kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Zobacz temat - you got me, one strong lover
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre
uwaga
WEATHER ALERT! Ostrzeżenie przed burzami dla obszaru Seattle.Czytaj dalej.
uwaga
Powstało subforum o nazwie "Alternatywna rzeczywistość".Więcej tutaj
uwaga
Jakiekolwiek problemy prosimy zgłaszać do adminów lub w tym temacie. W razie kłopotów z wyglądem strony pomoże twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.


you got me, one strong lover



job
you can break and throw yourself away

feelings
and if you need to, you can break me too

and more
please just take me with you when you go

keyvan khayyam
18 lat
178 cm
mieszka w South Park

2021-01-15, 22:22


Celina była niepocieszona.
Tym przede wszystkim, że Key z całkiem już zatrważającą regularnością wpadał do kuchni oznajmiwszy, że będzie dziś gotował. Co więcej, zupełnie nie o nastawienie wody do zalania delikatesów orientalnych smaków z podrodzaju kuchni błyskawicznej chodziło. O takie gotowanie, przez które przemawiała jakaś bardzo nędzna, choć w tym stanie wciąż w do jakiegoś stopnia imponująca determinacja; takie, które za każdym razem kończyło się tym, że średnio po trzydziestu siedmiu minutach bezsilności w wiszeniu nad ekranem z otwartą witryną allrecipes.com, Keyvan wystosowywał pilny telefon do Nigelli. Te połączenia też zawsze były takie same – oprócz prywatnego instruktażu zawierały zbędną ilość plotek z celebryckiego półświatka kulinarnego, szczegółową relację z tego bardzo nieszczególnego życia, które od czasu wyjścia z odwyku wiódł, a poza tym też niepoważną ilość przerw na hasło „czekaj, pokażę Ci Scoobyego”. Tym razem intensywne emocje Celiny brały się jednak z najczystszej trwogi, bo ewidentne przerażenie budziła myśl o tym, że Key zarządził: sylwestrową kolację będzie przygotowywał sam. Na fali odwagi i niczym nieuzasadnionej brawury specjalnie oddelegował gosposię z prośbą, żeby wreszcie po tych świętach zasłużenie odpoczęła. Czy słusznie – to już inna sprawa. Presja była właściwie na tyle duża, że w ikonkę aplikacji FaceTime kliknął jeszcze zanim zdążył w ogóle dwa razy pochylić się nad szafką z garnkami, konsultacjom poddając wszystko: począwszy od pomysłów, przez wykonanie, na podaniu kończąc, zupełnie jakby w gościach przybywał sam Gordon Ramsay, a od jego przychylnej (lub nie) oceny posiłku zależała keyowa przyszłość.
Choć całodniowe krzątanie się wskazywało wysoki poziom przejęcia, prawda była taka, że nie o kolację tak właściwie chodziło – w myślach zupełnie stała i absolutnie niepodważalna była przecież świadomość, że równie sensowna i mile widziana byłaby nawet zamówiona z byle miejsca pizza. Nadawanie jakiejkolwiek wyjątkowości temu wieczorowi nie było konieczne, bo w kontekście ostatnich tygodni, a właściwie i miesięcy, rozciągniętych na osi doświadczeń dalekich od codziennych czy łatwych, jego wyjątkowość rozumiała się sama przez siebie. Nie chodziło więc o przejmującą chęć dopięcia wszystkiego na ostatni guzik, tak samo jak nie o imponowanie w roli gospodarza, którym jako ledwie tymczasowy mieszkaniec domu nie był wcale, a o to, że Key bardziej niż kiedykolwiek chciał, żeby ten czas, raptem kilka spędzonych wspólnie z Ashtonem godzin, upłynął... miło? Po prostu miło, zupełnie jak samolubnie miła była myśl o tym, że wciąż mógł mieć go obok, nie tylko w teorii, tak jak ma się tych, dla których „zostańmy przyjaciółmi” z jakiejś przyczyny musi być ostatnim słowem, ale i w praktyce, prawie tak, jak miał go wcześniej. Właściwie może na swój sposób lepiej, bo choć ciężko było ostatecznie oswoić się z koniecznością zachowania narzuconego ramami przyjaźni dystansu, żal o przegapione szansy dużo łatwiej było odsuwać od siebie w myśl, że przynajmniej wciąż przysługiwał przywilej wzajemnego towarzystwa, tym razem określanego wieczornymi telefonami, wysyłanymi sobie nawzajem zdjęciami psów i dziwnymi zrywami szczerości, na którą oboje rzeczywiście starali się zdobywać.
Jeśli z kolei o presję chodzi, jeśli wywierało ją na Keyu cokolwiek oprócz własnego poczucia obowiązku zaprezentowania się od nienajgorzej strony, to musiała być to też obecność brata – czy może raczej nie obecność, a samo jego podejście, które wcześniej nakazało mu odmówić Keyowi spędzenia tego wieczoru u Ashtona. I tak jak o brak zaufania Keyvan pieklić się nie miał prawa, tak już dość abstrakcyjne i niezrozumiałe było to, że w ten jeden dzień przed dziesiątą w domu zmieniło się na przed ósmą w domu, co w kontekście dosłownie jakichkolwiek sylwestrowych celebracji sensu miało w zasadzie tyle, co nic. Z kolei zwrócenie Milo uwagi na to, że północy w samotności nie życzy się chyba nikomu, zaskutkowało nie przyznaniem racji, a gorącym i zdecydowanie zbyt stanowczym zapewnieniem, że w takim razie zostaną z Florianem w domu, a to, jakkolwiek wspaniałomyślne i uprzejme, musiało tchnąć w Keya nową energię (motywację...?) do wznowienia negocjacji.
Kompromis – wolny dom do pierwszej. Pod kilkoma warunkami, rzecz jasna. Zająć się dziećmi i psami (jedno i to samo), mieć Celinę na szybkim wybieraniu, nigdzie nie wychodzić, odbierać wszystkie telefony i meldować się regularnie. Wszystko to wydawało się rozsądną ceną za możliwość zrealizowania choćby namiastki z tych sylwestrowych planów, które chłopcy ułożyli bez uwzględnienia nadgorliwości Milaha. Nawet ze świadomością, że znaczna część wieczoru będzie musiała sprowadzić się do zabawiania Lulu i Viviego tak, żeby przy odrobinie szczęścia odpadli jeszcze przed północą, a część przeprowadzanych solo kuchennych rewolucji – do przygotowywania nuggetsów w kształcie dinozaurów w dźwięk zaleceń Lulu, która z nieznanej przyczyny bardzo intensywnie oprotestowała upieczenie ich w zastępstwie za usmażenie. Jak na przyzwoitą nianię przystało, Key zniósł ten kaprys z godnością, raptem kilka minut później stojąc nad patelnią i każdego usmażonego dinozaura oddając do kontroli usadowionej na kuchennym blacie dziewczynce, jego pracę kwitującej tylko tym pełnym dezaprobaty kręceniem głowy, bo ewidentnie brak było mu należytej wiedzy dotyczącej przygotowywania takich wyszukanych przysmaków. Zadanie było śmiertelnie poważne, a Lulu szybko okazała się wyrocznią dużo bardziej surową niż jeden gwiazdkowany szef kuchni, więc gdy w mieszkaniu rozbrzmiał dźwięk dzwonka, Key nie miał innej możliwości niż dzielnie nad rzeczoną patelnią trwać, a do drzwi wysłać kogokolwiek, kto nie dostąpił zaszczytu bycia przemianowanym na królewskiego kucharza.
- Możesz otworzyć? – zawołał za Milo, który jeszcze chwilę temu mignął mu w salonie z Vivim na rękach. Poziom zaaferowania przewracanymi na patelni dino-nuggetsami był właściwie na tyle duży, że przez myśl wcale nie przeszło, na ile głupia jest to prośba – o awersji brata do Ashtona przypomniał sobie już na tyle późno, że bohaterski sprint do drzwi nie zdałby się na nic.
Mów mi:clonazepam#2047
MULTI:nie
 



job
solace my game, it stars you

feelings
harness my blame and walk through

and more
in the morning, i'll call you

ashton mahoney
18 lat
185 cm
mieszka w Queen Anne

2021-01-19, 09:57


czy ktos mi jeszcze w ogole wierzy

Wbrew wszystkiemu, co mogło mu się dotychczas wydawać, wbrew tym nocom z tęsknoty i smutku przepłakanym i wbrew najgorszym obawom, zrodzonym z samej perspektywy poniesienia tak ogromnej straty, świat wcale nie kończył się na Keyu ani po sądnym „zostańmy przyjaciółmi”, które w mniej bezpośrednich słowach padło jeszcze w szpitalu w Tukwili. Wręcz przeciwnie – świat zaczął się na nowo, a Ashton razem z nim. W tym nowym świecie – do bólu ułożonym, zdroworozsądkowym i podporządkowanym stawianym przez lekarzy zaleceniom – zwyczajnie nie było miejsca na stare, destruktywne nawyki i bezrefleksyjne powielanie utartych wygodą schematów. Było za to odkrywanie siebie na nowo i pierwsze niepewne próby osadzenia się w tej obcej rzeczywistości, która teraz miała być mu tą właściwą. Były niełatwe decyzje, rozważanie wszelkich za i przeciw oraz – a może przede wszystkim – myślenie o sobie. Nie w ten egoistyczny, uprzedmiatawiający wszystko wokół sposób, który kazał zagarniać dla siebie nawet to, co mu się nie należało i głośno tupać nogą, gdy nie mógł czegoś dostać. Myślenie o sobie nabrało tego nowego, odpowiedniego sensu. Stawiało granice tam, gdzie kończył się komfort psychiczny. Odrzucało połączenia, które skończyłyby się bezpodstawnymi wyrzutami sumienia. Odinstalowywało aplikacje, które mieszały w głowie nieprzyjemnymi komentarzami i wiadomościami. I w końcu kazało zabrać resztę rzeczy z domu ojca, mimo zapewnień, że wszystko będzie jak dawniej, jeśli tylko wróci. Nie wróci. Nie wróci właśnie dlatego, że byłoby jak dawniej, a teraz wiedział, że pełne konto bankowe nie było wystarczającą rekompensatą za utraconą wolność. Że klatka to klatka, nawet jeśli ma złote pręty.
Odkąd jego grono naturalną koleją rzeczy pomniejszyło się o wymuskanych chłopców w chinosach dumnie pozujących do zdjęć w czerwonych czapkach z daszkiem i entuzjastów rekreacyjnie przyjmowanych środków odurzających, Ashton odkrył, że w gruncie rzeczy nie ma zbyt wielu znajomych, a tym samym interesujących perspektyw na spędzenie sylwestra. No ale nawet gdyby miał, to przecież żadna nie miała prawa konkurować z tym jednym, wystosowanym przez Keya, nawet jeśli przedstawiony mu plan wieczoru zakładał koniec zabawy o pierwszej i dwójkę biegających generatorów wysokich dźwięków pod opieką. Bo nowy Ashton uczył się doceniać małe rzeczy. Chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie może być już z Keyem, okazało się, że przy odrobinie dobrych chęci nic nie stoi na przeszkodzie, aby wciąż być obok. Wychodzić na wspólne spacery z psami do parku, prowadzić te niedorzecznie długie rozmowy o wszystkim i o niczym i stawiać tarota przed snem na fejstajmie. I chyba dzięki temu, mimo że każdy mięsień, każdy nerw wciąż nieubłaganie wyrywał się w jego stronę, a usta do tego, żeby jeszcze raz ułożyć się w te dwa szeptane pod koniec listopada w jego obojczyk słowa, w ostatecznym rozrachunku brak cielesności i perspektyw na jakiekolwiek my nie doskwierał aż tak mocno, jak doskwierać mógłby. Co nie znaczyło, że podświadomość nie robiła swojego, kiedy na godzinę przed wyjściem łączyła się na videokonferencji z mamą, Jeffem i Finn, a następnie wyciągała Ashtonową dłoń w stronę półki z ubraniami typu: eleganckie, od mamy, nie do noszenia („Z marynarką czy bez?” „Z!” „Zdecydowanie” „Ale na pewno? Bo to ma być tak, wiecie… elegancko, ale nie jakbym chciał go odzyskać” „A nie chcesz???” „Jeff…” „No… No chcę, tak, ale… Inaczej. To ma być: elegancko, bo mi zależy i totalnie chciałbym go odzyskać, gdyby to było inne wcielenie, w którym nie mamy przed sobą tyle pojebanego gówna do przepracowania” „Wcielenie inne…?” „Nie wnikaj, proszę” „Wciąż marynarka” „Zdecydowanie” „I język, Ashton!”).
Była więc marynarka, Toto z kokardką na szyi, butelka bezalkoholowego szampana dla dzieci w dłoni i nie tak krótka chwila ociągania, zanim w końcu zdecydował się zadzwonić do drzwi. O ile perspektywa spędzenia wieczoru z Keyem powodowała miłe uczucie podekscytowania i mimowolnie unosiła kącik ust w górę, to już możliwość choćby wymiany przelotnych spojrzeń z Milahem wywoływała w nim dziwnie wrogi rodzaj podenerwowania, kumulujący się ciężko w klatce piersiowej. I nie chodziło już nawet o fakt, że ten w swoim rozdrażnieniu posunął się do grożenia mu zabójstwem tak brutalnym, że nie poznałaby go własna matka, bo po serii niesławnych tweetów Ashton podejrzewał, że Milah najzwyczajniej w świecie musiałby ustawić się w kolejce, żeby tego dokonać, ale o całą resztę przykrych rzeczy, które powiedział przy okazji, a które mogły wyrządzić ogromne spustoszenie w i tak mocno przytłoczonej już wyrzutami sumienia głowie. Mogły, ale przecież nie wyrządziły, bo młody Mahoney, kierowany chęcią wydobrzenia i radami terapeuty, postanowił nie pozwolić tym pełnym złości słowom zrobić jeszcze więcej szkód. Po prostu nie. Bo nawet po tym wszystkim palce mamy czesały włosy tak samo czule jak wtedy, kiedy był dzieckiem. Bo Florian w dalszym ciągu nazywał go maluchem, wysyłał zdjęcia Lulu i dawał te piękne, pełne znaczenia prezenty. Bo Key wciąż był obok i obok siebie chciał mieć Ashtona, więc wdech i wydech, bo jedyne, co Milo realnie mógł mu zrobić, to otworzyć drzwi.
Pierwsza zareagowała Toto. Choć bardzo ułożona i jeszcze przed chwilą grzecznie usadowiona (z tygodnia na tydzień coraz cięższym) tyłkiem na czubku buta Ashtona, gdy tylko zobaczyła Gatsby’ego oraz towarzyszącego mu Scooby’ego, kotłujących się za nogami Khayyama, wyrwała do przodu, dołączając do tego festiwalu przewracania się na ziemię i podskubywania ogonów. Dopiero wtedy Ashton realnie uznał obecność nowego lokatora w domu Floriana. Nie poświęcając Milo więcej niż te beznamiętne skinięcie głową, skierował spojrzenie w stronę trzymanego na rękach chłopca, by momentalnie obdarzyć go trochę bladym, choć wciąż bardzo ciepłym uśmiechem.
- Hej, Vivi. Mam nadzieję, że się wyspałeś? – Tak naprawdę, to wcale nie. Miał nadzieję, że odpadną jak najszybciej. - Lulu mówiła, że na święta dostaliście dużo nowych zabawek, to prawda? Już nie mogę się doczekać aż mi je pokażecie. I spójrz, co dla nas mam – powiedział, unosząc w górę butelkę z klaunem na etykiecie, po czym pomachał nią odrobinę, jakby na zachętę. Miał jednak świadomość, że ucieczka w pogawędkę z Vivim nie może trwać wiecznie, więc w końcu podniósł wzrok na trzymającego syna w ramionach Milo. - Mogę? – spytał lakonicznie, skinąwszy głową na przestrzeń za plecami Khayyama. Nie to, żeby musiał – zaproszenie dostał przecież od gospodarza domu, więc pytanie było raczej retoryczne, bo grzecznościowym trudno było je nazwać. Po prostu naprawdę chciał, żeby ten wieczór zaczął się równie miło, jak się zapowiadał, a podejrzewał, że Milo nie trzeba było wiele, by zdecydował się dopowiedzieć jeszcze kilka słów, których zapomniał w trakcie nagrywania tamtej uroczej wiadomości na pocztę głosową Ashtona.
Mów mi:m.
MULTI:nigdy
 



job
śpiewam sobie i skaczę po scenie

feelings
déja vu mam chyba

and more
a potem zobaczymy

Milah Khayyam
25 lat
180 cm
mieszka w Phinney Ridge

2021-01-21, 21:44


ciuszek

Święta minęły całkiem spokojnie jak na warunki mieszkania z dwoma małymi demonami i dwoma dość energicznymi psami, jakaś przyjemna, ciepła atmosfera roznosiła się jeszcze chwilę dłużej, może za sprawą dekoracji, może z innych przyczyn. I nawet powrót do pracy był tym razem leniwy, wieczory nadal spokojne, choć przerywane żywymi dyskusjami dotyczącymi zbliżającego się Sylwestra.
I choć bardzo chciał Keyowi ufać, nie potrafił i choć Key starał się jak mógł, pewnie szybko się ten stan rzeczy nie zmieni. Milah nie był w stanie nie bać się, że jego problemy po prostu wrócą, że stanie się coś złego, że nadarzy się okazja, a on nie da rady odmówić i znów weźmie. Sylwester wydawał się być z kolei tych obaw kulminacją - jedna noc, kiedy wszyscy będą pili i imprezowali, właśnie tej nocy nie zamierzał młodszemu bratu odpuścić. W jego głowie odwyk miał miejsce zaledwie chwilę temu, a jego uzależnienie trwało zbyt długo, żeby Key miał iść gdziekolwiek tego dnia na noc.
Kompromis.
Musiał pamiętać, że Ashton pomógł Keyowi. Musiał pamiętać, że sprowadził go do Seattle i próbował pomóc mu dojść do siebie i jeszcze do niedawna chyba cieszyłaby go perspektywa tego, że akurat Mahoney spędzi tę noc z Keyvanem. Mógł bywać bucowaty, ale to oni mieli się dogadywać i to mu właściwie wystarczyło, ale niedawne wydarzenia postać rzeczy zmieniały zbyt mocno - bo nawet, jeśli wierzył w chorobę i starał się ją rozumieć, musiał mieć w sobie obawę, że podobna sytuacja się powtórzy i chociażby pod wpływem kolejnego napadu Ashton zrobi krzywdę znów Florianowi, lub tym razem Keyowi.
Może za jakiś czas byłoby to łatwiejsze - ale nie w momencie, kiedy wciąż miał wątpliwości co do tego, czy brat jest stabilny.
Lepsza jednak wizyta Ashtona, niż wyjście z domu, niech więc mają tu miejsce, on z Florianem skorzystali na tym tyle, że wyjdą na noc i mają z kim zostawić dzieciaki - bo na jakąkolwiek opiekunkę w Sylwestra ciężko raczej liczyć.
Więc ubrał się do wyjścia, choć młody zaczął marudzić przy drzwiach o kolejną bajkę, więc wziął go zaraz na ręce z zamiarem znalezienia mu jakiejś gry, kolorowanki czy innego zajęcia, których w salonie rozłożonych było już trochę, minął kuchnię w której Lulu dyrygowała najwidoczniej Keyem nad ich dzisiejszym daniem głównym, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi.
- Jasne. - odwrócił się do drzwi, które zaraz otworzył, wpuszczając Mahoney’a. Odpowiedział mu skinieniem, bardziej skupiony na dzieciaku, który już zaczął wyciągać ręce do dodatkowego psa i o mały włos wypuściłby z ręki szklankę z sokiem. - Pewnie.
Odpowiedział, kiedy Vi już zaczął się rozgadywać o zabawkach od Mikołaja i na nowo nabierać energii, żeby wszystko, ale to absolutnie wszystko na nowo wypróbować i spróbować nauczyć psy i kota bawić się z nimi.
Został więc odstawiony na nogi.
- Nie dajcie mu łapać Kota. I niech nie ogląda bajek pół wieczoru. - uprzedził, słowa kierując w stronę Keya, który obie zasady i tak znał jako, że dzieciaka niańczył nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.
- A ty masz być grzeczny i słuchać wujka, jasne? - poczochrał jeszcze swojego syna, który oczywiście w tej chwili był zdecydowany, żeby zostać najgrzeczniejszym dzieckiem świata, a że za pięć minut o tej decyzji zapomni - cóż, ciężko dziecko winić za krótką pamięć. Sam Milo wrócił do siebie, żeby ogarnąć się do reszty.
Mów mi:--
MULTI:Oscar
 



job
you can break and throw yourself away

feelings
and if you need to, you can break me too

and more
please just take me with you when you go

keyvan khayyam
18 lat
178 cm
mieszka w South Park

2021-01-25, 18:19


Odkąd w w świadomości na dobre osadziła się myśl o wszystkich potencjalnych zakończeniach nawet i najkrótszej (!) interakcji Milo-Ashton, sprawa nuggetsów nie wydawała się już tak istotna czy nagląca, nawet jeśli ton wyrzucającej z siebie niezrozumiałe słowa dezaprobaty Lulu wyrażał wciąż ten sam, najwyższy stan oburzenia, gdy (nie)wprawnym ruchem widelca Key spróbował z patelni wyłowić jednego z ostatnich już dinozaurów. W grę nie wchodziła jednak odmowa, bo miękkie serce zdawało się aż za mocno dawać się we znaki, skoro nawet pod wpływem naglącej potrzeby ruszenia w stronę drzwi tu i teraz, Key trwał nad patelnią aż do chwili, w której ostatni nuggets był bezpieczny i znalazł się w groteskowo eleganckim naczyniu razem z całą resztą wykwintnych kąsków. Wówczas śmiertelnie poważnym tonem oświadczył Lulu, że teraz muszą wystygnąć, więc trzeba będzie chwilę poczekać, na co, nawiasem mówiąc, dziewczynka przystała z imponującą jak na siebie dozą zrozumienia. Z tym samym zacięciem, które przed chwilą wyrażał głos, brał ją na ręce, początkowo wyłącznie po to, żeby zdjąć ją z osobistego tronu pod postacią kuchennego blatu, choć i ten plan stanął pod poważnym znakiem zapytania z chwilą, w której drobne dłonie mocno zacisnęły się na kołnierzyku koszuli, a na twarzy wykwitł cwany uśmiech sugerujący, że Lulu podróżować o własnych nogach nie zamierzała. Niewątpliwą zaletą całej tej sytuacji było tylko to, że w ten sposób odrobinę łatwiej było uchronić dziewczynkę przed ekscytacją wybitnie rozbawionych psów, które z donośnym szczekaniem zaplątały się Keyowi pod nogami w trakcie przeprawy przez salon.
- Zobacz kto przyszedł – zaskandował entuzjastycznie, palcem wolnej dłoni stukając dziewczynkę w ramię, by skinieniem głowy wskazać jej na stojącego w drzwiach Ashtona. Znajomy widok ukochanego wujka podniósł zaakompaniowaną cichym piśnięciem ekscytację, wobec której Key nawet nie zamierzał oczekiwać dystyngowanego zezwolenia na odstawienie królowej na ziemi, szybką reakcją ułatwiając jej natychmiastowy nalot na nogi Mahoneya, do których przytuliła się bez chwili zastanowienia. Na twarzy natychmiast wykwitł szeroki uśmiech – po części związany z tą rozkoszną reakcją Lulu, po części na widok Ashtona po prostu, bo niewiele więcej trzeba było Keyowi do szczęścia. Odrobinę rozbiegane w związku z generowanym przez psy i dzieci chaosem spojrzenie musiało jednak w pewnym momencie uciec w stronę Milo, jakby w ramach upewnienia się, że do tej pory nie odwidział mu się jeszcze cały ten wielki kompromis, a na dzień dobry nie padły żadne zbędne słowa dezaprobaty. Ewentualnie innych, bardziej intensywnych emocji. Wszystko wskazywało jednak na to, że żadna z wcześniejszych obaw się nie uiściła, bo brat wydawał się pochłonięty przede wszystkim Vivim, z poruszeniem opowiadającym o którymś z otrzymanych na gwiazdkę zestawów klocków. Key już wiedział – będzie układane.
- Tak, tak – potwierdził bratu zgodnie, zerkając kontrolnie w stronę Ashtona z Lulu, i za wszelką cenę powstrzymując tamten odrobinę zbyt szeroki uśmiech, jakby starając się zademonstrować przed Milo pełnię powagi i skupienia. Na potwierdzenie własnych kompetencji gotowy był zresztą wymienić jeszcze pozostałe sto siedem zasad i ustaleń, które uzgodnione zostały w trakcie wczorajszych intensywnych negocjacji (przypieczętowanych rytualnym przekazaniem skomplikowanego jadłospisu maluchów). – A Wy bawcie się dobrze! – zawołał za znikającym w korytarzu bratem, absolutnie nie winiąc go za to, że czym prędzej zdecydował się wrócić do siebie. Sytuacja wyglądała bowiem następująco: Lulu taktycznie z nóg przemieściła się w objęcia Ashtona, Vivi jak najęty kontynuował całkowicie niezrozumiały monolog o najnowszych zabawkach, Toto i Scooby za kanapą prowadzili właśnie szalenie emocjonujący sparing, wydając przy tym dźwięki tak żałosne, że gdyby nie poziom przyzwyczajenia do tych wojennych odgłosów, Key pewnie odrobinę martwiłby się o to, czy psy wyjdą z tego cało. Podjudzony Gatsby z kolei w ogóle nie pozostawał im dłużny, jak na wzorowego przedstawiciela swojej rasy nie zamierzając przegapić okazji ku temu, żeby choćby przez chwilę bezkarnie powyć. Key zniknięcie Milo nie tylko rozumiał, ale też doceniał, bo to dopiero jakaś namiastka odosobnienia – o ile o jakimkolwiek odosobnieniu można mówić z taką gromadą zwierząt i dzieci do wykarmienia na głowie – w ogóle dała sposobność do przywitania się na spokojnie, bez kolejnych rodzicielskich instrukcji i porad w tle. – Cześć – odezwał się więc dokładnie z chwilą, w której Milo zniknął za rogiem. – Pięknie wyglądasz – dodał, niewątpliwie szczerze, choć wcale nie bez odrobiny zawahania, które objawiło się charakterystycznym zmieszaniem przemykającym przez twarz.
W normalnych warunkach nie zastanawiałby się też dwa razy nad ruszeniem w stronę Ashtona, ale tym razem biegające dookoła psy i przemieszczający się w zatrważającym tempie po ziemi Vivi sprawiły, że zanim Keyowi udało się pokonać te kilka kroków, uważnym spojrzeniem musiał omieść najbliższe dziesięć metrów kwadratowych parkietu i upewnić się, że na drodze nie stoi mu żadna dziecięca rączka, psi ogon, ani zabawka któregokolwiek z tych dwóch odmian gatunku rozwydrzonej bestii. Dopiero wtedy pojawiła się okazja ku temu, żeby powitać Ashtona szczelnymi objęciami drobnych ramion, ale to też było na swój sposób względne, bo Lulu zdawała sobie rościć pierwszeństwo do przytulenia Mahoneya, skutecznie przerywając każdą nędzną próbę dokonania tego. To Key musiał skwitować teatralnym westchnieniem i porozumiewawczym spojrzeniem rzuconym Ashtonowi.
- Może się uspokoją jak zjedzą...? – ocenił fachowym tonem, choć nie bardzo jasne było, kogo dokładnie miał na myśli – psy czy dzieci. Zaraz wzorkiem namierzył Viviego, podnosząc go (i nie mając wystarczająco asertywności żeby odmówić mu wzięcia go na barana) i gwiżdżąc na psy, jakby z cichą nadzieją, że to wystarczy żeby je spacyfikować. Z całej trójki tylko Toto w ogóle zwróciła na niego uwagę, ale i to nie wskórało wiele, bo Scooby z tego momentu skorzystał na rzecz zamachu na zdrowie i życie jej ucha, tym samym otwierając kolejną rundę psich zapasów. – Aaalbo nieważne już. Chodź – zwrócił się już do Ashtona, uśmiechając się lekko i ruszając w stronę kuchni.
Mów mi:clonazepam#2047
MULTI:nie
 
Wyświetl posty z ostatnich:   


Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 423 punkty
Dwudziestosześcioletnia wielbicielka zwierząt, która absolutnie nie ma ręki do opieki nad nimi. Bezrobotna panna, która przyjechała do Seattle zaledwie kilka miesięcy temu. Uwielbia śpiew i grę w rzutki. Kolekcjonuje ozdoby, co świetnie jej wychodzi, nie ma jednak talentu kulinarskiego. Jej największym marzeniem jest, aby nazwano kebaba jej imieniem.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 335 punktów
Czterdziestoczteroletni biznesmen, urodzony i wychowany w Seattle. Krążą pogłoski, że niedługo zostanie rozwodnikiem i wróci do gry jako świeżutki singiel. Łebski z niego gość, ale to nic dziwnego, skoro ma zapał do nauki. Odstresowuje się przyciskając gaz do dechy w swoim sportowym aucie lub popijając dobrą whiskey. Kocha podróżować.