hello stranger
W najnowszym ogłoszeniu można przeczytać o naborze do ekipy administracyjnej! Sprawdź sam.
ZADANIA WIELKANOCNE. Krótsze rozgrywki za więcej punktów fabularnych!
LEPRECON -dzień Świętego Patryka! Weź udział w zabawie, odwiedź sześć pubów, znajdujących się na specjalnej mapce i zbieraj punkty fabularne!
Jakiekolwiek problemy prosimy zgłaszać do adminów lub w tym temacie. W razie kłopotów z wyglądem strony pomoże twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r
boom
kiara
aurelie
diosmio
vincent
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre


and when she asks I say I do indeed



job
uczy geografii, łapie mavericki

feelings
we made this whole city an island of our love

and more
now it's just a cube of sugar melting on my tongue

bluejay krzyzanowski
36 lat
187 cm
mieszka w Portage Bay

2021-04-03, 21:16


klimacik

[And when she moves it's like a rolling sea
She's got more love than she will ever need
She's like a midnight bolt of electricity
And when she asks I say I do indeed]


Rany - te fizyczne, widoczne gołym okiem, wyczuwalne opuszkami palców (wbrew zaleceniom lekarza uparcie pędzącymi wzdłuż przedramienia do ledwie co zasklepionych śladów po ukąszeniach) - goiły się na Bluejay'u jak na przysłowiowym psie. Szybko. Sprawnie. Bez, całe jego cholerne szczęście, najmniejszych komplikacji. Zaszczepiony na wściekliznę - jak to na kogoś, kto przez wiele lat mieszkał w miejscu obfitującym w noszące tę chorobę, momentami całkiem agresywne małpy - na całe szczęście nie musiał obawiać się, że któregoś poranka obudzi się bez sił, za to z całym rozlewiskiem białej, gęstej piany toczącej się z kącika warg. Karnie przestrzegając medycznych wskazówek i sumiennie dezynfekując poprzecinane zygzakiem świeżych szwów rany bitewne odniesione przy niekoniecznie udanej próbie odbycia z Tottie romantycznego pikniku na zboczu waszyngtońskich gór, już po paru dniach od zdarzenia Blue mógł z ulgą i radością skonstatować, że los chyba oszczędzi mu gangreny i amputacji, albo innych, równie tragicznych konsekwencji. Przez pierwsze dni po wypadku miał wprawdzie (napędzane kilkukrotnym googlowaniem haseł typu: "zostałem pokąsany przez wilka - czy umrę?" oraz "jak szybko po pogryzieniu przez dzikie zwierzę będę mógł surfować wrócę do sprawności?") lekkie poczucie, że w ramieniu, które najbardziej ucierpiało, ma jakby mniejsze czucie... Ale już parę poranków później kompletnie zapomniał o tym lęku, dostrzegając wyraźną poprawę swojego stanu.
Inna sprawa, że oczywiście jak na ten moment o żadnym surfingu nie było mowy. Nie tylko już dlatego, że pogoda nie dopisywała i wiatr wiał w dokładnie przeciwnym kierunku niż Blue by sobie tego życzył, a więc nawet po najkrótszą sesje na falach blondyn musiałby wybrać się pewnie kilka stanów dalej... Ale również - a może i przede wszystkim - ponieważ z obolałą, wciąż jeszcze niedogojoną połową ciała, surfer zwyczajnie nie mógł wybić się z powierzchni deski (nie, żeby nie próbował - och, oczywiście, że tak; na "sucho", na podłodze swojego salonu, ponosząc przy tym frustrujące i dość żenujące, jeśliby je obserwować z boku, fiasko...). Lekarz prowadzący pocieszał go jednak, że do wesela się zagoi i nie takie rzeczy już widział, więc i Nadzieja - ta matka najgłupszych - towarzyszyła Krzyzanowskiemu, choć ręka w rękę z frustracją.
Nie zmieniało to wszystko faktu, że w tamten felerny dzień pikniku surfer odniósł rany także zupełnie innego typu - te nie na skórze, ale na honorze mężczyzny, który stara się (nieuświadomienie jeszcze, ale już-już-prawie-jawnie) o względy dziewczyny, co, jak to mówią, wpadła mu w oko i żadnym cudem nie daje się z tego oka wywlec (a tym bardziej - wyciągnąć z myśli...). I to właśnie ta duma urażona, ta niespełniona ambicja, świerzbiły Blue znacznie bardziej niż nowo-powstające zrosty. To one nie dawały mu spać, nie blizny. To one go piekły - nie strupki rodzące się pod cienkim, oddychającym bandażem.
A wszystko to było jeszcze dziwniejsze, jeśliby wziąć pod uwagę fakt, że przecież Blue podjął decyzję, czy nie? W ten wieczór, w który zamknął za Florence drzwi swojej sypialni - z Florence po niewłaściwej stronie progu. W tej chwili, w której obudził się obok niej i w której zaparzył im obydwojgu kawę. W tej chwili, w której postanowił jednak do Tottie nie pisać, ot tak, asekuracyjnie...
Bo skoro miał z niej zrezygnować - cokolwiek miało to znaczyć, to dlaczego, do jasnego Neptuna, nie mógł wydłubać jej spomiędzy delikatnych tkanek myśli? Dlaczego budził się z widmem jej rudych włosów pod powiekami i echem perlistego, zaraźliwego śmiechu niosącym się gdzieś pod sklepieniem czaszki? Dlaczego łapał się na tym, że sprawdzał telefon prawie neurotycznie i czuł lekkie ukłucie serca za każdym razem, gdy nie znajdował w nim żadnej nowej wiadomości?
I dlaczego w końcu...
Kurwa-jego-mać! - surfer żachnął się pod nosem, zaciągając hamulec ręczny - dlaczego właśnie parkował pod domem, który Tottie dzieliła z siostrą?!
Niezbadane były faktycznie tak wyroki boskie, jak i emocje ludzkie - te, co nas popychają do niezrozumiałego. I w wyniku jednego z wyroków tych przedziwnych, Blue szedł właśnie podjazdem, i wciskał przycisk dzwonka przy drzwiach, z wieczornym niebem migoczącym setką gwiazd za jego plecami.
Mów mi:achillo
MULTI:dużo-za-dużo
 



job
Zawodowo roztańczona

feelings
Nie czekam, aż burza minie

and more
Tylko tańczę w deszczu

Tottie Whitbread
26 lat
177 cm
mieszka w Phinney Ridge

2021-04-04, 23:51


Był to jeden z tych wieczorów, kiedy Aura miała wychodne, a na straży domu (albo bardziej straży jej strażnika - Psa) zostawała Tottie. Po ostatnich ulewach, podczas których woda próbowała wedrzeć się do domu bliźniaczek niemalże ze wszystkich stron, dziewczyny mocno ograniczyły jakiekolwiek wyjścia, może trochę podświadomie obawiając się, że mogą nie mieć dokąd wrócić, jak żywioł znów się rozszaleje tym razem zalewając coś więcej niż tylko ich piwnicę i poddasze. Dlatego więc, gdy przed Aurą pojawiła się okazja drobnego imprezowania, bliźniaczka nie miała nic przeciwko, ba! nawet zaoferowała jakiś swój zachomikowany, nienapoczęty alkohol, który kiedyś wręczyli jej szczęśliwi nowożeńcy (po tym jak ich pierwszy taniec, wyćwiczony pod czujnym okiem Tottie, zdobył prawie milion wyświetleń na youtube!), by starsza Whitbread nie poszła z pustą ręką, bo opcji, że mogłaby zrezygnować z tak wyśmienitego momentu odreagowania, młodsza Whitbread zupełnie nie brała pod uwagę.
Została więc sama, nie licząc kudłatej psiej mordki, która spoczywała na jej udzie, uśpiona miarowym drapaniem za uszkiem. Co jakiś czas, nawet nie robiąc pauzy w nadrabianym serialu, rudowłosa zerkała na wyświetlacz, bo siostra miała dać znać, czy wróci na noc, czy jednak pojawi się dopiero jutro. Sączyła sobie przy tym cytrynowego drinka i właśnie wykonywała ruch, by zetknąć usta ze szkłem, gdy niespodziewanie pies - dopiero co cicho pochrapujący - zerwał się i pobiegł w stronę drzwi. Tottie w ostatnim momencie uchyliła się, by nie oberwać cytrusowym alkoholem, który chlusnął na podłogę. Szybko ruszyła po papierowy ręcznik, przy okazji posyłając czworonogowi karcące spojrzenie.
- Co ty tam znowu wyczułeś, co? Zdecydowanie za dużo psów mieszka po sąsiedzku - skomentowała, próbując zrozumieć zachowanie pupila siostry, który z nosem pod drzwiami usilnie starał się coś wywąchać, merdając przy tym ogonem. Whitbread niespecjalnie się przejęła zachowaniem czworonoga, bo to nie pierwszy raz, gdy psiak podobnie reagował, lecz rzadko kiedy zostawał przy drzwiach na dłużej. Tym razem tak jednak było, a wkrótce ktoś dał znać o swojej obecności napełniając wnętrze domu dźwiękiem dzwonka, któremu dodatkowo towarzyszyło staccato psich łap (a może raczej pazurków), rytmicznie i radośnie podrygujących tuż przy drzwiach.
Tottie, nim ruszyła przekonać się, kto zdecydował się na wizytę o tej dość późnej już porze, kontrolnie zerknęła na telefon i po odnotowaniu braku przychodzących połączeń, czy innych wiadomości przede wszystkim od Aury, postanowiła sprawdzić kim jest sprawca tego nadmiernego psiego entuzjazmu.
Jakież było jej zdziwienie, gdy po otwarciu drzwi zobaczyła nie kogo innego, jak Krzyzanowskiego, który już od dłuższego czasu się nie odzywał.
- Bluejay? - zapytała, jakby chciała upewnić się, że dobrze zapamiętała imię mężczyzny. - Coś się stało? - dodała z nutą niepokoju, usilnie próbując zablokować drogę Psu, który chciał się przywitać z także i jego znajomym. - Swoją drogą miło cię widzieć. Z ręką już chyba lepiej? No bo chyba nie zatrudniłeś sobie szofera, zwłaszcza po naszej ostatniej przejażdżce. Bluemobil zdecydowanie nie dojechałby aż tak daleko - zażartowała, przypominając sobie mistrza kierownicy, który podwoził ich z rezerwatu.
Mów mi:Tottie
MULTI:Huck
 



job
uczy geografii, łapie mavericki

feelings
we made this whole city an island of our love

and more
now it's just a cube of sugar melting on my tongue

bluejay krzyzanowski
36 lat
187 cm
mieszka w Portage Bay

2021-04-08, 06:55


Czekając aż drzwi domu sióstr Whitbread otworzą się, czy choćby - rozsądnie! - uchylą przynajmniej tak, by ktokolwiek był w środku, mógł najpierw z uzasadnioną ostrożnością sprawdzić, komu to zawdzięcza taką niespodziewaną, wieczorną wizytę - Bluejay Krzyzanowski czuł się mniej więcej tak, jakby miał lat nie trzydzieści sześć, a najwyżej czternaście, i właśnie czekał na spotkanie z ojcem swojej pierwszej-ever randki (miała na imię Sally, krzywe jedynki i najsurowszego tatę, jakiego można sobie wyobrazić).
Gdyby nie ta jego surferska determinacja - wyrobiona w następstwie wielogodzinnego zmagania się z żywiołem nieugiętym i nieopanowanym, oraz fakt, że od kilku ładnych dni nie myślał prawie o niczym innym, niż dołeczki w okraszonych piegami policzkach Tottie Whitbread i wiedział, że jeśli czegoś z tym prędko nie zrobi to wkrótce pewnie po prostu zbliży się nadmiernie do granicy z lekkim szaleństwem, pewnie w trymiga wziąłby nogi za pas i popędził do Bluemobilu z taką prędkością, że aż by się za nim kurzyło.
Oczywiście, mniej heroizmu było w stawieniu się na progu znajomej, niż w jego pierwszym (i jednym z dwóch, zanim ta z nim zerwała) starciu z Ojcem Sally, ale nie fakty się tutaj liczyły i logika, a emocje.
Te zaś sprawiały, że w momencie, w którym po drugiej stronie drzwi rozległ się najpierw specyficzny chrobot zwiastujący, że Pies już go wyczuł i udaje teraz Poważnego Strażnika Posiadłości Panien Whitbread, a potem uspokajający pół-szept rudowłosej dziewczyny, Bluejay Krzyzanowski naprawdę już niemal całkiem żegnał się z animuszem, który przepełniał go, gdy to surfer opuszczał jakiś czas temu swój dom.
Po cholerę żeś tu przychodził, tak znienacka?
Zwariowałeś, Blue!
Weź, wracaj lepiej - odezwiesz się w sposób bardziej cywilizowany, smsem na przykład... Albo nigdy więcej.
No, bądźże poważny i...

Szczęknięcie odsuwanej zasuwy, cichy jęk zawiasów (od razu pomyślał, że mógłby przecież zaproponować Tottie, że się zajmie nimi, naoliwi je, wyczyści; i może jeszcze obluzowaną dachówkę przy okazji? i tę płytkę, która wyraźnie obluzowała się przy skraju podjazdu...) i skrzypnięcie otwieranych drzwi przecięły tok jego desperackich rozmyślań niczym nożyce tnące bandaż na ramieniu.
Nie - było - odwrotu.
Krzyzanowski odchrząknął, stając twarzą w twarz z Tottie Whitbread i całą jej cytrynową, piegowatą, płomiennowłosą aurą (i bynajmniej nie "Aurą", bo tej najwyraźniej w domu akurat nie było).
- Tottie? - odparł, jakże głupio, bo przecież gdyby była drugą bliźniaczką, prawdopodobnie nie użyłaby teraz jego imienia. Pokręcił lekko głową, sfrustrowany własną bieżącą nieporadnością i zaraz, z wielką ulgą, że Pies dał mu ku temu porządny pretekst, zaserwował się ucieczką przed spojrzeniem dziewczyny. Przykucnął koło zwierzęcia, witając się z nim z takim entuzjazmem, z jakim wita się dawno niewidzianych przyjaciół. Jedną rękę miał na temblaku, co nie ułatwiało jakoś utrzymywania równowagi, ale nie dał się psu przewrócić, przytrzymując wręcz jego karku z cichym chichotem.
- Hej... - powiedział w końcu, teraz spoglądając na Whitbread z dołu, prosto znad rozradowanego psiego kłębowiska (futro, ogon, pysk, język, futro, łapka, łapka, futro, ogon, rozkręcony w radosnym tańcu zad, ogon, pysk, futro) - Co? Ach, to. Nie, to znaczy... Tak, o wiele lepiej. Okazuje się, że da się prowadzić w temblaku, wiesz? I przysięgam, że nie stanowię zagrożenia dla innych... - żachnął się - ...no, tak długo, jak nie zapraszam nikogo na pikniki.
Dźwignął się wreszcie z kucek, napotykając spojrzeniem skąpaną w wieczornym półmroku twarz dziewczyny. Nie wyglądała na zdenerwowaną (mógł już wzdychać z ulgą?) czy zirytowaną.
Zaskoczenie i lekki dystans. To dostrzegał.
(A na co innego liczyłeś, Krzyzanowski, do jasnej cholery?).
- Tottie... Ja... Nie przeszkadzam... za bardzo? Wybacz, że tak bez zapowiedzi. Byłem w okolicy... - zaczął, przerwał, westchnął i rozpoczął wszystko od nowa: - Nie, w sumie to wcale nie. Po prostu... Ach, sam nie wiem. Bardzo chciałem się z tobą zobaczyć. I nie, nie, nic się nie stało. Jakoś tak... no wiesz.
Wiedziała?
Mów mi:achillo
MULTI:dużo-za-dużo
 



job
Zawodowo roztańczona

feelings
Nie czekam, aż burza minie

and more
Tylko tańczę w deszczu

Tottie Whitbread
26 lat
177 cm
mieszka w Phinney Ridge

2021-04-08, 14:00


Figlarny uśmieszek rozkołysał kąciki ust, kiedy Blue, niczym jezioro w Mount Rainier refleksy słoneczne, odbił jej pytanie. Wspominała mu, że mimo tego, iż dorosłe już z nich pannice, to zdarza im się nabierać znajomych na to z kim mają do czynienia. Drobne zawahanie blondyna (plus powoli łapany humorek od drinkowania) sprawił, że Tottie postanowiła zrobić mu psikusa.
Pokręciła głową, by po chwili wysunąć dłoń w jego kierunku, ze słowami:
- Nie, Aura. Ty jesteś tym surferem, którego siostra poznała na jarmarku świątecznym? - dopytała, wcielając się w rolę starszej Whitbread, która prawdopodobnie wypowiadając tę kwestię lekko, podejrzliwie zmrużyłaby oczy, pewnie wpatrując się w niespodziewanego gościa. Tottie również podjęła tę próbę, ale długo nie wytrzymała i zaśmiała się, kręcąc przy tym głową. - Nabieram cię, Blue. To ja. Mamy dziś z Psem wolną chatę, więc to nie ten dzień, w którym doświadczysz spotkania z podwójną rudością - skwitowała nieznacznie przy tym wzruszając ramionami, czego pewnie nie dało się zauważyć z pozycji, którą przybrał Krzyzanowski. Gdyby pozostał na dole Whitbread dołączyłaby do tej parterowej ekipy, bo znacznie lepiej rozmawiało jej się mając rozmówcę mniej więcej naprzeciwko siebie, co - choć unikała patrzenia w oczy - kontrolowała ukradkiem spoglądając w jego stronę.
- A ty dalej swoje! Hej, surferze, zacznij się wreszcie śmiać z tego, co nam się przytrafiło, zwłaszcza, że jak widać jesteśmy cali i zdrowi - to mówiąc odrobinę się nachyliła by poklepać temblak (gdzieś na przedramieniu, a nie w miejscu pamiątki po wilczych kłach) - i nikt nie musiał brać ślubu, by wszystko się zagoiło. - Nie omieszkała dodać do tego ciepłego uśmiechu, który posłała w stronę mężczyzny, łapiąc też na krótko jego spojrzenie.
Jeśli na początku Krzyzanowski mógł dostrzec szczyptę dystansu, który w palecie powitalnych kolorów pewnie uplasował się gdzieś koło innych odcieni szarości, tak teraz nie było już po nim śladu, bo Tottie na powrót przypomniała sobie tę swobodę, jaką odczuwa przy blondynie i to ona grała teraz pierwsze skrzypce.
Nie wiedziała.
Nawet przez myśl jej nie przeszło, że Bluejay odtwarzał w pamięci jej uśmiechy, niespodziewanie przypominał sobie zapach i kolor jej włosów, jej piegi, czy inne elementy whitbreadowskiej powierzchowności, bo jakoś go one zauroczyły. Dla Tottie było czymś normalnym, że ktoś wpada z wizytą bo tak, a ona po skontrolowaniu, że nie jest to powód, który wymagałby udzielenia pomocy specjalisty, szczególnie z zakresu pierwszej medycznej pomocy, nie dopytywała i nie potrzebowała wyjaśnień, ciesząc się po prostu ze spotkania z drugim człowiekiem.
- Nie musisz się tłumaczyć. Super, że skorzystałeś z zaproszenia, bo jeśli się nie zagapiłam, to powinnam takie wystosować, kiedy odwiozłeś mnie pod dom... - Whitbread zamyśliła się, w końcu jednak machnęła ręką. - Mniejsza o to. Goście przodem - dodała radośnie, przepuszczając surfera przodem. - Rozbierz się. Ja tylko szybko dokończę uprzątanie podłogi, bo rozlał mi się napój, a znając Psa, to zaraz się do niego dobierze. Napijesz się czegoś? - W całej tej paplaninie nie mogło zabraknąć wyrazu gościnności, którą rudowłosa chciała dopasować do przybysza, by poczuł się jak najlepiej w jej towarzystwie.
Mów mi:Tottie
MULTI:Huck
 



job
uczy geografii, łapie mavericki

feelings
we made this whole city an island of our love

and more
now it's just a cube of sugar melting on my tongue

bluejay krzyzanowski
36 lat
187 cm
mieszka w Portage Bay

2021-04-10, 07:31


Jakkolwiek zawadiacki uśmiech Tottie powinien był ostrzec go z wystarczającą mocą, Bluejay - skupiony na powitalnych pieszczotach, którymi obdarzał właśnie rozradowanego ta okolicznością Psa - puścił go jakoś mimo świadomości. I, jak można się domyślać, kompletnie ignorując filuterny grymas piegowatej twarzy, na kilka ładnych sekund wpadł prosto w pułapkę jej żartu.
Poczuł, jak serce przyspiesza mu odrobinę - nie w takim wprawdzie tempie, w które wpada, gdy zaczynasz zastanawiać się, czy ten cień przemykający pod Twoją deską, gdy śmigasz na niej wiele metrów od bezpieczeństwa brzegu, to tylko trawy morskie, czy jednak rekinia płetwa, ale jak wówczas, gdy jesteś pod prysznicem i nagle przypominasz sobie, że cholera! chyba zostawiłem zapiekankę we włączonym piekarniku... jakieś dwadzieścia minut temu! - i łypnął teraz na Tottie spojrzeniem lekko spłoszonym. Jasna cholera! Co też mu do głowy przyszło, żeby wpadać tak bez zapowiedzi! Przecież Tottie wspominała mu, że żarówiasty domek należy do Aury, nie do niej. Niczym dziwnym było więc, że zastał w progu posiadłości (czy też raczej, w ramach radosnego słowotwórstwa na potrzeby sytuacji, "posiadłostki") jej właścicielkę, nie zaś tę osobę, której tu w istocie rzeczy szukał...
Nie-do-wiary, ale zgrabne kości policzkowe surfera obsiał płachetek rumieńca. Jakże, cholera, licealnie! Jakże żenująco!
Jakże uroczo, Blue, no daj spokój! Przynajmniej nie ulegało wątpliwości, że Ci zależy...
- Och... - zaczął, z jakąś dozą rozczarowania jakby, ale i zakłopotania. Nie tak wyobrażał sobie okoliczności poznania Aury - liczył, że jeśli w ogóle to nastąpi, będą mieli okazję zostać sobie porządnie przedstawieni, a on będzie mógł zrobić na dziewczynie wrażenie dobre, a nie chaotyczne, jakie pewnie robił teraz...
Teraz...
Gdy, znów wbiwszy wzrok w rozmówczynię, nagle napotkał na urocze kurze łapki drobniutkich zmarszczek w kącikach oczu i usta rozciągnięte już nie tyle zadziornym półuśmieszkiem, co śmiechem po prostu.
- Och, jasna cholera! - zawtórował dziewczynie w chichocie, pacnąwszy się jeszcze zdrową ręką w czoło, ot tak, dla dodania dramatyzmu - Nie mówił ci nikt, że nie wolno się znęcać nad kalekami tak okrutnym żartem?!
Co bynajmniej nie znaczyło przy tym, że miał do Tottie za ów żart pretensję. Wręcz przeciwnie - fakt, że dziewczyna zminimalizowała być może dzielący ich chwilę temu oficjalny dystans, przyniósł mu niewysłowioną ulgę - i z ulgą tą blondyn przekroczył próg przytulnego domku, prawie potykając się przy tym o rozentuzjazmowanego Psa.
- Nie pomóc ci jakoś? - zaproponował odruchowo, słysząc, że Whitbread zamierza zająć się sprzątaniem. Podążał korytarzem wiedziony instynktem i względną znajomością przeciętnych planów architektonicznych, na bazie których wznoszono większość seattle-ańskich domków jednorodzinnych. I z sukcesem - bo zaraz udało mu się trafić w próg salonu (w którym, notabene, od razu uderzyła go nikła, ale niemożliwa do pomylenia z czymkolwiek innym, woń cytryny).
- W sumie... W sumie to chętnie - potaknął - Mniemam, że w menu są głównie napoje cytrynowe? - zapytał też zaraz, przypominając sobie rozmowę o "ulubionym owocu Tottie".
Zdjąwszy chwilę wcześniej kurtkę (poszło szybko, bo w rękawy był w stanie teraz wsunąć przecież tylko jedną rękę) i odwiesiwszy ją na haczyk w przedpokoju, od razu poczuł się jakoś tak... swobodniej, a ciepła, domowa atmosfera panująca we wnętrzach, które teraz zwiedzał, tylko dołożyły się do wzmocnienia tego uczucia. Poczuł, jak - przynajmniej częściowo - opuszcza go wcześniejsze napięcie.
- Jeszcze raz... - rzucił, ale już bez tego sztywniackiego zadęcia, z którym przemawiał chwilę wcześniej; w sumie to nie był nawet pewien, czy zamierzał się zaraz powtórzyć, czy tez mówił to po raz pierwszy - nie pamiętał! - Wybacz, że tak bez zapowiedzi. Chciałem... No wiesz, dowiedzieć się co u ciebie. I co u ciebie, tyyy.... - teraz zwrócił się też do psa, pieszcząc nadstawiony mu kudłaty łebek - A chyba jestem na tyle starej daty, że pisanie sms-ów i inne takie... Po prostu mnie wkurza i męczy. Więc... No tak... Ekhem. Co u ciebie, Tottie Whitbread?
Mów mi:achillo
MULTI:dużo-za-dużo
 



job
Zawodowo roztańczona

feelings
Nie czekam, aż burza minie

and more
Tylko tańczę w deszczu

Tottie Whitbread
26 lat
177 cm
mieszka w Phinney Ridge

2021-04-11, 14:18


Była przekonana, że jej aktorski występ tego dnia wymagał wielu poprawek, a jednak pierwsza reakcja Blue uświadomiła jej, że może jednak powinna nie tylko tańczyć, ale też skusić się na rolę w niskich lotów telewizyjnym serialowym tasiemcu, najlepiej paradokumencie, skoro udało jej się tak przekonująco nie być sobą choć przez chwilę albo powinna rozważyć reklamę... ot choćby margaryny, czy innego kitu, bo jak udało jej się tak dobrze go wcisnąć obeznanemu z życiem podróżnikowi, to tym bardziej uwierzą w niego mniej lub bardziej opierzone kury domowe.
Po słowach mężczyzny, zamiast poczuć choć drobny wyrzut sumienia, tak roześmiała się kilka decybeli głośniej.
- Nie mówił ci nikt, żeby nigdy nie wierzyć kobiecie? - odparła zaczepnie, opierając rękę na biodrze, by podkreślić nawet swoją pozą, że właśnie urządza z nim żartobliwe przepychanki. Gdyby tylko wiedziała, co w tym czasie dzieje się w Bluejay'u, pewnie nie pastwiłaby się nad nim dokładając dylematów, których i tak miał na pęczki decydując się na przyjście pod numer 43.
- Nie, nie. To drobna usterka. Już... już prawie nie ma śladu - relacjonowała z głębi domu, w pewnym momencie dodając radosne: voila!
Minęła w progu blondyna, by opłukać ręce w przylegającej do salonu kuchni. Właśnie miała zabierać się za skontrolowanie lodówki, czy posiada coś, co mogłaby Krzyzanowskiemu zaproponować, gdy ten wspomniał o cytrynach. Tottie parsknęła śmiechem, lecz towarzyszyło temu przeczące kręcenie głową.
- W moim menu na pewno, ale dla gości mamy cały zestaw innych smaków. Mam zieloną herbatę, białą, jakąś mieszankę świąteczną... - Whitbread zaczęła oglądać torebeczę z suszem, który dostała w prezencie na gwiazdkę, ale jeszcze nie miała okazji skosztować. - Hmm, mam też coś mocniejszego. Wino? Chyba nawet jakiś spirytus... - dodała, zastanawiając się nad wysokoprocentowym repertuarem, który mogłaby polecić surferowi. - Problem może pojawić się w kwestii: co do tego, bo nie mam nic wegańskiego... - Przygryzła wargę, oceniając stan lodówki i omiatając wzrokiem blat, gdzie zostało kilka kawałków marchewkowego ciasta, które upiekły z Aura z myślą o jej dzisiejszej imprezie, na ktorą wzięła większość tego wypieku.
- Brzmi trochę jakbyś miał zły sen i chciał na własne oczy się przekonać, że to tylko fikcja - gładko przeszła do próby odpowiedzi pytanie Blue. - Mam nadzieję, że się mylę i dobrze sypiasz? Jej, fatalnie by było, gdybym grała główną, ba! jakąkolwiek rolę w twoim koszmarze! - skwitowała rudowłosa, cmokając z niezadowoleniem. - U mnie chyba nie tak źle. Odkąd się rozpogodziło, to prawie zniknęły różne komplikacje, które naniósł deszcz. Czeka nas, na przykład remont dachu - wskazała palcem na sufit, gdzie co prawda nie było widać szkód, bo tych więcej było na strychu, ale Tottie chciała pokazać kierunek, gdzie wkrótce upłynnią się ich oszczędności.
- U ciebie bez większych szkód? - zapytała, lokując spojrzenie na temblaku.
Mów mi:Tottie
MULTI:Huck
 
Wyświetl posty z ostatnich:   


Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, marzec - 537 punktów
Dwudziestopięcioletnia panna, która niedawno temu przyjechała do Seattle z miasta Asotin, gdziekolwiek to jest. Zgrabna blondynka o pełnych ustach i pięknym uśmiechu, romantyczka z marzeniami i ambicjami. Pracuje jako stażystka w kancelarii prawniczej, interesuje się modą i kocha jeść fast foody. Może nie jest specjalnie wysportowana, a jej umiejętności za kółkiem pozostawiają wiele do życzenia, ale za to złota z niej rączka i świetnie sobie radzi z narzędziami.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, marzec - 413 punktów
Trzydziestoletnia panna, urodzona i wychowana w Seattle. Studia medyczne ukończyła na uczelni wojskowej, więc panie i panowie miejcie się na baczności, bo strzelec z niej wyborowy. Mimo wzlotów, ale i bolesnych upadków, wyszła na prostą, aby sprawdzać się jako rezydentka chirurgii. Nie jest najlepszą panią domu, ale za to świetnie radzi sobie za kółkiem. Uwielbia sport, trenuje boks i chętnie spędza czas na świeżym powietrzu. Jeżeli nie jesteś na jej czarnej liście, to możesz spać spokojnie.