. To duży grzech, ale bóg ci wszystko wybaczy - nie wybaczył wcale, choć Cosmo się starał tak bardzo i tak bardzo próbował, nie krzyczał nigdy i płakał tylko cicho, upychał chusteczki w bieliznę, żeby przypadkiem nie przebiła na nią krew. Ale bóg wcale nie był tak dobry i wyrozumiały, jak pisano o nim w tych nowych księgach - bo pisano tak o nim ze strachu, z obawy przed gniewem za ostrzeżenie rzucane bliźnim w postaci zbitych ciasno wersów w tej starej, spróchniałej rodzajem i treścią księgi. Bóg pamiętał wszystko i bóg mówił, że nie ma już odwrotu, że wilk nie może stać się nawróconą owcą, że ten grzech będzie okalać brudem już na zawsze, już do końca i do końca pozostawi znamię, które będzie przyciągało wszystko co ohydne i złe, jak to ciało, osuwające się nieświadomie na ramię tego, którego w samolubnym odruchu nadal ośmielał się nazywać przyjacielem.
Ale to zdrada, wielka zdrada. Nie zdradza się przyjaciół, a Key właśnie teraz był przecież zdradzany w najobrzydliwszy z możliwych sposobów - na swoich oczach, których puste nagle zupełnie źrenice nie potrafiły odnaleźć. Mimo to nie było lęku, tylko ta głęboka próżnia, a próżnia nie była złem, tylko prostotą. Potrzebował teraz prostoty, tak jak potrzebował częścią tego ciepła obdarzyć zdradzanego, więc w ciągu następnych urywków czasu, których nie potrafił zdefiniować i wziąć pod kontrolę, jeszcze niżej musiał opaść, także skroń oparła się o udo, a dłoń zacisnęła na kolanie, poddawszy się po próbach pochwycenia palców Khayyama. Zdrada. Zdrada tak dobrze wpasowywała się w ramy tego zła, które hodował. Zdrada była okropna i piekła w płuca, ale teraz to pieczenie wydawało się zbyt bliskie, żeby należało brać je za coś obcego i niepożądanego. Czy zdradzeni stają się zdrajcami z natury? Czy tym samym uczynił z Keya zdrajcę, który będzie niebawem szukał swojej pierwszej ofiary? Czy Cosmo sam uczynił go ofiarą, choć był jedną z najsilniejszych osób, która zagościła kiedykolwiek w jego życiu?
Nie jesteś ofiarą, Key. Myślał przez chwilę, że powiedział to na głos, ale głoski nie mogły jeszcze układać się na języku. Jeszcze chwila, jeszcze trochę. Duża niemoc w każdym mięśniu; ale taka niemoc, która niesie ze sobą przyjemność, nie żal.
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 



job
solace my game, it stars you

feelings
harness my blame and walk through

and more
in the morning, i'll call you

ashton mahoney
18 lat
185 cm
mieszka w Queen Anne

2020-11-20, 06:08


ehhhhh

Czasami tuż po przebudzeniu można było przewidzieć czy dzień będzie należał do tych udanych, bo w nocy snu nie przerwał żaden łoskot za oknem, bo nad ranem słońce przedzierało się przez żaluzje i osiadało na powiekach jakby mniej agresywnie, a ręka chwytała za telefon jeszcze zanim ten zdążył rozdzwonić się wwiercającą w czaszkę, nieznośną melodią budzika. I chociaż na South Parku o spokojną noc bez odgłosu szkła tłuczonego o chodnik było naprawdę trudno, promieni słonecznych przebijających się przez gęstą warstwę smogu i wąskie okna jak na lekarstwo, a od powrotu z Vegas dni dzieliły się głównie na fatalne i te relatywnie znośne, to z jakiegoś powodu ten zapowiadał się naprawdę dobrze. Siódma. Dziś obudził się o siódmej. Nie punkt, a z hakiem i to wcale nie z inicjatywy budzika, bo przecież tego nie nastawiał już dawno, ani nawet Scooby’ego, dla którego nogi Ashtona często stanowiły przeszkodę w dostaniu się do parapetu, gdzie mógłby bezkarnie poszczekać na tylko jemu wiadomy cel. Sam z siebie się obudził i dziwne to było o tyle, że spać położył się ledwie te dwie godziny wcześniej, po wyjątkowo udanej rozgrywce CSa z kolegami ze wschodniego wybrzeża. Key wciąż spał obok, z twarzą jasną i spokojną, wyjątkowo trudem nocy niezmąconą, a Ashton - pozbawiony jakichkolwiek konkretnych planów - najchętniej po prostu przeleżałby ten ranek razem z nim, wsłuchany w oddech, który cichym szmerem opuszczał delikatnie rozchylone wargi, gdyby tylko nie było mu tak trudno znaleźć sobie na nowo miejsca na zsuniętych po dziecięcemu pojedynczych łóżkach. Bo na prawym boku było jakby niewygodnie, na lewym rozpraszał widok pozostawionego przez nich zeszłego wieczora bałaganu, a na plecach… Na plecach jakoś zbyt statycznie chyba, sam już nie wiedział. I tym mąceniem pościeli w końcu ze snu wyrwał też zwiniętego w nogach szczeniaka, który nie wytrzymał długo bez dopominania się o uwagę trącaniem mokrym nosem ich dłoni i gramoleniem się w górę łóżka, by ciężkim cielskiem zwalić się gdzieś między chłopcami. Chcąc pozwolić Keyowi spać - odpocząć przede wszystkim, bo Bóg jeden wiedział, że po ostatnich dwóch tygodniach wciąż tego potrzebował - narzucił na siebie dres, Scooby’ego zapiął na smycz i wymaszerował w rześkie, październikowe powietrze.
Jedno życie to za mało, dźwięczało natrętną myślą, kiedy razem ze Scoobym przy nodze pokonywał kolejne przecznice tej najbardziej parszywej ze wszystkich dzielnic zachodniego Seattle. Jedno życie to za mało, a on tak okropnie marnował swoje udając przed ojcem, że jest w Nowym Jorku, u matki, podczas gdy od dwóch tygodni mieszkał ze swoim chłopakiem w kawalerce w South Parku. I nie było w tym nic złego. To jest, w mieszkaniu - w byciu - z innym chłopcem nie było nic złego, bo przecież miał do tego pełne prawo. Zasługiwał na to, żeby z nim być, żeby móc mówić o tym otwarcie, zamiast tracić czas i energię na te coraz bardziej zmyślne kłamstwa i całą tą coraz trudniejszą do utrzymania otoczkę sekretu, które w rezultacie odbierały mu tyle z życia. Przyjaciół, treningi i chyba to poczucie własnej integralności, którego brak odbijał się na nim wyjątkowo boleśnie, zaburzając wystarczająco mocno już rozmyty na liniach obraz samego siebie. Jedno życie to za mało - przynajmniej dwóch by potrzebował, żeby zrobić wszystko to, co nagłą falą pomysłów zalało głowę. Bo o ile nie było nic złego w byciu z Keyem, to już w mieszkaniu w ciasnej kawalerce przy gwarnej i średnio bezpiecznej ulicy South Parku już tak. Wyprowadzić się powinni. Razem, rzecz jasna. Gdzieś gdzie będzie jasno, spokojnie i przytulnie, a Scooby i jego krowie racice będą mieli dużo miejsca na wieczorne bezcelowe maratony wokół kanapy. Jedno życie to za mało, więc chciał, musiał chociaż spróbować odzyskać swoje. Zatem powrót do mieszkania, zostawienie na kuchennym stole kupionych po drodze rogali wraz z nabazgranym na samoprzylepnej karteczce żartem o wykorzystywaniu pieczywa w sypialni (motyw zaczerpnięty z przeczytanego kiedyś wspólnie Harlequina), prysznic, pożegnanie z mniej lub bardziej świadomymi sytuacji domownikami, zamknięcie za sobą na klucz drzwi wejściowych, a w końcu otwarcie tych od auta i droga na Belltown.
Do zostawiania Keya samego przekonywał się stopniowo, dzień po dniu. Najpierw były te wybitnie szybkie, wymuszone obowiązkiem spacery ze Scoobym, potem zakupy odrobinę większe i dłuższe niż tylko te robione na szybko w lokalnym osiedlowym tuż pod blokiem, no i w końcu wypady na kilka godzin do Devona albo Franklina, bo ciasnota klaustrofobicznej wręcz kawalerki wymagała tych krótkich rozstań dla komfortu psychicznego ich dwójki. Nie oznaczało to wcale, że w trakcie tego krótkiego czasu udało mu się wyzbyć lęku o to, że pewnego razu wróci do pustego mieszkania, nie. Do tego trzeba było chyba trochę więcej czasu, stabilności i zaufania, a przecież to nie przychodziło tak łatwo. Budować to trzeba było i Ashton był bardziej niż gotowy, żeby robić to z Keyem, na razie wciąż w asyście kontroli telefonicznej. Więc tuż po rozmowie z matką – trudnej, długiej, zdecydowanie nie na połączenie video wykonane w lokalnej kawiarni, ale przy tym niezwykle potrzebnej i oferującej wsparcie, którego było mu tak bardzo potrzeba by zrealizować to, co sobie zaplanował – wysłał mu te kilka wiadomości na dzień dobry. Przypomnienie, żeby śniadanie zjadł. Link do utworu, który mu się z nim kojarzył, a który katował od rana w aucie. Prośbę, żeby odpisał. Odpisze. Na pewno odpisze z chwilą, gdy tylko wstanie.
Potem zakupy były z Florianem na fejstajmie. Koszula, bo dżinsy wcale nie są „na elagancko”, misiek - koszulę musisz. Jedna piękna, bardzo mała i bardzo cienka, z wymyślnymi guzikami z masy perłowej na mankietach. Druga większa, zwykła zupełnie, ale za to kupiona bez marudzenia, że będzie uwierać w napompowaną bardziej ego i życzeniowym myśleniem niż ciężką pracą na siłowni klatę. No i w końcu ta zapalniczka od S.T. Dupont, ze zdobieniami w stylu art deco, bo chociaż koszmarnie droga, to wspaniała przecież. Idealna, żeby zastąpić tamtą, która nieostrożnie wymknęła się z dłoni w Las Vegas. Grawera potrzebowała. Więc telefon, sms do Keya. Chyba wciąż spał, ale to nic dziwnego przecież, ostatnio dużo spał, jakby musiał odespać te noce bezsenne, spędzane z głową wspartą o zimne łazienkowe kafelki. To nic, poradzi sobie. I tamtego pracownika też przekona, żeby mu to od ręki zrobił, na dziś przecież była potrzebna. No i w końcu zaparkowane na rondzie wyjątkowo pretensjonalnego podjazdu auto. Dom, w domu był. Z gosposią się przywitał, a potem poszedł do siebie spakować swoje rzeczy, tylko trochę rozpraszając się przy tym wysyłaniem Keyowi odrobinę nerwowych wiadomości, bo mimo całej pewności siebie, którą udało się zachować aż do teraz, oczekiwanie na rozmowę z ojcem wybiło go trochę z rytmu. Niepotrzebnie zupełnie, bo mimo całej tej sceny, która niedługo potem miała miejsce u stóp marmurowych schodów, mimo ciężkich słów, które zawisły w powietrzu i jeszcze cięższej dłoni, która z łoskotem wylądowała na twarzy, nie potrafił pozbyć się przekonania, że to wszystko dobre jest, że sens ma i że zdarzyć się dziś musiało. Że cały ten jad, te usilne próby wmówienia mu, że sam zupełnie sobie nie poradzi, zdawały się samoistnie nawet nie tyle co umykać w tył głowy, a gdzieś poza nią wraz z lekceważącym wzruszeniem ramion. I w końcu, kiedy w odpowiedzi na „Wypierdalaj, słyszysz? Już tu nie mieszkasz”, zaoferował jakieś nonszalanckie „No tak, dokładnie to próbowałem Ci od początku powiedzieć”. Bo nie chciał tu już mieszkać i doskonale poradzi sobie sam. Cała ta nowa sytuacja nie wydawała mu się natomiast ani trochę trudna, a jedynie podsuwała nowe pomysły i poszerzała horyzonty myślenia. Bo może wcale nie Yale, a Columbia i może jednak nie biznes, tylko finanse, bo giełda zawsze zostawała gdzieś w szerokim polu zainteresowań, podobnie jak Wall Street w obszarze naiwnych nastoletnich marzeń o dynamicznym tempie życia dyktowanym przez szybki rytm nowojorskich ulic. Może. Zobaczy, bo w głowie wybór ewentualnej ścieżki kariery był kwestią tylko i wyłącznie jego własnego widzimisię, ograniczanym jedynie przez limity jego wyobraźni. Bo czuł, nie, wiedział, że wszystko może, że potencjału i samozaparcia starczyłoby nie tylko na Wall Street, ale i stołek gubernatora Waszyngtonu, miejsce w Kongresie albo i w Białym Domu, gdyby tylko miał taki kaprys.
W całym tym zamieszaniu, w dużej mierze wokół Keya oscylującym, zupełnie paradoksalnie łatwo było o Keyu zapomnieć. Bo dopiero w aucie, kiedy szykował się do powrotu do mieszkania, zdał sobie sprawę z tego, że od wczesnego południa nie dostał od Khayyama żadnej odpowiedzi, ba, żadna z wiadomości nie została nawet wyświetlona, więc nerwowym gestem wybrał jego numer. Jeden, drugi, trzeci i w końcu ósmy raz, a każdy tak samo bezskuteczny. Początkowo naprawdę starał się wziąć poprawkę na wszelkie możliwe okoliczności losowe, które uniemożliwiłyby Khayyamowi odezwanie się od niego. Rozładowany telefon i laptop, przegryzione przez Scooby’ego ładowarki, wizyta któregoś z ich znajomych, która wciągnęła go odrobinę za bardzo, może nawet Milo z Vivim?, jednak z chwilą, gdy klamka zbyt łatwo ustąpiła pod naciskiem dłoni (bo umawiali się, przecież umawiali się, żeby zakluczać drzwi), wszystko stało się bardziej niż jasne. Keya nie było w mieszkaniu. Był za to Scooby, były ładowarki, ale też naładowany telefon leżący w pościeli i zasypany wiadomościami od Cosmo. Nie tylko z dziś, cały czas ze sobą rozmawiali. Żołądek zacisnął się mocno, a dłoń nie wykrzesała z siebie ani trochę siły, by podrapać Scooby’ego za uchem, kiedy podłożył pod nią masywną głowę w wyjątkowo spokojnym geście, zupełnie jakby czuł, że w tej sytuacji nie przystoi skakanie i podgryzanie palców. Nie powinien po niego jechać. Każdy czytany w karcie Incognito artykuł radził, że nie należy. Że trzeba pozwolić mu na dno opaść, samemu doczołgać się do domu, a potem obmywać twarz z wymiocin, bo inaczej nigdy nie zda sobie sprawy z tego, jak dużą odpowiedzialnością był dla innych i ile problemów przysparzał. Tylko że te rady, te wytyczne dotyczące postępowania z jakimiś bezosobowymi narkomanami nijak nie wydawały się sensowne, ani tym bardziej realne do wykonania, kiedy w grę wchodził Key. Jego Key. Więc ponownie zatrzaskiwane w pośpiechu drzwi i pospieszny krok do auta.
Wydawało mu się, że po Vegas i domowym detoksie nic nie będzie w stanie go zszokować - miał rację. Bo widok Keya, osuniętego bezładnie po ścianie, w otoczeniu wielkich kontenerów na śmieci i ze strzykawką, która musiała wysunąć się ze szczupłej dłoni na brudny beton tylnej alejki za Dragon Clubem wcale nie zszokował – on po prostu złamał mu serce. Wkładając całą siłę woli w to, żeby zignorować leżącego tuż obok Fletchera, ukucnął nieporadnie przy Keyu, nie do końca będąc pewnym jak go objąć, chwycić jak i jak podnieść, żeby już więcej mu się na te ulice ciemnych zaułków nie osuwał już nigdy.
- Key… - Zmarzniesz, przeziębisz się. Dłoń powędrowała do chłodnego policzka, żeby delikatnie pogładzić go wierzchem palców, jakby w poszukiwaniu chociaż tego absolutnego minimum przytomności i kontaktu. - Chodź, słońce – poprosił miękko, chyba dalej uparcie nie chcąc dopuścić do siebie faktu, że te słońce zgasło dla niego już dawno, a on wciąż desperacko próbował ogrzać się we wspomnieniach, które w pamięci wciąż muskały twarz ciepłymi promieniami.
Mów mi:m.
MULTI:nigdy
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-11-25, 23:47


Więc tak właśnie burzyło się świat.
Roztrzaskiwało na ułamki serca i wbijało paznokcie zbyt głęboko w dusze. Ciągnęło na sam dół tych, których powinno się wyciągać pod niebiosa i nakłuwało za mocno newralgiczne miejsca, tylko po to, aby nie cierpieć samotnie, naprzeciw pustki. Okrutnym było czerpanie próżnej przyjemności z ciepła paradoksalnie zimnego ciała, przyklejającego się warstwami ubrań do warstw skóry podrażnionego chłodem i łzami policzka, dociskającego się do uda bezsilnie i całkowicie ufnie, jakby nie było już innego źródła życia na świecie - jakby to było wszystkim, co się ostało. Gdzieś daleko musiały wisieć oczy Keya, schowane pieczołowicie pod zatrzaśniętymi powiekami, które odcinały ich od siebie jeszcze zacieklej niż długie centymetry dystansu między twarzami i kłęby ostrego powietrza, przecinającego ciała w poprzek, pozbawiające ich głów i odcinające kończyny od tułowia.
Burzył się świat, a oni leżeli w nim nieruchomo - na środku jakby, choć myśli płynęły bokiem, obrzeżami, choć odcinały się od tych nieszczęsnych kup mięsa i kości, składających się po sobie wzdłuż ceglanej ściany. Tak właśnie burzył świat on - Cosmo. Albo nie jeden, ale wiele światów, które pod ciężarem tych impulsywnych decyzji, drżących rąk prowadzących strzykawkę do plątaniny wąskich żył na przedramieniu i żenujących świadectw słabości zawalały się jeden pod drugim, ściągając ku brukowi więcej istnień, niż pierwotny plan zakładał; niż jakakolwiek wersja śmiałaby przewidywać, a łaknące czystki sumienie zaakceptować. Siebie - siebie zniszczyć - to nie powinno być takie wymagające, to powinno być prostą drogą ku dołowi, bez zawijania zbędnych zakrętów i dzielenia niepotrzebnych spojrzeń z tymi, którzy nie powinni byli nigdy chociażby zbliżać się do krawężnika chodnika podtrzymującego ich ponad tą śliską jezdnią. Powinno, ale w życiu zbyt rzadko rzeczy przebiegały tak jak powinny; za dużo było wątpliwości i lęku - tego głupiego, prymitywnego, płytkiego; tego nieznośnego i wstydliwego, który dusił rzędem kolejnych nocy pod poduszką i przez który wpychał paznokcie zbyt mocno w grzbiety i przeguby dłoni.
I straszny był ten moment, który przemówił do niego jednoznacznie, że nie sposób było zniszczyć siebie bez niszczenia wszystkiego wokół - bo kręgosłup nie chciał po prostu pęknąć w połowie, w drodze między jednym a drugim kręgiem, bo pętla nie chciała zacisnąć się wystarczająco mocno, a ciało zwiotczeć tak mocno, żeby pod jego ciężarem nie zaskrzypiała żadna z gałęzi, odwodniona skóra pękała w wielu miejscach, ale nigdy wystarczająco mocno, żeby trysnąć jaskrawoczerwonym strumieniem na równe kafelki w łazience na Belltown. Może za dużo piękna było wokół, za dużo potencjalnych szkód - za drogie meble, z których krew nie zeszłaby już nigdy i za miękki szlafrok, owijający zbyt gładko brzydkie, zapadłe ciało, i za dobre oczy, coraz rzadziej szukające jego złaknionego spojrzenia. Im więcej dobra pojawiało się w zasięgu, tym gorzej czuł się on sam; tym dotkliwej piekły płytkie rany zostawione przez szkło rozbitej przez Macaulaya o kuchenną podłogę butelki i mocniej pulsował bólem wciąż posiniały z jednej strony nos - bo może to całe dobro było w istocie dla kogoś innego, może Cosmo cały czas zabierał miejsce dla Osoby, która umiałaby docenić i żyć tak, jak żyć w istocie należało, i nie cierpieć tyle, i nie ciążyć uparcie na ramieniu.
Może Cosmo potrafił tylko niszczyć, potrafił tylko doprowadzać do łez i rozbijać o puste ściany bolesne zdania, niemające żadnego odbicia w prawdzie - może stworzony był jedynie do tego, żeby wciągać swojego najukochańszego przyjaciela na samo dno nieskończonego padołu, z którego nie dało się wyczołgać; bo teraz był już pewien, że nie dało się wyciągać. Może Cosmo zasługiwał tylko na tę twarz przyciskaną do toalety, może na ten zmięty banknot, rzucony od niechcenia do tej ohydnej muszli, może na głowę uderzającą o twardą ścianę zapyziałego pubu w Vegas, może na brudne palce Craiga wciskające się za pasek, może na pięść wymierzającą cios za zbyt bezmyślnie dobierane słowa, może na zostawianie go samego w zimnej pościeli pod dyktando coraz nowszych, bardziej wymyślnych powodów, może na włosy wypadające garściami i trzęsące się ręce, może na serię kolejnych uderzeń w imię kary za przewinienia, których istoty nigdy do końca nie rozumiał, może na nazywanie go złym i spluwanie prosto w twarz, może na zasłanianie ust dłonią, której Pan obiecywał dobro, ale w istocie była tylko głucha cisza, której nie sposób było przerwać, nawet jeśli do oczu śmiało napływały kolejne łzy. A potem toczyły po policzkach kolejne ścieżki już automatycznie; potem zalewały kolejne przestrzenie, potem podtapiały sobą zbyt dużo terenów i ściągały śmierć na niczemu niewinnych ludzi. Jak Florian, jak Key. Jak Ashton.
Może to to imię, które osiadło w ustach Mahoneya tak naturalnie, może to jego głos drżący od niewygody, może dłoń sięgająca zaraz do twarzy Khayyama, może ta sylwetka wisząca nagle nad nimi tak ciężko, kiedy oni zupełnie bezbronni, a może to te następne słowa - chodź, słońce, piekące nie tylko dlatego, że chciały wydrzeć mu z objęć ostatnią osobę, która mu jeszcze została, ale też przez to, że on sam nie był już żadnym słońcem, niczyim słońcem; że niewarty był ani ułamka sylaby, ani cząstki spojrzenia, że skończył już całkiem bezlitośnie bezwartościowy, że nie było dla niego już ani skrawka tego ciepła, z którego odzierał teraz Keya bezlitośnie - a może to wszystko skumulowało się niespodziewanie, kiedy dygocząca dłoń mknęła ku nadgarstkowi Ashtona, żeby szarpnąć nim gwałtownie, odepchnąć jego rękę od Khayyama.
- N-nie... - Głowa zaraz podniosła się też z kolan - wolno, ciężko - ramiona poczęły wkładać całe skupienie w podtrzymanie ciała w pozycji bardziej walecznej niż pozioma. - Spierdalaj. Ty spierdalaj. Idź sobie - zachrypnięty ponuro głos wytaczał się spomiędzy warg serią rozchwianych słów, wiszących bezosobowo między nimi, kiedy w głowie kręciło się tak okropnie, a rozmazany wciąż wzrok poszukiwał desperacko spojrzenia Mahoneya. - Idź, s-słyszysz? Zostaw nas. Zostaw go, s-słyszysz? J-już odpowiednio dużo z-zła zrobiłeś, wypierdalaj.
_____________
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 



job
solace my game, it stars you

feelings
harness my blame and walk through

and more
in the morning, i'll call you

ashton mahoney
18 lat
185 cm
mieszka w Queen Anne

2020-11-27, 20:50


Świat mógł się właśnie rozpadać. Teraz tu, wiotkim ciałem, chłodnym policzkiem i nieprzytomnym spojrzeniem mógł rozpadać się pod drżeniem niepewnych jak nigdy palców. Ciemnymi bliznami w zgięciu łokcia pod niedbale opuszczonym rękawem warstw ubrań, wymiętym strunowym woreczkiem wciśniętym z powrotem w kieszeń spodni czy łyżką i strzykawką, które wcale nie wyglądały, jakby na tej brudnej ziemi wiele straciły na swojej sterylności. Rozpadał się zwiniętym w supeł żołądkiem, gardłem ściśniętym bardziej niż przed pierwszym publicznym wystąpieniem i tym niestosownym do wieku ciężarem, który ciężko przygarbił barki. Albo tymi ściągniętymi w akcie bezsilności brwiami i przygasłymi oczami, które nie potrafiły widoku tych odpadających fragmentów, tych wyrw w murach i pękającej pod stopami posadzki objąć spojrzeniem, zrozumieć i przetrawić, bo żaden wybielony uśmiech w wieczornych wiadomościach albo prognozie pogody nie uprzedził, nie zapowiedział, że na dziś zaplanowano koniec świata. Bo trudno było zrozumieć, jak w obliczu tego końca świata można było czuć w sobie tyle siły i tyle bezradności jednocześnie. Wiedział, że musi działać, ale co robić? Jak robić? Do pionu podnieść, na tylne siedzenie położyć, do domu wziąć i…? Kolejny tydzień patrzeć, jak w wyniku trzęsień w głąb skorupy zapada się ziemia, a Key razem z nią? Z syzyfowym uporem, dzień w dzień, godzina w godzinę porządkować zgliszcza, odgarniać z czoła spocone włosy, przykładać zimny kompres do karku z tą płonną nadzieją, że choć trochę opóźni apokalipsę? Na ile? Do kiedy? Czy tym razem ktoś go uprzedzi, że znowu sam w mieszkaniu zostanie, że sam w któryś listopadowy wieczór, w którejś z brudnych alejek będzie musiał ten koniec świata oglądać?
Źle było myśleć o tym, że to wszystko przed nimi, a jeszcze gorzej o tym, że przecież to wszystko już raz przeszli, a mimo to wcale nie przerażało ani trochę mniej. Bo świat przecież już raz się rozpadł. Mocnymi wybuchami krzyków tam, w sypialni na Queen Anne, krwią rozlaną na posadzce tego oblepionego kurzem sklepu i stłumionym przez ortalionową kurtkę płaczem w motelu z kosmiczną fototapetą na ścianie. Ten płacz. Najgorszy chyba był ten płacz, który w uszach do teraz dźwięczał echem w tym nowym świecie, trzymającym się na obietnicę złożoną ledwie kiwnięciem głowy schowanej w zgięciu jego szyi. Może nie trzeba było ufać. Może trzeba było siedzieć z nim codziennie, prosić, żeby ktoś ze Scoobym wychodził, zakupy zamawiać, zapomnieć o całej reszcie, tylko nie o tym, że Key przecież centrum całego wszechświata był, a cała reszta orbitowała gdzieś bezcelowo na obrzeżach ich kosmosu. Bo w jego głowie naprawdę był Key i on, oni byli, jak jedyne słuszne rozwiązanie sytuacji, jak te milion lat poprzednich wcieleń zapisane w gwiazdach i odczytane z anielskich przesłań przez wróżkę z matowego ekranu. Więc dlaczego Cosmo kazał spierdalać jemu, czemu mówił o nich, kiedy to jego miejsce było gdzieś poza granicami ich galaktyki? I co jeśli Cosmo rację miał? Co jeśli wcale nie było Keya i jego, co jeśli to zawsze był Key i Cosmo, a on, Ashton, był tylko jakąś nieistotną materią, która w wyniku absolutnego przypadku wraz z wybuchem supernowej po prostu pojawiła się obok? Czytał przecież te wiadomości, których nigdy nie powinni wymienić. Więc kim był? Jego nie okropnie, ale też lepiej dużo niż gdyby miał siedzieć sam na czas końca świata? Tymi wszystkimi, którzy mają wąty kiedy Key pytał jak miał się Cosmo? Tym, z którym nie da się porozmawiać, bo nigdy nie zrozumie? Może. Pewnie tak. I jakkolwiek bolesna nie była ta świadomość, wcale nie sprawiła, że decyzja stała się łatwiejsza i bardziej oczywista. Przez myśl nawet przez chwilę nie przeszło, żeby nagle chciał skapitulować, od tego wszystkiego się odsunąć i zadzwonić do Milo, że jednak nie da rady i on powinien. Da. I to chyba wcale nie siła fizyczna, tylko to zacięcie mocno chwyciło za rękę Cosmo, która wszczepiła się w jego nadgarstek, żeby nią szarpnąć i odepchnąć na bok razem z tym wątłym ciałem, które nie stawiało zbyt dużo oporu i ponownie osiadło pod ścianą klubu.
- Ja? Ja narobiłem? – spytał, po raz pierwszy realnie uwzględniając obecność Fletchera obok. - Spójrz na niego, Cosmo. – Nie jebany komuchu, nie wieśniacki żłobie, nie Fletcher nawet. Cosmo. Ten Cosmo, z którym uścisnęli sobie dłonie na początku roku w Annie Wright. Z którego bystrych komentarzy śmiał się pod nosem na zajęciach z social studies i z którym zamieniali się kartkami na testach z biologii, żeby uzupełnić to, czego brakowało drugiemu. Cosmo, brat Devona. Cosmo, chłopak Floriana. Cosmo, długa droga w dół Keya. Cosmo, wypowiedziane tak, jakby właśnie w tym imieniu pokładał całą nadzieję na to, że obudzi we Fletcherze to, kim był, zanim prześmiewczy ton i propozycja przyniesienia mu pierdolonego soku multiwitaminowego pochyliła mu kark nad srebrną tacką z koksem.
- Zabieram go do domu. Ciebie niedługo też ktoś odbierze – zadecydował, wyciągając z tylnej kieszeni spodni telefon telefon, żeby napisać do Floriana.
Mów mi:m.
MULTI:nigdy
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-11-29, 18:00


- N-nie.
Nie, nie zabierzesz go. Nie, mnie nikt nie odbierze. Nie, nie dzieje się nic, nie nie będę patrzeć - na Keya nie będę teraz patrzeć, nie będę, wszystko jest w porządku przecież, tak? Kurewsko w porządku, bardziej w porządku nie było nigdy, a z całą pewnością nie, gdyby Khayyam teraz zniknął, odszedł, zginął zabrany przez ciebie właśnie, wydarty przez coś, co topornie udawać miało troskę, ale przecież było zwykłą zachłannością, przecież jedynie potrzebą posiadania, potrzebą zabierania i wyrywania czegoś, co nigdy nie miało prawo należeć do Ashtona - to był Key i Key miał należeć do siebie tylko, a Key chciał być tu z nim, nawet jeśli teraz patrzył nieprzytomnie, nawet jeśli nie ruszał się prawie i tylko płytki oddech uderzający co jakiś czas w powietrze dawał dowód na to, że był tutaj nadal i trwał, i słuchał. Więc Cosmo także musiał trwać i nagle w głowie pojawiła się potrzeba, aby bronić - bronić tej ostatniej osoby, która był z nim dlatego, że chciała, a nie dlatego, że tak wypadało, że była zmuszona, że coś obiecała. Więc to nic, że ciało odepchnięte przez Ashtona na bok uderzyło o bruk - nie poczuł nawet, znieczulony może nadal narkotykiem, a może już adrenaliną, może już gniewem, który zaczynał pulsować w żyłach.
- Nie zabierz-esz go nigdzie, słyszysz? Kurwa, słyszysz? - Jakiś kamień, coś co nawinęło się pod rękę i nadawało się odpowiednio, żeby wymierzyć w Mahoneya, odbić się od jego ramienia. - Słyszysz?! N-nie jesteś jego panem, pierdolony księciuniu, n-nie wszystko na świecie należy do ciebie, rozumiesz? Może tatuś powtarza ci inaczej, ale kłamie, kurwa. Kłamie, bo ma cię w d-dupie tak naprawdę, śmieje z ciebie za twoimi plecami, pewnie opowiada swoim obrzydliwym kolegom o tym, że jego syn to spierdolony, roszczeniowy k-kutas, który wali sobie do własnych zdjęć w drogich trampkach, b-bo jest jebanym narcyzem, b-bo nie zależy mu niczym, b-bo umie niszczyć tylko i zabierać, i psuć, i p-pastwić się nad tymi, którzy nie mogą się obronić. I to przez ten hajs tylko, tak? Wiesz, kurwa, że bez p-pieniędzy tatusia nie masz żadnej osobowości? Wiesz o tym? Jesteś jak pierdolony... nie wiem, kurwa, jak kundel któremu ktoś założyć obrożę z Supreme i wmówił, że jest jebanym pudlem. Wszyscy to widzą, wszyscy to wiedzą, tylko ty nadal się obracasz w swojej wymyślonej chwale i jak jebany pasożyt przyssywasz się do dobrych ludzi - do Floriana, do Dede, do Keya nawet, kurwa, zostaw ich w spokoju, rozumiesz? Nie każdemu imp-ponują przyjaciele kupieni za pieniądze starego... - oddech się kończył i kończyły się słowa, wyrzucane z jadem i zawiścią, której na co dzień się po sobie nie spodziewał, a która teraz stanowiła najcięższe działo z najostrzejszą amunicją.
_____________
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 



job
solace my game, it stars you

feelings
harness my blame and walk through

and more
in the morning, i'll call you

ashton mahoney
18 lat
185 cm
mieszka w Queen Anne

2020-12-01, 00:47


Drżały mu palce. Drżały, kiedy gładził tą nieobecną twarz Keya, kiedy łapał za zbyt szczupły przegub ręki Fletchera zaciśnięty na jego nadgarstku, kiedy odrzucał ją w bok razem z wątłym ciałem i kiedy na telefonie rozedrganymi ruchami w wiadomościach wyszukiwał ikonki Floriana. prxyjedz d dragon clubu. key i cosmo znow zacpali ae biore tylko keya. Bo chociaż zostawienie go tutaj, pod śmietnikiem, w ten zimny, październikowy wieczór wydawało się na wskroś okrutne, to wzięcie go ze sobą i Keyem było na ten moment zwyczajnie niemożliwe. Nie, kiedy Cosmo krzyczał i nie, kiedy cierpliwość Ashtona wydawała się pękać w szwach, rozciągnięta zbyt mocno na przestrzeni ostatnich tygodni i wydarzeń, które miały miejsce po pamiętnej kłótni w sypialni na Queen Anne. Ale nie zostawia go przecież. Przecież Florian zaraz tu będzie, tylko chwilę musiał poczekać. Więc telefon wsunięty z powrotem w tylną kieszeń spodni i uwaga znów zwrócona w kierunku ledwo kontaktującego Keya. Albo raczej byłaby zwrócona, gdyby nie te kolejne słowa protestu i jakaś żałosna próba… odciągnięcia go od Keya? Odstraszenia go? Źle było na to wszystko patrzeć, źle w tym uczestniczyć, bo Cosmo teraz daleki był od tego, z którym rozpoczął konflikt w Annie Wright. Tamten Cosmo silny był i potrafił ustać w pionie bez chwiania się przy najdrobniejszym ruchu. Ten był po prostu smutny, kiedy tak zwijał się pod tą ceglaną ścianą w jakiejś przykrej próbie namiastki konfrontacji. Szybko jednak przekonał się, że to co łączyło starego i nowego Cosmo to fakt, że obydwaj wiedzieli w który ze słabych punktów uderzyć, żeby sprowokować reakcję.
Palce nie zadrżały w ogóle, kiedy chwyciły za przód swetra Fletchera, podciągając go za sobą do pionu i przygwożdżając do ceglanej ściany zaułka.
- Kurwa mać, Cosmo – warknął w jakiejś nieporadnej próbie spacyfikowania go, jakby uderzenie o ścianę nie dało wystarczających rezultatów. - Spójrz na niego. Powiedziałem: spójrz! – powtórzył jeszcze raz, wolną dłonią mocno obracając jego głowę w bok, na leżącego nieopodal Keya. Puścił chwilę później, drugą wciąż mocno trzymając za sploty żółtej wełny na chudym mostku Fletchera. - Nie chcę go na własność, czy do Ciebie to w ogóle nie dociera? Chcę mu tylko pomóc, wyrwać go z tego pierdolonego gówna, bo mi na nim zależy! Chcesz porozmawiać o pasożytowaniu?! Chcesz porozmawiać o pasożytowaniu po tym jak go tu, kurwa, ściągnąłeś, po tym jak korzyłeś się w tych pierdolonych smsach, bo sam ze sobą wytrzymać nie możesz i musisz innych za sobą na dno ciągnąć?! A może o Florianie chcesz porozmawiać, co? O tym jak na nim pasożytujesz? No śmiało, czekam – wyrwało się z krtani szybciej niż zdołał pomyśleć, bo najwidoczniej jego cierpliwość skończyła się w tym samym momencie co oddech Cosmo.
Mów mi:m.
MULTI:nigdy
 



job
l'epoux infernal

feelings
głód, pragnienie, krzyki

and more
taniec, taniec, taniec!

cosmo fletcher
18 lat
172 cm
mieszka w Fremont

2020-12-01, 01:21


Jemu zaś drżał każdy mięsień w ciele, pozornie tylko znieczulony wciąż buzującym w żyłach opiatem. Ból fizyczny był niczym przecież w porównaniu do tego, z czym teraz musiał mierzyć się umysł - w porównaniu z tymi wszystkimi osobliwymi wątpliwościami, które budziły się dopiero, świadcząc o stopniowym wyczerpywaniu się narkotycznego efektu. To samo w sobie było frustrujące - fakt, że rzeczy nie działały już tak mocno jak kiedyś; że to, co kiedyś było pewnym przejściem do wyższej świadomości, teraz ledwie działało jako znieczulenie - znieczulenie fizycznych objawów, a nie egzystencjalnych boleści, a przecież to te drugie właśnie były przyczyną nieszczęść, te drugie pchały w ramiona tragicznych w skutkach decyzji i błędnie wysnuwanych wniosków.
Błędem było wyłączenie świadomości na ten ułamek sekundy, w którym Ashton unosił go ku górze, do swojego poziomu, przytwierdzając do ściany. Gardło zacisnęło się gwałtownie, jakby we wspomnieniu dobrze pamiętanego ataku sprzed kilku tygodni, mięśnie na moment spięły się niebezpiecznie, oddech ugrzązł w klatce piersiowej tuż przy słonecznym spocie. Czy teraz wszystko miało się powtórzyć? Rozpędzone myśli przepychały się między sobą łokciami, kiedy odpowiednia dawka tlenu nadal nie mogła dotrzeć do rozpaczliwie jej pożądających płuc. Kurwa mać, Cosmo.
- P-przestań, kurwa p-przestań kłamać, pierdol-lony... - Twarz, przymuszona przez zaciskające się na policzkach palce Ashtona, zwróciła się w stronę Keya. Z wpół otwartymi oczami wpatrywał się w nich nieświadomie, ale zwężone, przypominające główki szpilek źrenice Cosmo widziały w nim tylko ofiarę - nie swoją ofiarę, ale ofiarę całego społeczeństwa, jebany symbol mesjanizmu, Jezusa Chrystusa, który ugrzązł w jednym z zaułków Chinatown i nie mógł ruszyć dalej, żeby szerzyć swoje słowo. - NIE WAŻ SIĘ... n-nie mów o Florianie, kurwa, n-nie mów, dobra? N-nie mów, bo to nie j-jest twoja pierdolona sprawa, j-jebany predatorze... M-myślisz, że nie wiem? - zawieszone na ułamek sekundy wypełniło wąską przestrzeń między nimi. - M-myślisz, że n-nie wiem, że nie umiesz się, k-kurwa, kontrolować; że pierdo-lonym psycholem j-jesteś? Odpier-rdala ci, n-nie masz kontroli nad niczym, przyz-znaj to wreszcie, żyjesz w jakiejś j-jebanej bańce, do której K-key ci pasuje jako pier-rdolona dekoracja. N-nie kochasz, bo n-nie umiesz kochać, r-rozumiesz? D-dlatego nie mów nic o Florianie i nie mów nic o mnie, bo n-ie wiesz nawet, jak to jest być prawdziwym człowiekiem; n-nie wiesz nawet, jak to j-jest czuć cokolwiek, nic, kurwa, nie wiesz, b-bo od zawsze stał za t-tobą jebany, bog-gaty tatusiek, p-pierdo... pierdolone centrum twojej, k-kurwa, wyreżsyr.... wyreżyserowanej osobowości, słyszysz? Słyszysz, kurwa?!
_____________
Mów mi:ileiak#2395
MULTI:daj mi spokój
 
Wyświetl posty z ostatnich:   


Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 423 punkty
Dwudziestosześcioletnia wielbicielka zwierząt, która absolutnie nie ma ręki do opieki nad nimi. Bezrobotna panna, która przyjechała do Seattle zaledwie kilka miesięcy temu. Uwielbia śpiew i grę w rzutki. Kolekcjonuje ozdoby, co świetnie jej wychodzi, nie ma jednak talentu kulinarskiego. Jej największym marzeniem jest, aby nazwano kebaba jej imieniem.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 335 punktów
Czterdziestoczteroletni biznesmen, urodzony i wychowany w Seattle. Krążą pogłoski, że niedługo zostanie rozwodnikiem i wróci do gry jako świeżutki singiel. Łebski z niego gość, ale to nic dziwnego, skoro ma zapał do nauki. Odstresowuje się przyciskając gaz do dechy w swoim sportowym aucie lub popijając dobrą whiskey. Kocha podróżować.