kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Zobacz temat - You make every day feel like... It's Christmas!
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre
uwaga
WEATHER ALERT! Ostrzeżenie przed burzami dla obszaru Seattle.Czytaj dalej.
uwaga
Powstało subforum o nazwie "Alternatywna rzeczywistość".Więcej tutaj
uwaga
Jakiekolwiek problemy prosimy zgłaszać do adminów lub w tym temacie. W razie kłopotów z wyglądem strony pomoże twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.


You make every day feel like... It's Christmas!



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2020-12-23, 20:25


Początek

Jeśliby przyjrzeć się konstrukcji umysłu Lii Bennett w przeciągu ostatniego tygodnia, to niemalże cały jego areał pokryty był tylko i wyłącznie jednym zestawieniem wyrazów. Otóż, świąteczne szaleństwo. Niestety to bardzo popularne zjawisko pośród społeczności świata odnalazło swoją drogę i do niesfornej brunetki, a jego niechybny początek wyznaczyła chwila, gdy Hunt wystosował w jej kierunku propozycję spędzenia kilku najbardziej magicznych dni w ciągu całego roku w jego rodzinnym domu na obrzeżach Seattle. Decyzję podjęła niemal natychmiast, nie potrzebowała chwili na zastanowienie, odpowiedź była pewna i zdecydowana, ukoronowana ciepłym, promiennym uśmiechem i połyskującymi oczyma. Aż chciałoby się powiedzieć "I wtedy wszystko się zaczęło..." Wybór idealnych prezentów nie stanowił łatwego wyzwania zwłaszcza, że panna Bennett postawiła sobie dość wysokie i surowe wymagania w tym obszarze - musiały być przydatne; musiały być przyjemnością dla tej, tylko i wyłącznie, jednej osoby, żadnej innej; musiały precyzyjnie trafić w gusta i upodobania, a już przede wszystkim musiały wywoływać uśmiech. Dlatego właśnie ostatnimi czasy wszystko to, co stanowiło jej obowiązki na co dzień znacznie obumarło na rzecz... Licznych odwiedzin w centrach handlowych.
Jak więc przedstawiał się bilans zamknięcia? A. Zarysowanie na SUVie Hunta nabyte na parkingu przy owym centrum, o którym rozgrywający nie miał (jeszcze) pojęcia, zatuszowane kolorowym sprayem przeznaczonym dla artystów, których pasją było zdobienie miejskich murów rozmaitymi obrazami. Powód? Na zbyt długą chwilę zapatrzyła się na swój zaręczynowy pierścionek, który tak świetnie wyeksponowany był poprzez dłonie umiejscowione na kierownicy. B. Pięćdziesiąt sześć pytań pt. Hunt, czy Twoja mama preferuje nuty zapachowe cytrusowe, kwiatowe, a może paprociowe? bądź też A może jednak powinniśmy poszukać czegoś innego?! C. Kilo stresu, pięć kilo przejęcia, dziesięć kilo zaangażowania, ale nade wszystko... Nie posiadające jakiejkolwiek miary pokłady szczęścia.
Marzyła o tym od wielu lat nawet nie potrafiąc wskazać dokładnej ich liczby. O świętach spędzonych w domu wypełnionym ludźmi - starszymi, młodszymi, tymi dopiero co wkraczającymi w dorosłość; domu pełnym ruchu, w którym rozbrzmiewa gwar rozmów, pisk i śmiech biegających dzieciaków. Takich, gdzie sama będzie mogła brać udział w kreowaniu pięknej rzeczywistości, gdzie wszyscy wspólnymi siłami decydują o wystroju drzewka, gdzie każdy zawiesza swoją ulubioną bombkę w centralnym punkcie, gdzie będzie miała osobistego mentora, który zdradzi jej ściśle strzeżone, cukiernicze sekrety tak by ciasto zawsze smakowało wyśmienicie, gdzie wieczorem wszyscy zasiadają w ciemnym salonie rozświetlonym błyskami kolorowych lampek choinkowych, po raz niezliczony zatapiając się w perypetiach "Kevina samego w domu". Najistotniejszym jednak spośród tych wszystkich pragnień, bez którego pozostałe nie mogłyby nawet zostać przekazane do realizacji było to by w chwili zaistnienia każdego z osobna postać Huntera jawiła się na bliższym lub dalszym horyzoncie.
A dziś? Dziś miała to w zasięgu ręki i po omacku zamierzała sięgnąć po wszystko to, co ofiarował jej los. Wszelakie wyobrażenia o nieskazitelnej przyszłości opuściły dotychczas niedostępną sferę marzeń stając się rzeczywistością. Właściwie... Ostatnimi czasy otrzymywała od życia tak wiele wspaniałych podarunków, że chyba nie mogłaby być szczęśliwsza i prosić o więcej.
Z dziewięcioletnim bratem Huntera o wdzięcznym imieniu Kai, jednym z dwójki przyrodniego rodzeństwa bardzo szybko udało jej się nawiązać przyjacielską więź i odnaleźć to, co powszechnie nazywane jest wspólnym językiem. Najwidoczniej całe to doświadczenie zgromadzone przez lata podczas rozmaitych wolontariatów, w tym pracy z dzieciakami nie poszło na marne i dziś wiele zachowań przychodziło jej zupełnie naturalnie. Kai - właściciel rozwichrzonej fryzury i koszuli w kratę jaka przystoi młodocianemu amantowi - zdecydowanie nie należał do tych kilkulatków, którzy na widok obcej osoby zjawiającej się w domu uporczywie ukrywają się za postacią mamy i zerkają nieśmiało wychylając się zza jej nogi. Właśnie to sprawiło, że Lia już sama nie wiedziała, kiedy poważne uściśnięcie dłoni i "Jestem Kai" wypowiedziane łobuzerskim, przepełnionym energią głosem, demonstrowanie działania plastikowego helikoptera, który krążył leniwie tuż przy nieboskłonie dziecięcego pokoju zamieniło się w... Naukę gry na konsoli. Choć może to i dobrze zważywszy na fakt, że wszyscy wydawali się być całkowicie pochłonięci swoimi obowiązkami. Dziewięciolatek mimo wszystko wciąż był tym stworzeniem, które nieustannie domagało się sporej dawki uwagi i zaangażowania tak więc teraz mogli w pełni im się oddawać bez obaw, że żywy chłopiec doprowadzi do niechcianej kraksy.
Surowe i niezaprzeczalne fakty były jednak takie, że jak to powiedział sam Kai "(...)będą walczyć z terrorystami!", a przecież walkę dobra ze złem zawsze należało stawiać na pierwszym miejscu w rankingu priorytetów, prawda? Wycinanie rozmaitych kształtów w piernikowym cieście odeszło w zapomnienie i w efekcie na ekranie telewizora można było teraz dostrzec grupę tajnych agentów w kominiarkach i kamizelkach kuloodpornych oraz wyspecjalizowaną bronią w ręku, która pod osłoną nocy szturmowała opustoszały budynek na przedmieściach.
- Lia! - z ust dziewięciolatka wydarło się przeciągłe, żałosne jęknięcie, kiedy to w dokładnie tym samym momencie dość niekontrolowanie opadał plecami na powierzchnię beżowego dywanu. Dopatrując się odpowiedzi w tonie jego głosu - zrezygnowanym, wręcz zdruzgotanym - z łatwością można było odnieść wrażenie, że (tak właściwie po raz kolejny) nie spodobał mu się ruch wykonany przez dziewczynę. - Obiecałaś, że już więcej nie będziesz klikać wszystkich guzików w tym samym czasie! Nie wolno tak! - dziecięcy głos pełen uroku i słodyczy wypełnił niemalże każdy wolny fragment salonu, lecz nie tylko on. Mała dłoń prędko i zdecydowanie nieprzyjemnie spotkała się z czołem chłopca w kolejnym geście dezaprobaty, wytwarzając przy tym charakterystyczne plaśnięcie.
- Przepraszam Kai! Chyba po prostu zbyt mocno wczułam się w rolę! Naprawdę nie chciałam. - Lia nie czekając dłużej, przystąpiła do słownej obrony swojej własnej, wyjątkowo osaczonej teraz osoby aczkolwiek o wiele więcej było w niej skruchy aniżeli dumnego zaprzeczenia. - Spróbujmy jeszcze raz. Tym razem postaram się już niczego nie zepsuć. Przysięgam na nasz oddział Alfa Force! - posłała w kierunku chłopca, który obecnie najwyraźniej postanowił udawać martwego, łobuzerski, zachęcający uśmiech. Doskonale widziała jak bardzo zależy mu na odniesieniu spektakularnego zwycięstwa w tej mrożącej krew w żyłach rozgrywce więc i najwyraźniej jej udzielił się śmiertelnie poważny, ceremonialny nastrój. - Nie Alfa Force tylko Delta Force! Lia! - i w taki oto sposób najwyraźniej doprowadziła małego do cienkiej granicy utraty cierpliwości, ponieważ dłoń ponownie rozbiła się w okolicach jego twarzy. Mimo to nie trzeba było długo przekonywać dziewięciolatka do podarowania jej jeszcze jednej, jakże drogocennej szansy! Kai równie energicznie poderwał się z podłogi i zabawnie, może nawet nieco karykaturalnie wywracając przy tym oczami, co najprawdopodobniej miało nieść za sobą przekaz w postaci "Niech stracę!", ponownie usiadł obok brunetki.
- Najpierw musisz wcisnąć w górę, później w lewo, później znów w górę, w prawo, w dół. Zapamiętasz? - chłopiec wyrecytował pouczająco, gdy oboje na powrót trzymali w dłoniach swoje gamepady w pełnej gotowości do działania po czym posłał swojej towarzyszce bardzo niepewne spojrzenie.
- Góra, lewo, góra, dół... Mhm. - skinęła głową twierdząco choć w tym momencie była specjalistą od robienia dobrej miny do złej gry. Jeśli na co dzień nie brakowało dziewczynie wiary w siebie i w swoje umiejętności tak teraz naprawdę szczerze wątpiła, że uda jej się odtworzyć dość skomplikowaną kombinację na gamepadzie w odpowiednio szybkim tempie... Zwłaszcza, że jej wcześniejsze doświadczenia z konsolą były równe praktycznie zeru. Na ekranie telewizora pojawił się ogromny napis głoszący "Runda 10", a więc ich prawdziwa pięta Achillesa skoro nie potrafili z niej wybrnąć od kilkunastu minut.
- Uwaga... Ruszamy... Lia, nie możesz iść ciągle za mną! Musimy się rozdzielić, rozwalą nas! Tak... Dobrze... Uwaga, zaraz się pojawią... Jeszcze chwila... Teraz! Wciskaj! - Kai nieustępliwie wpatrzony w ekran i sprytnie manewrujący palcami, podobnie jak Lia - równie wpatrzona choć już nie tak sprytna, po wykrzyknięciu ostatniej bojowej komendy niemalże zerwał się na równe nogi. Lia natomiast zapomniała o dostarczaniu swojemu organizmowi kolejnych porcji tlenu, wstrzymując oddech póki nie zrealizowała w pełni i ufnie powierzonego jej zadania.
- Udało się?! - zapytała niecierpliwie zupełnie rozentuzjazmowana brunetka.
- Zabili nas... Straciłem kolejne sto punktów. Nigdy nie będę miał dziewczyny. - mruknął pod nosem ponury niczym ta gradowa chmura chłopiec po czym westchnął ociężale. Zupełnie tajemniczo podniósł się z dywanu i niezbadane były jego dalsze kroki, gdy Lia straciła Kaia z oczu na etapie wejścia do kuchni. Swoją drogą Lia, która nieco się przeraziła będąc przekonaną, że dziewięciolatek śmiertelnie się obraził, postanowił niezwłocznie udać się do swojego pokoju i zaraz w domu rozlegnie się bajeczne trzaśnięcie drzwiami. Lecz i tu czekała na nią wielka niespodzianka, bo ten zamiast urządzać klasyczne sceny niezadowolenia powrócił do pomieszczenia z dwoma pierniczkowymi ludzikami w dłoni.
- Ukradłem mamie, są jeszcze ciepłe. Jeden jest dla Ciebie, nie byłaś aż taka zła. - chłopiec wyciągnął rękę przed siebie niemal na całej jej długości tym samym sygnalizując dziewczynie by przejęła od niego drobną słodkość.
- Dzięki Kai, jesteś strasznie kochany! Obiecuję, że będę nad sobą pracować. - dziewczyna zaśmiała się wesoło po czym oczywiście przejęła od kilkulatka ciastko, jak mogłaby pogardzić takim podarunkiem płynącym prosto z serca! Oczywiście nieco słodko-gorzkim... Słodkim, bo w ramach pocieszenia, gorzkim, bo stwierdzającym, że jest beznadziejnym kompanem w wirtualnym świecie.
- Hunter! Czy mógłbyś ze mną zagrać?! - chłopiec krzyknął tym razem w kierunku swojego starszego brata, co w gruncie rzeczy rozbawiło Bennett jeszcze bardziej. Czyżby w ten sposób starał się zasugerować jej, że pora zakończyć (nie)owocną współpracę?
Naprawdę czuła się tutaj jak w domu.
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2020-12-24, 08:50


Huskies forever, Huskies for Christmas!!!

Na sam początek ustalmy sobie jeden istotny fakt: Hunter McNulty, ujmując rzecz metaforycznie, znajdował się teraz bliżej Lii niż chyba kiedykolwiek wcześniej. Emocjonalnie - on, zwykle tak szczelnie skryty za fasadą uczuciowej zbroi, surowości, rzeczowości - był dosłownie na wyciągnięcie ręki, bardziej obecny, bardziej dostępny niż przy jakiejkolwiek innej, spędzanej z dziewczyną okazji. Nie kłamał kiwając głową, gdy panna (choć czy to określenie jest odpowiednie dla "narzeczonej"? czy istnieje w ogóle jakieś określenie na ten stan pośredni między byciem kobietą niezamężną, a mężatką?!) Bennett upewniała się, czy chłopak jej słucha. Nie musiał zmyślać i konfabulować, kiedy pytała go "Hunt, gdzie jesteś?", a on odpowiadał natychmiast, że "Jak to? Przecież jestem tutaj, z tobą". Nie pamiętał już, że można się tak czuć - bezpiecznie, ciepło, wygodnie. Spokojnie, choćby na ten krótki moment - moment ogrzewany blaskiem choinkowych światełek, moment rozpachniony coraz to intensywniejszym, korzennym aromatem przypraw i zapachem miodu dobywającym się z wnętrza nieodległej kuchni.
I - chyba w ramach jakiegoś cudu wigilijnego o nieco przedterminowym początku - Hunter naprawdę, wbrew swojej silnej tendencji do permanentnego wybiegania myślą w przeszłość lub utykania nią w przeszłości, miał teraz poczucie, że znajduje się po prostu...
Tutaj.
Nie na boisku, w umyśle opracowując usprawnienia objętej przy ostatnim meczu strategii.
Nie w okowach swojej dawnej, dziecięcej strategii, w masochistycznym samo-udręczeniu próbując stworzyć alternatywne scenariusze tego, co spotykało go przez wiele lat z rąk ojczyma ("A gdyby tak...", "A jeślibym wtedy....", "Och, gdybym tylko mógł wówczas....").
Wreszcie, nie w przyszłości - martwiąc się o to co będzie, a czego nie będzie oraz tym, co kto potencjalnie wie, które sekrety są bezpieczne, a które zagrożone ujawnieniem.
Nie. Hunter McNulty był tutaj - czasem bardziej w centrum świątecznego obrazka podziwianego przez Lię, na przykład wówczas, gdy całował ją w zaróżowiony od chłodu nos i zapewniał, że nie, wcale się nie zniecierpliwia, choć po targu z choinkami chodzą od dwudziestu ośmiu minut, bo Lia nie może się zdecydować, które z dwóch (identycznych, w jego skromnym zdaniu...) świątecznych drzewek bardziej nadaje się do postawienia w salonie Bennettów, czasem trochę na uboczu - chociażby wtedy, gdy posłusznie usuwał się w cień i czekał na parkingu, udając, że wcale nie delektuje się głosem jak co rok świątecznie rozśpiewanej Mariah Carey, czekając, aż Lia łaskawie opuści centrum handlowe z naręczem kolejnych pakunków i dołączy doń na przednich siedzeniach SUVa.
Bliżej, dalej, nieważne. W tym roku Hunter McNulty był na wyciągnięcie ręki.
W przenośni.
Bo dosłownie, w niektórych momentach, fizycznie dosięgnięcie quarterbacka stanowiłoby dla drobnej brunetki nie lada wyzwanie - jak naa przykład teraz, gdy od piętnastu minut rosły chłopak to prężył się, to zwijał niemalże w precelek u szczytu metalowej drabinki wspartej tuż przy pokaźnej jodle kaukaskiej. Żywo-zielona, rozłożysta i dumna, choinka stała między dwoma wykuszowymi oknami salonu, wciąż jeszcze będąc dziełem niedokończonym, ozdabianym z dwóch stron - od góry przez Hunta, od dołu zaś przez dwunastoletnią Gerdę, przez wszystkich od dziecka nazywaną jednak Gigi, w skupieniu i z zaciętą miną wybierającą z wielkiego pudła najwłaściwsze ozdoby.
- W lewo! Nie, Hunt, nie w to lewo, w drugie! - nakazała, podczas gdy jej starszy brat manewrował brokatową zawieszką w kształcie śnieżynki naokoło jednej z gałązek, chyba nawet nie zdając sobie sprawy, iż jej młodszy brat w tej samej chwili wydaje bliźniacze komendy w dalszej części domu - Tak! Teraz w górę. W górę, Hunt! I w lewo! Idealnie! Teraz powtórz to samo na pozostałych... - urwała na chwilę, prędko licząc wciąż jeszcze nagie gałązki na dekorowanym właśnie przez jej brata poziomie - Jedenastu, i możesz zaczynać z tymi małymi, złotymi gwiazdkami, które mam tutaj!
Brunet jęknął aż nader teatralnie i równie dramatycznie wywrócił oczami, doprowadzając młodszą siostrę do krótkiej, radosnej salwy śmiechu. Wbrew temu, co nakazywała mu stereotypowa rola udręczonego dorosłego brata, w oznace najwyższej łaski spędzającego świąteczne chwile z upierdliwym młodszym rodzeństwem, sportowiec w istocie bawił się wybornie - nawet jeśli przeczuwał, że to kurczenie się i wyginanie na szczycie metalowej konstrukcji, w kolejnych próbach dosięgnięcia wszystkich możliwych zakamarków jodły, przyniesie mu niezłe skurcze i zakwasy (ostatnio męczyły go jakoś częściej niż zwykle, ale starał się ten fakt ignorować).
- A ty? - brunet łypnął na siedzącą u stóp choinki dziewczynkę; pukle długich, miodowych w barwie włosów miała związane w dwa gęste kucyki, a jej zgrabny, lekko zadarty nosek błyszczał śmiesznie od osypującego się z bombek brokatu - Będziesz się tam po prostu tak dalej obijać?
Gigi fuknęła w akcie najwyższego, dwunastoletniego oburzenia, jednocześnie rozplątując długi karminowy łańcuch.
- Żartujesz sobie?! - Hunt wiedział, że dziewczynka nie potrafi długo się nań gniewać, ale zdawał sobie też sprawę, że dzisiejszymi zaczepkami i przekomarzaniami mocno testuje jej wczesno-nastoletnią cierpliwość - Ja mam niezwykle ważną rolę, Hunti - odcięła się, świadomie używając zdrobnienia, które doprowadzało jej brata do białej gorączki - Ja NAWIGUJĘ.
Hunter westchnął głęboko, czując, jak stwierdzenie wypowiedziane właśnie przez dzierlatkę z taką pewnością siebie i z takim zdecydowaniem, bezpowrotnie wytrąca mu jakąkolwiek oręż z dłoni. Poddawał się, kompletnie rozbrojony jej urokiem. I, pod jego wpływem, tylko dalej cierpliwie umieszczał konkretne ozdoby dokładnie tam, gdzie mała nawigatorka sobie tego życzyła.
- A nie chcesz zaangażować w to także Lii? - zasugerował nieśmiało po kolejnych piętnastu minutach, nieźle już oślepiony blaskiem złotych światełek. Zapach pierników dobywających się z kuchni, w połączeniu z odgłosem strzelanki dobiegającym zza przepierzenia biblioteczki, skutecznie go rozpraszał i ściągał jego uwagę w miejsca inne, niż nierówności kolejnych gałązek.- Zapewniam cię, że ma doskonały gust!
- A ja cię zapewniam, że świetnie sobie radzisz, więc nie ma takiej potrzeby! - natychmiast odparła mała znawczyni świątecznego designu, chyba w oznace pewnej zazdrości o to, że w życiu jej brata istnieje jeszcze jakakolwiek inna - z wyłączeniem mamusi, oczywiście - kobieta. - Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.
Hunt jęknął bezsilnie, zabierając się posłusznie do dalszej pracy, ale niespodziewanie z osieczą przybył jego młodszy brat - czy też, póki co, tylko jego wytężony głosik. Jak dobrze było poczuć, że obydwaj znajdują się chyba aktualnie w stanie podobnej żałości i desperacji!
- O, z przyjemnością, młody! - odkrzyknął natychmiast, posyłając Gigi niewinne spojrzenie, mówiące tyle, co: "No co? Muszę go poratować, sama wiesz, jak jest!" - Pora na zamianę miejsc?
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2020-12-26, 02:38


Lii często zdarzało się unikanie materializowania swoich myśli i obserwacji w żywe, wprawiające w drgania struny głosowe słowa. Niekiedy odnajdowało to swoje silne fundamenty w kwestiach czysto grzecznościowych oraz dotykających obszarów kultury osobistej. Niekiedy dlatego, że zwyczajnie nie lubiła stanowić stopniowo wgniatającego w ziemię balastu, a oznacza to po prostu brak obarczania innych problemami, które uważała za swoje, tłumacząc to całkiem logiczną przypowieścią stworzoną chyba tylko i wyłącznie na potrzeby samej brunetki "O troskach, których każdy we współczesnym świecie posiadał tak wiele, że nie było tam miejsca na inne".
Jednak wcale nie oznacza to, że nie widziała.
Pewna zmiana w zachowaniu, sposobie bycia Huntera również od jakiegoś czasu urzeczywistniała się w jej oczach i słowo pewna nie jest tutaj użyte przygodnie. Nie potrafiła jej jednoznacznie nazwać tak jak nazywa się specjalistyczne procesy po przytoczeniu skomplikowanej definicji. Nie potrafiła sprecyzować, których dokładnie obszarów życia dotykała, lecz była to zmiana przyprawiająca każdy zakamarek jej duszy o przyjemny błogostan. Sam początek tego wrażenia wytyczył moment, w którym to Hunter wtargnął do uczelnianej sali podczas trwającego w najlepsze zebrania i przy kilkunastu osobach najpierw przyznał się do błędu by chwilę później opowiedzieć o swoich słabościach. Była boleśnie świadoma, że stanowi to najsłabsze ogniwo Huntera - Huntera, który zawsze starał się być chłodno perfekcyjny we wszystkim co robi, Huntera, który unikał odpowiedzi na pytania dotyczące jego stanów emocjonalnych. Dlatego było to dla niej niesłychanie ważne i równie mocno była z niego dumna, bo zdołał wydobyć z siebie ogromne pokłady odwagi - może akurat o tym powinna mu powiedzieć? A przecież Lia nigdy od niego tej perfekcji nie wymagała. Chciała stawiać z nim jeden krok w przód i nawet pięć w tył, potykać się, czasami może nawet i boleśnie przewracać, zamiast kolana zdzierając przy tym serce, ale z nim. Tym dostrzegającym w niej osobę, która zawsze stanie po jego stronie, która pragnie jego dobra, a nie wroga.
Dziś natomiast widziała w swoim narzeczonym (każdego dnia uczyła się używać tego słowo na nowo, brzmiało tak... Nie z tej ziemi) coś jeszcze. Od postaci Hunta zaczęły rozchodzić się drobne, pobladłe acz już widoczne gołym okiem promyki spokoju, swego rodzaju łagodności, wydawał się być zdecydowanie bardziej rozluźniony, częściej się uśmiechał. Promyki przenikające chyba każdego kto miał z nim do czynienia.
Czy pozostaje powiedzieć cokolwiek innego niż "Chwilo trwaj"?
- Chodź, sprawdzimy co dzieje się u pozostałych. Nawet najwytrwalsi wojownicy muszą czasami znaleźć chwilę na zaczerpnięcie oddechu! - słowa Lii nie były delikatną sugestią, propozycją, którą można było dowolnie manipulować, lecz zdecydowanie bardziej sprawiały wrażenie decyzji, która została już podjęta i oczekiwała na sfinalizowanie. W ramach potwierdzenia tej tezy odłożyła gamepada na rodzinną kanapę, która znajdowała się tuż za ich plecami, żwawo uniosła się z tureckiego siadu, w którym tkwiła od dłuższej chwili i czując już włosie dywanu pod stopami tym razem to ona wyciągnęła rękę w kierunku Kaia, co miało stanowić nic innego jak zachętę do działania. W głównej mierze ciekawość w Lii rozbudziła myśl o choince, a w szczególności na jakim etapie obecnie znajduje się jej przystrajanie, nad czym przecież w pocie czoła pracował Hunter wraz z Gigi jak i również zaalarmowało ją podejrzenie, że pani McNulty może potrzebować drugiej pary rąk do pomocy w kuchni, ale po prostu nie miała serca by o to poprosić, widząc jak świetnie bawi się ta dwójka.
- Dobra, idziemy, ale nie za rękę, bo to straszna siara! Mama przyprowadza tak Finna z 3B do szkoły każdego dnia i Tom się z niego strasznie naśmiewa! - o dziwo, chłopiec przystał na pomysł Lii bez zająknięcia, o ile brakiem zająknięcia można nazwać klasyczny komentarz dziewięciolatka, który znajduje się na pograniczu dwóch, zgoła odmiennych światów: "Chcę być dorosły jak Hunter" i "Wciąż w głowie są mi tylko wygłupy i zabawki". A gdyby tak stworzyć unikatową miksturę, w której znajdować się będzie szczypta zarówno jednego stanu jak i drugiego?
- No co Ty nie powiesz! A ja myślę, że chodzenie za rękę jest bombowe! - w oczach Lii można było dostrzec teraz wyraźny błysk, ale nie ten, który zazwyczaj prezentowała na co dzień - rozmarzony i promienny wyraz ekscytacji niemalże wszystkim co ją otaczało. Była to prawdziwa konstelacja iskier tajemniczych, podstępnych, takich które świadczyły o tym, że gdzieś za rogiem czaiła się pewna myśl i pewnie plan... Pewien plan, który chłopcu może wyjątkowo nie przypaść do gustu. - I zaraz zamierzam Ci to udowodnić! - powiedziała nagle po czym nie czekając ani sekundy dłużej przystąpiła do ataku przemieszczając się w stronę chłopca w ekspresowym tempie. Kai natychmiast odnalazł w tym zdaniu właściwą aluzję dokonując tym samym zupełnie poprawnej interpretacji, szukając schronienia w miejscu, które planowali wspólnie odwiedzić. Odgłosy strzelaniny, które swoją drogą niewiele miały wspólnego ze świąteczną atmosferą ustały i zastąpił je wybuch głośnego śmiechu małego uciekiniera w akcie wyolbrzymionej paniki (jak gdyby co najmniej ścigał go Bagienny Potwór!). To spowodowało, że nie upłynęło kilka sekund, a dziewięciolatek znalazł się tuż przy drzewku i właściwie tylko pluszowe skarpety ozdobione licznymi podobiznami Świętego Mikołaja w starciu z podłożem uratowały go przed spotkaniem pierwszego stopnia z choinką. Zaraz za nim zjawiła się i Lia, która hamowała nie swoje ciało wprawione w ruch, a jedynie ostatnie nuty rozbawienia dość niekontrolowanie wydobywające się teraz z jej ust.
- Postanowiliśmy sprawdzić jak Wam idzie! - oznajmiła prędko stając już w bezpośredniej bliskości Huntera i Gigi, tłumacząc w ten sposób przyczynę ich nagłego wtargnięcia do prawdziwej "Wytwórni idealnej choinki". Dość nagłego i głośnego wtargnięcia. - Ale chyba niepotrzebnie się zamartwialiśmy i wcale nie jesteśmy tutaj potrzebni. Wygląda pięknie. - ton głosu brunetki prędko zmienił swoją barwę na subtelną, spokojną i zadumaną, kiedy dostrzegła te wszystkie urokliwe detale w postaci ozdób bogato obsypanych brokatem. Odwróciła głowę w kierunku siedzącej na podłodze wśród pudełek z akcesoriami Gigi, posyłając jej tym samym ciepły uśmiech, z którego bez trudu można było wyodrębnić uznanie i oczarowanie. Dwunastolatka stanowiła o wiele większe wyzwanie jeśli chodzi o nawiązywanie społecznych więzi niż jej młodszy brat, nie dało się ukryć. Aczkolwiek Lia była w stanie ten fakt w pełni zrozumieć - w domu Gigi nagle zjawiła się zupełnie obca dla niej osoba, która wzbudza dość nienaturalne zainteresowanie innych i z którą wszyscy obchodzą się bardzo finezyjnie by czuła się tutaj jak najlepiej, jak u siebie. Dlatego też w zdobywaniu sympatii i zaufania dziewczyny postanowiła zastosować "Metodę małych kroczków" tym samym nie nadskakując jej, nie starając się przymilić na wszelakie możliwe, niekiedy przesiąknięte sztucznością sposoby. Najpierw zamierzała pozwolić na to by się do niej zwyczajnie przyzwyczaiła. Jednocześnie chciała również pokazać Gigi, że jej obecność tutaj absolutnie nie wiąże się z nagłą utratą zainteresowania Huntera wszystkim tym, co nie było Lią. Dziewczynka mogła mieć więc pewność, że jeśli tylko zapragnie, spędzenie czasu sam na sam z bratem stoi przed nią otworem. I może gdzieś pomiędzy tym wszystkim znajdzie się jakiś drobny element, który będzie stanowił bezpośredni pomost do zacieśnienia relacji?
Oczywiście nie należało w tym wszystkim zapomnieć o wszelakiej maści zasługach biednego Huntera, który stojąc na drabince musiał wykonywać całe mnóstwo ruchów na pograniczu tych pochodzących z Sekcji Akrobatycznej. Jednak on swoją pochwałę otrzyma... Później.
Wtem do ich rozchichotanego, ożywionego grona dołączyła już ostatnia osoba, której tutaj teraz brakowało - pani McNulty. Biorąc pod uwagę, że kobieta nie tak dawno temu przekroczyła próg zaledwie czterdziestego roku życia była osobą bardzo młodą duchem, o współczesnym spojrzeniu na świat, świeżych oraz bezkonfliktowych dewizach, której zwyczajnie trudno było nie lubić.
- Hunter, kochanie, zapomniałam Ci powiedzieć! Nie zgadniesz kogo spotkałam podczas zakupów kilka dni temu! Penny, Twoją pierwszą dziewczynę z czasów liceum. Tą której ojciec pewnego dnia złożył mi bardzo nieprzyjemną wizytę z pretensjami, że wyciągasz jego córkę na wagary i to przez Ciebie ma fatalne stopnie, pamiętasz? Wyobraź sobie, że bardzo się zmieniła. Ma teraz niebieskie włosy i mnóstwo kolczyków na twarzy. - stwierdziła wyraźnie przejęta tym faktem kobieta, lecz słowa te odnalazły swoje odzwierciedlenie i na twarzy Lii, która niemal natychmiast skierowała swój wzrok tym razem na Huntera obdarzając go przeciągłym, nieco kąśliwym spojrzeniem. Czyżby zazdrość, Bennett?
- Lia, czy opowiadałam Ci już o wszystkich dziewczynach Huntera nim poszedł na studia?! - kontynuowała pani McNulty i można było odnieść wrażenie, że celowo nieco podniosła swój głos by stał się wystarczająco głośny, a każdy wyraz doskonale wyartykułowany. W tym wszystkim nadprogramowo, potajemnie mrugnęła do brunetki.
- Jeszcze nie, ale bardzo chętnie posłucham. - odpowiedziała Lia równie nienaturalnie głośno, kładąc szczególnie mocny akcent na zlepek bardzo chętnie.
- Tak więc była Penny, po Penny była Demi, ale tylko przez trzy miesiące. Okazało się, że Hunter odbił ją swojemu koledze, solidnie wtedy na niego nakrzyczałam! Później...
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2020-12-27, 08:23


Nie był naćpany.
Samemu trudno było mu w to uwierzyć, ale nie był naćpany.
Nie zaczął świątecznej wizyty w domu rodzinnym od ukradkowego wypalenia tłuściutkiego skręta - jednego z ważnych elementów bożonarodzeniowego pakietu, który otrzymał w tym roku od Arsene.
Nie podkradł matce dwóch Percocetów, choć doskonale wiedział, gdzie je, w razie czego, znaleźć - sprytnie skryte za puzderkiem z macicy perłowej, na najwyższej półce łazienkowej szafki w toalecie na dla gości, ale tej znajdującej się tuż przy sypialni pani domu, w odpowiedzialny sposób fizycznie niedosięgalne dla najmłodszych domowników, ale stuprocentowo dostępne najstarszemu synowi Pani McNulty.
Nie pociągnął nawet łyka bądź trzech z przywiezionej na dnie sportowej torby piersiówki wypełnionej, na wszelki wypadek, mieszaniną whiskey i anaksjolityków, miksturą tak niebezpieczną, jak i cudowną w swym działaniu - zwłaszcza gdy człowiek drżał nieopanowanym lękiem, na przykład przed wyjątkowo ważnym meczem... lub odwiedzinami w rodzinnym domu, skokiem wprost w oko cyklonu wspomnień - także tych, które wolałoby się raz na zawsze wymazać z odmętów pamięci.
Tyle było sposobów stępienia reakcji - wódka, zioło, narkotyki kupione na czarnym rynku, leki na receptę, albo nawet - w odpowiednim połączeniu - te, które każdy dorosły mógł bez trudu kupić w pierwszej lepszej aptece, a niekiedy nawet i w zwyczajnej drogerii. Tyle było sposobów...
A jednak, jakimś dziwnym trafem, po raz pierwszy chyba w życiu, Hunter McNulty nie czuł potrzeby, by po którykolwiek z nich sięgać.
Było to przedziwne, nadnaturalne uczucie. Zupełnie, jakby ktoś wypełnił go... światłem.
I to bynajmniej nie tak, że nagle zapomniał - och nie, to byłoby chyba zbyt proste, zbyt piękne by stanowić prawdę; w każdym zakamarku tego ustawnego, dwupoziomowego domu krył się jakiś demon przeszłości, mniejszy lub większy, czasem schowany pod kanapą i gotów, by ugryźć delikwenta w kostkę, czasem łypiący na ofiarę z wnętrza lodówki, sprytnie przyczajony między mlekiem i majonezem, niekiedy owinięty ogonem dokoła lampy w przedsionku, czekający tylko, by skoczyć przechodniowi na barki. Hunter widział je, słyszał, jak drapały pazurami w ściany i drewno podłogowych paneli. Czuł nawet na karku ich zimny, charczący oddech i...
I nic. Kiwał im głową, a potem siadał na tej kanapie, sięgał po ten jogurt (o "super-wysokiej zawartości łatwo-przyswajalnego białka, idealny dla sportowców - SPRÓBUJ JUŻ DZIŚ!") i zamykał lodówkę, nie zatrzymywał się, wychodząc z przedpokoju, a na koniec włączał światło, by oparzyć lampowego diablika w cztery litery.
Pierwszy raz w życiu przestawał walczyć. A zaczynał koegzystować z tym, czego nie mógł zapomnieć.
I może... - choć oczywiście nadal był pełen wątpliwości, nadal kosztowało go to mnóstwo wysiłku - może tak naprawdę dało się żyć? Żyć po prostu, bez wiecznej szarpaniny z tym, czego nie miało się możliwości zmienić.
Bo przecież w końcu - myślał o tym ostatnio dość często, na przykład teraz, zaczepiając na samym szczycie choinki imponującą w rozmiarze i stylu wycięcia, złocistą i ciężką od brokatu gwiazdę - nie było aż tak źle. Wystarczyło spojrzeć w dół - na brata, który się wreszcie odczepił od konsoli i dokazuje na dywanie, starając się ściągnąć na siebie uwagę reszty domowników, na siostrę, z jednej strony naburmuszoną faktem, iż na ten jeden dzień musi podzielić się z kimś tytułem Najważniejszej Dziewczyny w życiu Huntera McNulty, z drugiej popatrującą czasem na Lię (ukradkiem, w przekonaniu, że nikt nic nie widzi) z nadzieją, iż może wreszcie znalazł się ktoś, komu będzie mogła pokazać swoją kolekcję lakierów do paznokci, biografii (i autobiografii) wszystkich członków One Direction, oraz opowiedzieć o tym, że ten Ethan, co jest rok wyżej, chyba naprawdę ją lubi - ją! nie Sally McPearson, choć Sally ma już prawdziwe cycki, nie Lottę Bykosky, choć wszyscy wiedzą, że Lotta jest najładniejsza w całej grupie, ale właśnie ją!.
No i wreszcie... Na matkę. Matkę z dłońmi nadal jeszcze oblepionymi ciastem, rozprężoną, z włosami związanymi w gruby obwarzanek warkocza, upięty nisko nad karkiem. Na matkę - jego matkę, wszystko jedno, co mówiła na ten temat genetyka - wreszcie spokojną, jak ptak, który nareszcie zebrał w gnieździe wszystkie swoje pisklęta, a nawet jedno nadprogramowe, ale witane z otwartymi... skrzydłami? Ramionami? Wszystko jedno, Hunt był do dupy w kwestii tych poetyckich metafor. Chodziło o to, że matka wygląda na szczęśliwą. A czy był lepszy widok?
W sumie tak. Szczęśliwa matka puszczająca oko do... chyba równie szczęśliwej... Lii.
- Mamo, na miłość boską! - żachnął się, złażąc z drabiny i składając ją, by nie psuła już więcej wizualnych aspektów wystroju salonu. O dziwo poczuł, że jego policzki zaczynają płonąć lekkim żarem - nie nader wymownym, na szczęście, wciąż jeszcze możliwym do zrzucenia na karb choinkowych światełek, nad którymi pochylał się przez ostatnie naście minut - a jednak stanowiącym niezaprzeczalny dowód pewnego zakłopotania. - Naprawdę zamierzasz wykorzystać ten wyjątkowy wieczór tylko po to... - niby to swoją rodzicielkę ganił, ale w jego głosie pobrzmiewała tylko czułość i rozbawienie. Jak miałby się na nią teraz gniewać? I to jeszcze... za taką drobnostkę (podczas gdy niestety, w głębi serca, nadal miał do matki żal o rzeczy o wiele większe i ważniejsze w życiowej skali...)? -...żeby zapoznawać Lię z moimi błędami młodości i matrymonialnymi wybrykami? Miałem osiemnaście lat! Skąd miałem wiedzieć, że... - ...za sześć będę już nie "chłopakiem", a narzeczonym... - Penny tak bardzo weźmie sobie do serca to, że jej raz powiedziałem, że jest jej dobrze w niebieskim?
Znalazłszy się obok Lii, wykorzystał szansę by opleść dziewczynę ramieniem i cmoknąć w czubek głowy. Pachniała domem. Wypitą niedawno herbatą z miodem, swoim zwyczajowym szamponem, ciepłem i wełną mięciutkiego swetra. Wciągnął ten zapach w nozdrza.
Tak. Może wcale nie musiał wciąż walczyć, wciąż uciekać? Może nie miał już przed czym?
- No, to co jest jeszcze do zrobienia? - zapytał wszystkich zebranych. - Więcej ciastek? Skoczyć po coś jeszcze do Walmartu? Mamo, zawiesić Ci jeszcze te lampki na drzewie przy podjeździe, czy w tym roku odpuszczamy? No i to... - wskazał na lewą stronę choinki; placek nieubranej zieleni nie rzucał się może w oczy nader dramatycznie, ale jednak trochę zaburzał bogatą estetykę drzewka - Wygląda jakoś tak łyso?
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2020-12-29, 00:10


Lia z rozbawieniem, którego nawet nie próbowała ukryć, przysłuchiwała się konwersacji o charakterze złośliwo-rozczulająco-obronnym pomiędzy Hunterem a jego mamą. Oczywiście tym, co rozweselało ją najbardziej było nagłe wzburzenie Pana Rozgrywającego, lecz rodzinna scena, w której właśnie bezpośrednio uczestniczyła i która niewątpliwie należała do ścisłej klasyki gatunku komediowego, w tym samym czasie okazała się być także kopalnią po brzegi wypełnioną rozmaitymi wnioskami. Na przykład takim, że świat znał wielu bohaterów - byli tacy, którzy ratowali ludzi z płonącego wieżowca w centrum miasta ryzykując przy tym własne życie; byli ci najpotężniejsi, owiani nutą fantastyki, których wszystko to, co nazywamy rzeczywistością nigdy nie miało okazji poznać, ale wszelakie książki, po które tak chętnie sięgamy już jak najbardziej. I wreszcie, byli też ci mali bohaterowie dnia codziennego, o których nie słyszały komiksy, jeszcze ciepła od intensywnej pracy drukarki prasa codzienna ani "czerwony pasek" sunący na kanale BBC i zazwyczaj sygnalizujący, że wydarzyło się coś wstrząsającego. Lia uświadomiła sobie, że w taki właśnie sposób spogląda na panią McNulty - jak na osobę, którą warto naśladować, z której warto brać przykład, jak na osobę, która zasługiwała na wszelaki szacunek, uznanie i podziw świata. I nie mowa tutaj o samych etapach jej życia, które przecież mogły być odbierane na różnorakie, niekoniecznie pochlebne sposoby, w zależności od poziomu konserwatyzmu danego czlowieka, ale o wartościach samych w sobie. O tym, że pomimo ciąży w bardzo młodym wieku nie zdecydowała się wybrać drogi na skróty, która na pewno z różnych względów łatwiejsza nie była, ale niezaprzeczalnie krótsza. Odważnie choć na pewno nie bez lęku postanowiła stawić czoła konsekwencjom swoich dorosłych decyzji w niedorosłym jeszcze życiu, co dla Lii równoznaczne było z tym jak bezgranicznie i ponad wszystko musiała kochać Huntera. Choćby wtedy, kiedy pracowała zdecydowanie więcej niż przeciętny człowiek pracować powinien zamiast delektować się możliwością spędzenia wieczoru w jednym z domów bractwa jako pełnoprawna studentka uniwersytetu, a wszystko to z myślą o swoim synu. Tak, pani McNulty zdecydowanie była jej żywą ilustracją potęgi i siły, która może drzemać w człowieku choć niekoniecznie zdaje sobie z tego sprawę oraz na jak wiele można zdecydować się z bezinteresownej miłości. Hunter miał ogromne szczęście posiadając taką właśnie mamę.
- Jeszcze tylko album z kompromitującymi zdjęciami z dzieciństwa i nic więcej mi do szczęścia nie trzeba! - z zamyślenia, w które uwikłała się w dość znaczącym stopniu wyrwał ją Hunter we własnej osobie. Czując słodkiego całusa złożonego na czubku głowy uśmiechnęła sie zupełnie mimowolnie i zaraz po tym, równie nieświadomie jej dłoń wystrzeliła ku górze by odnaleźć tą należącą do chłopaka, która teraz oplatała jej ramię. Kiedy już tak się stało najpierw kilkakrotnie, delikatnie pogładziła jej wierzch kciukiem by później już na dłuższą chwilę zacisnąć na niej swoje palce.
- Kochana, masz to jak w banku! Zaraz wyślę Huntera do sklepu po kolejną torebkę przyprawy korzennej i wszystko Ci pokażę! - po raz kolejny znacząco ożywiła się już i tak bardzo rześka i aktywna pani McNulty. Lia musiała przyznać, że stanowiła wyborne towarzystwo do spraw "Droczenia sie z Hunterem", bez dwóch zdań.
- Przestańcie natychmiast! Stało się coś strasznego! - głosy przepełnione wszelakimi wyrazami dobrej zabawy - w przypadku Lii i pani McNulty, a także zażenowania - w przypadku głównego obiektu uroczych żartów, niespodziewanie przerwała Gigi brzmiąc tylko i wyłącznie dramatycznie, a tym samym nie mając nic wspólnego z wszechobecnym tu nastrojem radości. To wystarczyło by ściągnąć na siebie wzrok wszystkich zgromadzonych w salonie.
- Lewa strona choinki jest jeszcze zupełnie niegotowa, a ja nie mam już żadnych ozdób w odpowiednim kolorze! - dodała prędko najwyraźniej reprezentując nurt perfekcjonistów od najmłodszych lat i w między czasie energicznie przerzucając pudełka, które miała do dyspozycji.
- Kochanie, spokojnie, na strychu mamy jeszcze całe mnóstwo innych bombek. - z misją uspokajająco-ratunkową przybyła mama dziewczynki.
- Na pewno nie pójdę na strych! Nie ma mowy! - Gigi natychmiast przystąpiła do kontrataku, właściwie to ledwo pozwalając dokończyć zdanie pani McNulty. Wydawała się być tak zdecydowana i tak nieugięta, że istną głupotą byłaby próba przekonania jej do zmiany zdania.
- Mamo, oszalałaś?! Przecież na strychu mieszka gigantyczny pająk, ten od Hagrida! - lada chwila wtrącił się i Kai wbijając w rodzicielkę pełne pretensjonalnych wyrzutów spojrzenie jak gdyby ta zamierzała ich wszystkich unicestwić, pozwalając dostać się na na teren domu śmiercionośnemu stworzeniu.
I to wystarczyło by Lia pokochała rodzeństwo Huntera jeszcze bardziej!
- Skoro to pająk Hagrida, to zgłaszam się na ochotniczkę!
***
Zgodnie z wyczerpującymi wskazówkami otrzymanymi od domowników, dotarła do końca nieszczególnie długiego korytarza, który stanowił swego rodzaju przełącznik pomiędzy poszczególnymi pomieszczeniami znajdującymi się za mahoniowymi drzwiami. W tej chwili Lia kompletnie nie potrafiła ich nazwać za wyjątkiem tego jednego, które miało stanowić ich sypialnię na dzisiejszą noc. Po wykonaniu znaczącego skrętu w prawo ukazały się przed nią już tylko prowizoryczne, dość strome schodki - jedyny, a zarazem wyjątkowo prosty sposób by dostać się na strych. Poszczególne stopnie wykonane były z cienkich, prostokątnych szczebli, których nie osłaniała jakakolwiek barierka co wymagało zachowania sporej ostrożności i uwagi tak więc w gruncie rzeczy dobrze się stało, że nie został tutaj oddelegowany żaden z dzieciaków. Brunetka zadarła podbródek ku górze by spojrzeć na drzwi znajdujące się u szczytu schodów po czym już bez zawahania przystąpiła do stawianie pewnych i zdecydowanych kroków.
Wystarczyło kilka takich by po wyciągnięciu ręki przed siebie mogła swobodnie dosięgnąć klamki. Nieprzyjemny chłód metalowej powierzchni natychmiast omiótł jej dłoń rozgrzaną teraz wszystkimi wspaniałymi emocjami towarzyszącymi jej tego dnia, lecz nie trwało to długo. Lia bezlitośnie wywarła na nią opór zmuszając tym samym do uchylenia wrót zgoła innego pomieszczenia niż te, z którymi miała do czynienia do tej pory.
Drzwi zaskrzypiały głośno i dostojnie, co tylko podkreślało wyraz ich sędziwości, ale i w ten sposób zakłócając spokój jakim owładnięty był teraz drugi poziom domu. Nim dziewczyna postawiła pierwszą stopę na podłodze, a chwilę później dołączyła do niej kolejna, dostrzegła na gładkiej fakturze ściany włącznik, który niewątpliwie stanowił sugestię do rozświetlenia pomieszczenia za pomocą kilku surowych żarówek. Dwuspadowy dach podtrzymywany był przez kilka drewnianych filarów ustawionych w jednakowych odstępach, a po przeciwległej stronie w stosunku do swojego aktualnego położenia dostrzegła jedno jedyne okienko - idealne odzwierciedlenie tego, co aktualnie panowało na zewnątrz, a więc ciemności. Pchnąwszy lekko drzwiczki Lia zatrzasnęła je za sobą i to była ta chwila, kiedy zawładnęło nią uczucie niepokoju zupełnie niewiadomego pochodzenia. Miała nieodparte wrażenie, że przeniosła się do zupełnie innej rzeczywistości - dziarskie, entuzjastyczne głosy zaniknęły zupełnie, jak gdyby nigdy nie istniały. Porzucając całkowicie zbędne myśli ruszyła przed siebie widząc jawiący się na horyzoncie niewielki regał, na którym znajdowały się starannie ułożone kartony i bardzo prawdopodobnym było, że to właśnie tam umieszczone zostały tak bardzo potrzebne teraz świąteczne ozdoby.
Podczas następujących po sobie kontaktów z podłożem nagle została znacząco wytrącona z równowagi. Jej ciało mimowolnie próbowało wychylić się do przodu tym samym przymusem nakłaniając Lię do zaprzyjaźnienia się z pokrytymi kurzem deskami podłogowymi, ale na szczęście udało jej się utrzymać w jedynym i słusznym pionie.
- Cholera. - odrzekła sama do siebie tonem głosu znajdującym się na pograniczu szeptu, co niejako wymusiło na niej to miejsce, ale przede wszystkim pierwsze skrzypce odgrywała tutaj tak wyraźnie wyczuwalna w nim ulga i wytchnienie. Ignorując nagłe uderzenie ciepła, które pojawiło się za sprawą wyrzutu sporej dawki adrenaliny, zmarszczyła brwi jako wyraz niezadowolenia, zastanawiając się tym samym co też mogło być przyczyną nagłego potknięcia skoro nie posiadała w tym momencie sznurowadeł. Do tej pory nie przydarzały jej się także incydenty patologicznego niezdarstwa, kiedy to miałaby potykać się o własne nogi. Tak więc co?
Obejrzała się za siebie, a spojrzenie czekoladowych oczu natychmiast skierowała ku dołowi by dokładnie przyjrzeć się drodze, którą dotychczas pokonała. Jej wzrok przykuła jedna z desek - deska, która jeszcze chwilę temu nie wzbudzała jakichkolwiek podejrzeń, teraz była wytrącona z idealnego szyku stworzonego przez mistrza remontów kilkanaście lat temu. Cóż, najwidoczniej musiała być już mocno obluzowana i stąd ten incydent. Dziewczyna cofnęła się nieco i przykucnęła dokładnie przed miejscem, w którym dokonała małego rozboju z zamiarem umiejscowienia zguby tam, gdzie być powinna. Jak ogromne było jej zdziwienie, kiedy we fragmencie podłogi, który uwidoczniła, nie dostrzegła szarzyzny betonu, a... Spory kawałek wolnej przestrzeni wypełniony niewielkich rozmiarów pudełkiem. Odgarnęła deskę jeszcze bardziej na bok co pomogło jej dostrzec więcej detali. Kartonik został naznaczony napisem, do którego powstania niewątpliwie przyczynił się intensywnie czarny choć teraz już znacznie wyblakły, gruby flamaster, a sama czcionka sprawiała wrażenia dość niedbałej i pospiesznej.

"Sprawozdania finansowe spółki AMC Entertainment Inc. Lata 2000-2003"

Brwi Lii zmarszczyły się jeszcze bardziej niż miało to miejsce chwilę temu w oznace całkowitego zdumienia. O ile dobrze pamiętała, Hunter wspominał niegdyś, że nielubiany przez niego ojczym trudnił się zawodem księgowego więc zapewne należało to właśnie do nieżyjacego już mężczyzny . Tylko dlaczego... Dlaczego wynosił dokumentacje ze swojego miejsca zatrudnienia i gromadził w domu, a by tego nie było mało, w skrzętnie ukrytym schowku? Pierwszą myślą jaka przyszła jej do głowy były czarne czy też nielegalne interesy, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, a przecież w tym obszarze było ich całkiem niemało.
Dłuższą chwilę wahała się czy w ogóle powinna je otworzyć. W końcu nie była u siebie i nic tutaj nie należało do niej, ale... Kto nie marzy o tym by któregoś dnia odnaleźć na plaży długowieczną butelkę z listem miłosnym wewnątrz albo taki właśnie skarb natrafiony w miejscu, o którym nikt nie miał pojęcia?

Ułożyła dłonie na pokrywie i uniosła ją do góry...
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2021-01-03, 10:33


Timmy.
Dima.
Nikolai.
Paul.
Viktor.


Półmatowy papier fotograficzny pożółkły upływem czasu, lepki od kurzu, miejscami sczepiony ze sobą nawzajem, możliwy do rozdzielenia jedynie przy użyciu pewnego nakładu siły i determinacji.
Pięć szczupłych, jasnych, kruchych postaci na, w sumie siedemnastu, wydrukach. Zdjęcie przy zdjęciu, najwcześniejsze wykonane w dwutysięcznym pierwszym, ostatnie - osiem lat później; milcząca komitywa zaginionych chłopców, jak w Piotrusiu Panie, z tą tylko różnicą, że żaden z nich nie latał, a wszyscy (z wyjątkiem jednego, Paul bowiem stał się ofiarą pewnego nieszczęśliwego wypadku wkrótce po swoich jedenastych urodzinach), dorośli - złamani, zniszczeni, wypełnieni niezrozumiałym dla nich gniewem, niemożliwą do zagłuszenia traumą, nawracającym wstydem, bólem, wspomnieniam, które usypiały czasem na dłużej, a potem nagle budziły się z rykiem, potworne, przerażające, wszechpotężne.

Timmy.
Dima.
Nikolai.
Paul.
Viktor.


Duże, piękne, okolone firanką ciemnych rzęs oczy. Najstarsze z nich: trzynastoletnie. Najmłodsze? Niespełna ośmio-. Wysokie kości policzkowe, chude ramiona, jasna skóra. Modus operandi zapisany w szczegółach, jeśli ktoś wiedział, jak, gdzie i w czym szukać. Na większości zdjęć ta sama posadzka. Na kostkach chłopców - bliźniacze bransoletki, cieniusieńkie, ledwie dwie nitki związane ze sobą w splocie banalnie wręcz prostym.
A poza tą bransoletką?
Nic. Nic zupełnie.
Widok niemożliwy do pomylenia z niczym innym, uwieczniony na niskiej gramaturze fotografii, preludium najpewniej do czegoś znacznie gorszego (gorszego?! czy to w ogóle możliwe?!) sadystycznie zamrożone w czasie, zatrzymane na zawsze błyskawicznym trzaskiem migawki aparatu.
Klik. Jeden w siadzie skrzyżnym, jeden na kolanach, jeden ułożony na boku, z nogą podwiniętą pod kościste biodro...
Pstryk. Niewidzące oczy wpatrzone w pustkę poza obiektywem taniego Nikona. Wycofanie z tej chwili, instynktowna dezercja do czasów lepszych, innych, odległych, ucieczka do wewnątrz, desperacki sus duszy z bieżącego momentu, do szczęśliwszych wspomnień.
Snap! Posłusznie wypełnione rozkazy, wydawane chłopcom przez mężczyznę po drugiej stronie kamery. Zawsze tego samego, choć nie jedynego w pokoju. Miejsce bez adresu, znikający punkt, wymykający się wszelkiego typu radarom - w tym i policyjnym, rejestrom, urządzeniom do nawigacji.
Klik, pstryk, snap. Wierzchołek góry lodowej wydrukowany na nastu zdjęciach. Najmroczniejszy sekret ukryty skrzętnie pod zawodowymi dokumentami, raportami, sprawozdaniami, wykazami nudnymi jak Teleexpress.
A pod nimi jeszcze jeden kawałeczek układanki: złożony na pół kawałek cieniutkiego papieru, szeleszczący cicho pod dotykiem palców, typowy przykład szpitalnego wypisu.

Dwadzieścia-dwa. Zero-sześć. Dwa-zero-zero-sześć.
"Stan ogólny dobry, chłopiec przytomny, wyraźne objawy szoku, lecz bez aktualnych symptomów większej psychopatologii. Dobra orientacja w czasie i przestrzeni. Potwierdza wersję wydarzeń przedłożoną przez ojc... Ojczyma.
Obrażenia górnej części ciała: pęknięty łuk brwiowy (cztery szwy poprzeczne; aktualne szczepienie na tężec); zasinienie lewej strony twarzy poniżej kości jarzmowej. Złamanie skośno-poprzeczne ręki lewej. Brak większych odłamków kostnych. Zwichnięcie więzadła pobocznego promieniowego nadgarstka. Obrzęk..."


Słowa grzęznące w wyschniętych przerażeniem ustach. Oczy rozwarte niedowierzaniem. Obietnica, choć raczej groźba, dudniąca we wstrząśniętym mózgu potwornym echem.
Jeśli powiesz... to Cię...
Za...
Za-zapomnij, Hunt.
B...
B-będzie dobrze, Hunt.
Ję...
Już. No już. Głowa do góry. No już.

Sekret - czy raczej cała ich kolekcja, skrzętnie ukryta pod wiekiem kartonowego pudełka - zabrany przez Marka do grobu. Zbrodnia tak potworna, jak i niemalże perfekcyjna. Skrywana głęboko pod podłożem. Dosłownie - bo przecież pod niepozorną gładzią drewnianej podłogi na strychu. Tyle lat. Bez wiedzy otoczenia. Ku słodkiej nieświadomości żony. Ku nadziei Huntera, chcącego wierzyć, że po całym tym jego cierpieniu, po całym jego bólu... Nie pozostało śladu.
Ale ślad był. Trwał. Czekał. Na Lię. Na kogokolwiek, kto potknie się łaskawie o wygiętą leciutko wilgocią deskę.
Zbrodnia niemal perfekcyjna, ale jednak nieidealna. Jak wszystkie.

Timmy.
Dima.
Nikolai.
Paul.
Viktor.

Hunt.


...
- Mamo! - słodkie kłamstwo zamknięte w tym jednym słowie, dwóch sylabach kłamliwie opisujących nieistniejące, w gruncie rzeczy, pokrewieństwo między rosłym, przystojnym sportowcem, a szczupłą brunetką (farbowaną, w rzeczywistości bowiem włosy Pani McNulty zawsze miały mdły, mysi kolor, będący zresztą tylko jedną z wielu przyczyn całej zbieraniny jej kompleksów) spoglądającą nań z czułością i rozbawieniem. Jej syn. Jej synek... Mimo wszystko. Mimo całego kalejdoskopu błędów, które popełniła na drodze jego wychowania. Taki duży. Taki silny i taki poważny. - Czy ty naprawdę oszalałaś, żeby referować Lii całą listę moich licealnych dziewczyn akurat teraz? Serio nie miałaś innych pomysłów na konwersację z przyszłą synową?
Jej synek! Taki zagniewany - śmiesznie, rozbrajająco wręcz - o ten niewinny komentarz o dawnych dziewczynach, który wymknął jej się spomiędzy ładnych, uszminkowanych żywą czerwienią warg. Och, cóż to ją podkusiło?!
- No przecież przeprosiłam! Przecież przeprosiłam, Hunti! - kobieta starała się brzmieć poważnie, ale nie była w stanie opanować lekkiego drżenia kącików ust, podrywających się do góry raz po raz w próbie ułożenia się w przepełniony radością uśmiech. Jak cudownie było mieć ich tu wszystkich jednocześnie, całą gromadkę jej dzieci, teraz jeszcze wzbogaconą o tę uroczą dziewczynę, która już wkrótce miała przyjąć jej własne nazwisko.
Lia McNulty - czy to nie brzmiało czarująco?
- Zresztą, nie pogniewała się chyba, co? I tak myślę, Hunti, że kiedyś mi za to jeszcze podziękujesz! Niech dziewczyna lepiej wie, jaki byłeś rozrywany! I to jeszcze w liceum! Taki młody, a taki... -
- ABSOLUTNIE BEZUŻYTECZNY - Gigi McNulty, całe hektolitry dziewczęcego oburzenia i zazdrości zamknięte w drobnym ciałku okrytym falbanką modnego topu (ileż to się ona naprosiła matki, by ta pozwoliła jej założyć odświętny fatałaszek na przyjazd brata!), sprytnie wykorzystała moment by wciąć się w monolog matki - Przyjeżdżasz tu po tak długiej nieobe... - Trudniejsze słowo trochę pokrzyżowało dziewczynce plan, by brzmieć niesłychanie poważnie i surowo, ale zachowała kamienny wyraz twarzy, spoglądając na brata z nieskrywanym wyzutem - ...nieobecności i... I co? I w ogóle się nie starasz! To jest krzywo! - młoda terrorystka wycelowała palec zakończony wstydliwie obgryzionym paznokietkiem w bombkę w kształcie różowo-pomarańczowej landrynki - A to w ogóle nie tam, gdzie być powinno... - teraz początkująca designerka pokazała na błękitną śnieżynkę zwisającą z jednej z dolnych gałęzi [b]- Przecież się umawialiśmy, że cukierki idą na dół, śnieg na górę, a po środku jest...[/b]
- Przestrzeń na aniołki i gwiazdki... - jednogłośnie i z niemałym przekąsem, wyrecytowali jedyni mężczyźni (czy raczej mężczyzna i chłopiec), obecni w salonie McNultych. Ich spojrzenia zbiegły się natychmiast w oznace absolutnego porozumienia, i teraz już żaden z domowników - no, z wyjątkiem Gigi - nie był w stanie wytrzymać. Cała trójka więc - Pani McNulty i dwóch jej charakternych synów - parsknęli radosnym śmiechem.
Co roku - od śmierci Marka, do której to Święta były raczej okresem pełnym napięcia i permanentnego, choć niewysłowionego oczekiwania na jakąś kolejną awanturę - rytuał ubierania choinki rozgrywał się wobec tego samego scenariusza, a Gigi nigdy nie była wystarczająco usatysfakcjonowana ostatecznym rezultatem całego procesu. Może chociaż w tym roku? Hunt modlił się, by Lia znalazła na strychu odpowiedni zestaw ozdób - w przeciwnym razie pewnie czekał go jeszcze kurs do całodobowego oddziału Walmartu, po nową kolekcję ozdób w barwach i formach zaspokajających wyszukany zmysł artystyczny jego dwunastoletniej siostry.
- Gi... - Hunter wreszcie opanował serdeczny (och, jakaż to była rzadkość!) śmiech i postanowił trochę się zlitować nad naburmuszoną dziewczynką. Przykucnął więc przy niej, wciąż usadzonej u podnóży choinki, tak, by ich oczy znalazły się na mniej więcej tej samej wysokości - No już, nie dąsaj się na starego, niedołężnego brata. Słowo skauta, że robię co mogę, by nasza choinka była w tym roku perfekcyjna! - [b] Zapewnił z powagą, widząc, że lód w spojrzeniu ambitnej dekoratorki zaczyna nieco topnieć. Och, a więc był na dobrej drodze do ujarzmienia jej gniewu! Jeszcze tylko...
[b]- Tak, tak, robi co może, na pewno
- Kai niespodziewanie zawisł starszemu bratu na szerokich barkach, z tego miejsca złośliwie wystawiając siostrze język - Ale wiedziałaś, że siedemdziesiąt procent mężczyzn to daltoniści? I pewnie dlatego całe środkowe piętro... - psotny dziewięciolatek wskazał na odpowiedni obszar świątecznego drzewka - Jest różowe do porzygu![/b]
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2021-01-06, 20:29


Prawo karne.
To ta dziedzina pośród wszelakich zagadnień poruszanych przez wiele lat studiów mających za zadanie przygotować do szalonego wiru pracy wszystkich przyszłych prawników, na którą owi studenci reagowali z największym ferworem, a pokłady zainteresowania wymykające się z ich rozentuzjazmowanych głosów nie miały końca. Powiedzmy sobie szczerze, czym były wszelkiego rodzaju sprawy rozstrzygające ostatnie wole zmarłych zapisane na eleganckim papierze w obecności urzędnika czy oskarżenia wnoszone przez punkty handlowe w celu uporania się z drobnym złodziejaszkiem, w starciu z działającą na coraz to większą skalę grupą narkotykową czy wyrafinowanym zabójcą, nieuchwytnym przez bardzo wiele lat, który z każdą kolejną zbrodnią pozwalał sobie na coraz to więcej. Jednak kilka miesięcy temu odbyły się zajęcia, które drobiazgowo pamiętała po dziś dzień. Zajęcia poruszające tematykę jednego z najokrutniejszych przestępstw jakiego można dopuścić się względem drugiego człowieka. Zajęcia, na których osoby z wrodzonym gadulstwem i największą skłonnością do przeszkadzania prowadzącemu, milczały jak zaklęte. Zajęcia, na których osobom uwielbiającym wtrącać swoje trzy grosze do każdej możliwej kwestii nagle tych trzech groszy brakowało.

Za przestępstwo to przysługuje kara pozbawienia wolności oraz umieszczenia w specjalnym rejestrze, do którego dostęp ma każdy obywatel. Będąc przyszłym pracodawcą chociażby moglibyśmy taki rejestr sprawdzić i mieć pewność, że nie zatrudnimy żadnego zwyrodnialca.
Przerażenie. Pojawiło się wtedy, gdy sterta papierów po brzegi wypełniona dziesiątkami cyfr, prawdziwa zasłona dymna ukazała zdjęcie Timmy'ego - to będące pierwszym przystankiem na ośmioletniej drodze bezkarności, niemożności rozróżnienia dobra i zła, na drodze diabolicznych zapędów. Początkowo niedowierzając, głupio i naiwnie starajac się nakierować swoje myśli na pomyłkę, na przewidzenie (jak, jak?!) odłożyła fotografię na pokryte warstwą kurzu deski podłogowe ruchem ręki niepewnym, ostrożnym, zastygłym. Następne i następne tylko upewniało ją w przekonaniu, że nie jest to żadna fatamorgana i wszystko to, co widzi stanowi przerażająco realny obraz. Z każdym kolejnym miała wrażenie jak gdyby w te kilka sekund oddaliła się o setki mil od domu McNultych, jak gdyby w jednej chwili zniknęły choinki, brokat, zapach gorącego ciasta i dźwięk świątecznych piosenek. Zniknęła radość.
Dotarła do piątej fotografii i nie była w stanie znieść więcej. Choć chłopiec nie patrzył w obiektyw, jego oczy były równie wstrząsające jak te osoby, która niedawno pożegnała się z ziemskim życiem. W geście przepełnionym paniką ukryła wszystkie zdjęcia na samym dnie pudełka odwracając je tak by w tym momencie spoglądał na nią jedynie biały papier fotograficzny.

W ubiegłym roku toczyło się postępowanie karne w 125 przypadkach, lecz nie są to realne dane - wiele dzieci jest zastraszanych i boją się powiedzieć o tym, co ich dotknęło. Nabierają na to odwagę nawet po kilkudziesięciu latach albo... Nigdy.
Rozpacz. Stanęła u wrót wtedy, gdy siedziała na podłodze bez tchnienia życia, z głową wspartą o jeden z filarów wspomagających dach. W ręku trzymała szpitalny wypis wyłoniony z piekielnej otchłani i patrzyła w jeden jego punkt wzrokiem przesiąknietym smutkiem do szpiku kości, wzrokiem pozbawionym jakiegokolwiek blasku. W prawym górnym rogu widniała informacja Pacjent: Hunter McNulty, a poniżej już tylko wiek, adres zamieszkania oraz pozostałe dane identyfikacyjne. Kilka liter pospiesznie wystukanych na klawiaturze komputera przez lekarza, który dziennie takich przypadków miał kilkanaście, a dla niej znaczących wszystko. Wcześniej desperacko przyswoiwszy całą treść wyroku wydanego przez medyka Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, teraz jej uwagę skutecznie przeciągały na swoją stronę te najokrutniejsze stwierdzenia: w szoku, potwierdza wersję, szwy, złamanie, pęknięcie, zasinienie, obrzęk. Uderzały w nią za każdym razem ilekroć na nie spojrzała, była teraz żywą tarczą strzelniczą, a każdy ze strzałów sięgał samego środka rozszarpujac jej serca póki nie zostało z niego nic.
Na samym końcu widniał podpis ojczyma. Nie pani McNulty, a ojczyma. To on przybył z nim do szpitala, bo to on zrobił mu krzywdę. To nie był żaden upadek z roweru, żaden upadek z drzewa podczas zabawy w lesie z przyjaciółmi, a jego działanie. Przemoc wymierzona w Hunta. Osobę, którą kochała najmocniej na świecie.
Przed jej oczami stanął teraz mały chłopiec o dwóch różnych sznurówkach w maleńkich trampkach, w koszulce przedstawiającej wizerunek jednego z superbohaterów, niewinny i przerażony. Niegdyś pełen nadziei, otwarty na świat, ciekawy tego jakie wyzwania postawi przed nim życie.
Serce dudniące w piersi zdecydowanie szybciej niż powinno, to jedyne, co w tym momencie słyszała.

Przestępstwo to zazwyczaj poprzedzone jest dłuższą obserwacją obiektu. Dopiero później następuje próba pierwszego kontaktu.
Tkwiąc w najgłębszym stadium zamyślenia, pozwalając faktom spajać się w jedną całość, analizując i przekraczając teraz progi kolejnych, metaforycznie otwartych drzwi, które do tej pory pozostawały poza jej zasięgiem, kreując historię chłopaka - z pozoru lekkoducha,powszechnie lubianego i docenianego, niegdyś potwornie skrzywdzonego - nagle nadszedł moment ocknięcia, tak jakby niewidzialna postać pstryknęła jej palcami tuż przed nosem. Prędko zamrugała powiekami, odsunęła się od podpory, znów widząc przed sobą ten sam regał, liczne kartony pełne zapewne niepotrzebnych już przedmiotów. Ile czasu minęło odkąd zniknęła z salonu? Nie potrafiła jednoznacznie wskazać jednak miała wrażenie, że siedziała w tej jednej, niezmiennej pozycji bardzo długo. Ile miała czasu nim ktoś zjawi się by sprawdzić czy wszystko było z nią w porządku? Domyślała się, że niewiele. Mimo tak wielu niewiadomych jednego była pewna - nikt nie mógł dowiedzieć się o istnieniu tego pudełka.
Ani Pani McNulty - uśmiechająca się na każdym kroku, sypiąca żartami jak z rękawa i podśpiewująca podczas ugniatania ciasta.
Ani Kai - prawdziwe żywe srebro, chłopiec, którego wszędzie było pełno, dokazujący by przypadkiem nikt nie zapomniał o jego istnieniu.
Ani Gigi - pragnąca wyczarować perfekcyjne święta dla swoich bliskich.
A już przede wszystkim... Hunter - łagodny jak nigdy, wyciskający z tej chwili wszystko co możliwe, szczerze roześmiany i tak cholernie uroczy próbując uciszyć swoją rodzicielkę.
Hunter wśród osób, które szczerze go kochały i które chciały dla niego wszystkiego co najlepsze, bez wyjątku.
Wszyscy byli tacy szczęśliwi, otuleni spokojem.
Nikt nie mógł się dowiedzieć.
Bo jeśli to wszystko było tym czym myślała, że jest, a zupełnie nic nie wskazywało by prawdą miało to nie być... To Hunter zasługiwał na najlepsze święta w swoim całym życiu.
Pierwszym krokiem ku temu by mogło do tego dojść było to, że sama Lia musiała wziąć się w garść. Jeśli ktokolwiek ujrzy ją w takim stanie - pobladłą strachem, z przerażonymi oczami, roztrzęsioną - od razu będzie wiedział, że coś się stało, a ona nie miała jakichkolwiek argumentów by logicznie to wyjaśnić. Podniosła się z dotychczasowego miejsca z zamiarem ponownego zakopania śladów tej okrutnej zbrodni, gdzie sprawca już nigdy nie zostanie zasłużenie ukarany. Podczas próby przysłonienia wszystkich dowodów dokumentacją, spośród nich wysunęło się coś jeszcze.
Cztery fragmenty papieru, które po połączeniu stworzyły rysunek. Nie była to ilustracja żadnego wybitnego artysty, a zdecydowanie praca wykonana przez dziecko. Ukazywała zaledwie trzy postacie - kobietę o ciemnych włosach, w kwiecistej, radosnej sukience, z uśmiechem namalowanym na nieco zniekształconej twarzy. Tuż obok niej stał chłopiec w przykrótkich spodenkach i koszulce, lecz on już się nie uśmiechał. Jego usta tworzyły parabolę wygiętą ku dołowi, symbolizującą smutek i strapienie. Trzymali się za ręce na tle jednorodzinnego domu. Przez środek kartki przebiegała gruba, czarna linia i po tej drugiej stronie właśnie stała postać mężczyzny. Mężczyzny w całości zobrazowanego przy pomocy czarnej kredki; mężczyzny, który został kilkakrotnie, agresywnie przekreślony. Na samym szczycie gościł napis "Dla mamy".
Wyszeptane, ledwo dosłyszalne O Boże wypełniło teraz przerażająco ciche pomieszczenie, a zaraz za nim rozległo się ciche pociągnięcie nosem.
Nie możesz zmienić przeszłości, ale możesz zrobić wszystko, co w twojej mocy by przyszłość wynagrodziła mu wszystkie cierpienia.
Wieko pudełka, prawdziwej puszki Pandory, która chwilę temu spowiła jej mały świat mgłą nieszczęść, zostało zatrzaśnięte pewnym ruchem sprawiając, że chmura powróciła do środka, uderzając teraz w jego wewnętrzna część i na nowo próbując się wydostać. Niesforna deska, która chciała wyjść ponad szereg, ujęta obiema rękoma i wsunięta na miejsce z ogromną precyzją. Dzieło uwieńczone kilkoma uderzeniami piąstki by jak najlepiej dopasowała się do reszty. Kilka chwil spędzonych przy okiennicy delektując się nieustającymi falami zimnego, wieczornego powietrza, orzeźwiającego i pozwalającego uspokoić rozdygotane ciało. Gorączkowa wizyta w gościnnym pokoju by ocenić swoje lustrzane odbicie.
Była gotowa.
***

Choć przestronny salon McNultych w zupełności wypełniał teraz zgiełk rozmów, z którego można było wyeksponować ten najpoważniejszy głos Huntera, ten zdecydowanie najgłośniejszy z kolei należący do Kaia i najcichszy, wykazujący obecnie najmniejszą dozę radości Gigi, tak jednoznaczny dźwięk stóp stawianych na poszczególnych stopniach, sygnalizujący nadejście kolejnej osoby mimo wszystko nie mógł zostać pominięty. Nie był to szaleńczy bieg na pierwszy poziom domu jak wtedy, gdy niespodziewanie rozlega się dźwięk dzwonka zwiastujący przybycie niezapowiedzianego gościa. Zdecydowanie bliżej było mu do ostrożnego, przezornego kroczenia i nic w tym dziwnego skoro dłonie dziewczyny skutecznie zajmowało kilka pudełek, tym samym nieco ograniczając zasięg jej widoczności. Kiedy finalnie zmierzyła się z ostatnim już schodem, dalsza trasa Lii nie pozostawiała jakichkolwiek złudzeń i nie była też otwartą księgą zwyczajnie prowadząc wprost ku dostojnej choince, a więc tam, gdzie przebywała teraz większość domowników czy też "przyjezdnych gości".
- I jak?! Był tam?! - z ogromnym podekscytowaniem wyczuwanym w chłopięcym głosie natychmiast zaatakował ją pytaniem Kai, w dalszym ciągu okupując barki swojego starszego brata. O dziwo, widok ten sprawił, że przez twarz brunetki przebiegł cień czułego uśmiechu - jeszcze nigdy nie miała okazji oglądać Hunta w takim wydaniu, otoczonego swoim młodszym rodzeństwa i musiała przyznać, że był to naprawdę komiczny obrazek.
- No pewnie, że był. Taki potężny, że zajmuje praktycznie cały strych. By w ogóle dostać się do ozdób musiałam stoczyć z nim walkę. Na śmierć i życie oczywiście. - Lia mogła sprawiać wrażenie nieco przygaszonej, przygnębionej, pozbawionej tej energii, którą zaciekle reprezentowała przed feralnym udaniem się na strych, ale robiła wszystko co w jej mocy by zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Być może straszenie dzieci nieistniejącymi potworami nie było najlepszym posunięciem od strony psychologicznej, ale w tym przypadku stanowiło ono najbielsze z najbielszych kłamstewek, dla dobra dziewięciolatka, by nigdy nie przyszło mu do głowy udanie się na poddasze i by nigdy nie natrafił na to, na co ona natrafić musiała. Mówiąc to, Lia przykucnęła na podłodze będącej bezpośrednią przestrzenią przed choinką, kładąc na niej przyniesione ze sobą ozdoby. Ułożyła je przed samą Gigi, do pełnej dyspozycji dziewczynki, nie mając nawet krzty odwagi by wyłożyć na stół swoje propozycje odnośnie ich wykorzystania w dekoracji drzewka - wytworu dwunastolatki oraz jej ulubionego brata. Miała tylko nadzieję, że cokolwiek będzie w stanie ją zadowolić biorąc pod uwagę w jak dużym pośpiechu i w jak ogromnych emocjach lokalizowała to, co spełnia wymogi kolorystyczne choinki. Lia już otwierała usta by jakkolwiek uargumentować swoje wybory, wygodnie rozsiadając się przy tym na podłodze tuż obok Hunta i Gigi , kiedy uprzedził ją dziewięciolatek.
- Wiedziałem! A mama zawsze mówiła mi, że jestem niemądry i wygaduje głupstwa! - odparł, wyraźnie usatysfakcjonowany odpowiedzią jaką przedstawiła mu Lia.
- I miała rację! Jesteś niemądry! - Gigi z kolei postanowiła wykorzystać idealną okazję do ciętej riposty najwidoczniej w odwecie za to, że zaledwie chwilę temu to ona takim właśnie obiektem ironicznych żartów się stała.
- Nieprawda! Twój Liam jest bardziej niemądry! - kolejny wyraz rewanżu, tym razem autorstwa Kaia, rozniósł się po salonu. Cóż, chłopiec najwidoczniej czuł się wyjątkowo bezkarny kryjąc się za obszernymi plecami brata.
- Nie waż się nawet tak o nim mówić! - dziewczynka najwyraźniej doprowadzona do "stanu ostatecznego" wręcz uniosła się z siadu skrzyżnego jednocześnie wymierzając w brata oskarżycielski palec.
- Hej, hej! Spokojnie! - Lia, widząc do czego ta coraz głośniejsza konwersacja może doprowadzić, postanowiła natychmiast wkroczyć do akcji by na powrót świąteczna, rodzinna atmosfera osiągnęła stan wszechobecnej równowagi. Szkoda tylko, że w innych okolicznościach rozdzielanie skaczących sobie do gardeł osób nie przychodziło jej z taką łatwością, prawda? - Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić kim jest Liam? - przystojny chłopiec ze szkoły? Ukochany sąsiad? Możliwości było tak wiele.
- To piosenkarz z zespołu dla dziewczyn! - pospieszył z odpowiedzią Kai i skrzywił się nad wyraz teatralnie oraz przesadnie jak gdyby znajomość owego zespołu godziła w jego chłopięcą dumę.
Wtedy to nad głową brunetki intensywnym światłem rozbłysła niewidzialna żaróweczka. Imię piosenkarza oraz określenie zespół dla dziewczyn... Bingo!
- Gigi, słuchasz One Direction? - dość niespodziewanie skierowała teraz pytanie do dwunastolatka i utkwiła w niej zaintrygowane spojrzenie.
- Tak, to mój ukochany zespół. - odpowiedziała prędko. Mimo że nieustannie z pewną nutą nieśmiałości, bez trudu można było dostrzec ten intensywny blask, który nagle rozświetlił jej oczy. Chyba po raz pierwszy tego dnia postanowiła obdarzyć Lię dłuższym spojrzeniem.
- To świetnie się składa. Ja też bardzo lubię chłopaków. Wiesz, że kiedy miałam jakieś siedemnaście lat Zayn postanowił odejść z zespołu? To był najgorszy dzień mojego nastoletniego życia, przysięgam Gigi! Przepłakałam wtedy całą noc! Rok później, kolejny cios prosto w serce - zespół zawiesił działalność! Śmiertelnie obraziłam się wtedy na mojego tatę za to, że nie pozwolił mi pojechać na koncert, gdy byłam młodsza i nigdy nie zobaczyłam chłopców w komplecie. - w tej kwestii Lia również zdołała się przekonać czym jest niezrozumienie społeczeństwa wobec ukochanych idoli (czym byłby świat młodej osoby bez takich właśnie platonicznych miłostek?). Choć nie posiadała młodszego, wrednego rodzeństwa, miała za to ojca, który nie dość, że nie rozpoznawał piosenek, kiedy te wydobywały się z głośników radia podczas wspólnych przejażdżek, to dodatkowo z premedytacją mylił imiona poszczególnych członków. Nie wspominając o ówczesnej specjalności Lii, a więc odpieraniu niemal każdej krytyki - uzasadnionej bądź nie - wyszukanymi argumentami.
- Och, naprawdę?! Obejrzałam cały pierwszy koncert bez Zayna i to było straszne przeżycie! Chłopcy byli zrozpaczeni! - odpowiedziała rozentuzjazmowana dziewczyna. Można było odnieść wrażenie, że nagle w zupełności zapomniała o cukierkach, aniołkach i nazbyt zaróżowionym środku drzewka. Czyżby Hunter został skazany na dokończenie dzieła w pojedynkę?
- Nie dość, że nie umie grać w antyterrorystów, to jeszcze słucha One Direction. Z kim Ty się zadajesz, Hunter? - odrzekł ponownie zdruzgotany Kai i wbił czoło w jedno z ramion brata jako, kolejny już dziś, gest dezaprobaty.
Uwikłanie w rozmowę okazało się być choć chwilowym kluczem do oderwania jej myśli od znaleziska na strychu i konsekwencji, które za sobą pociągało choć w dalszym ciągu brak było tutaj tego charakterystycznego rozświergotania.
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2021-01-08, 15:57


Markotność Lii - jakkolwiek wprawnie maskowana niby-to-radosnym tonem głosu oraz błyskawicznym powrotem do lekkiego, zabawnego i opartego na niewinnych złośliwostkach tonu rozmowy toczącej się przy choince - bynajmniej nie umknęła uwadze quarterbacka. Był może sportowcem, i całą swoją egzystencją "stawiał krzyżyki" przy niejednym punkcie z listy cech typowych dla tak zwanego Tępego Mięśniaka, ale ani nie był zupełnie ociemniały, ani też nie poznali się z Lią wczoraj, by mógł tak po prostu przeoczyć lub zignorować jej nowonabyte przygaszenie. Czyżby faktycznie spotkała na strychu gigantycznego pająka i wróciła do nich jako świeża posiadaczka syndromu potraumatycznego stresu, a o swoim męstwie w pojedynku z owadem kłamała dziewięciolatkowi w żywe oczy po to, by nie wyjść przed rodziną narzeczonego na tchórza?
A może - i ta wersja wydarzeń zdawała się Hunterowi bardziej prawdopodobna, choć jego młodszy brat na przykład z pewnością przychylałby się bardziej ku prawdziwości tej pierwszej - w czasie jej nieobecności wydarzyło się coś innego niż walka z ośmionożnym monstrum odbyta na zakurzonej podłodze domowego schowka?
Wykorzystując moment, w którym Lia opisywała Gigi swój emocjonalny stosunek do pewnego konkretnego boysbandu, Hunter przyrzał się jej nieco uważniej, starając się wysnuć jakąś pierwotną diagnozę i przynajmniej szczątkową hipotezę powodu nagłej zmiany, jaka zaszła w brunetce.
Wersja z pająkiem odpadała między innymi dlatego, że ciało dziewczyny nie nosiło jakichkolwiek, najmniejszych choćby, śladów mogących potwierdzać autentyczność tej wersji. Żadnych zadrapań, żadnych nitek zaciągniętych w materiale ubrania, włosy nadal tak samo perfecyjnie kaskadujące na jej ramiona w miękkich falach jak wówczas, gdy opuszczała salon. Pod gładko opiłowanymi paznokciami studentki nie dostrzegł żadnych resztek pajęczego pancerza albo innych substancji mogących poświadczać, że panna Bennett odbyła niedawno bój na śmierć i życie, delikatny bardzo makijaż nadal w taki sam sposób i bez najdrobniejszej skazy podkreślał urodę dziewczyny. Ale, ale...
Najbardziej zaniepokoiła McNulty'ego specyficzna matowość - z braku lepszego słowa, jakie w swojej obitej i wstrząśniętej w trakcie niejednego ciężkiego meczu mózgownicy był w stanie teraz odnaleźć bądź wyprodukować - piwnych tęczówek brunetki, jeszcze paręnaście raptem minut wcześniej wypełnionych żywym blaskiem radości i beztroski.
Jeśli więc nie pająk Hagrida, to co?
Lia wyglądała tak, jakby właśnie dowiedziała się, że oblała niezwykle trudny egzamin u profesora, którego miała za swój autorytet i w którego oczach zawsze chciała wypadać jak najlepiej - Hunt widział ją w tym kontekście tylko jeden raz, i to w zasadzie nie wówczas, gdy jakikolwiek egzamin zawaliła (Lia Bennett bowiem nigy nie zawalała egzaminów), lecz w dniu, w którym zamiast A+ dostała A- z dopiskiem, że mogło pójść jej troszkę lepiej, a porażkę tę odchorowywała potem przez dobry tydzień i kilka dni. Nie oczekiwali dziś jednak na żadne rezultaty związane z uczelnią, Hunt miał zatem pewność, że to nie dostrzeżenie rozczarowującej noty na przykład w akademickiej aplikacji telefonicznej dla studentów, było powodem jej nagłego zasępienia.
McNulty "poprawił sobie" brata udającego właśnie chyba na jego barkach małpkę z rodziny czepliwych makaków, i zwrócił się do dziewczyny:
- Mhm, to dlatego musiałem czekać na ciebie tak długo, co? - zaczepił ostrożnie, wbijając w nią wzrok niby-to oskarżycielski, ale tak naprawdę przepełniony ciepłem i żywym zainteresowaniem - Otoczony tymi strasznymi, jazgoczącymi potworami... - dodał jeszcze, wskazując na młodsze rodzeństwo przyrodnie, wzdychając teatralnie oraz wykonując szerokimi barkami taki ruch, jakby na ich szczytach ciążył mu nieludzkich wręcz rozmiarów ciężar. - Już nigdy więcej mi tego nie rób, Lia. Drugiej tak długiej rozkłąki mogę zwyczajnie nie przeżyć!
Z jednej strony dramatyzował, a z drugiej - o czym wiedzieć nie miało prawa jego młodsze rodzeństwo, a matka posiadała tylko konieczny strzępek informacji - sądząc po tym, w jakim stanie zostawiła go ich tygodniowa rozłąka po imprezie w Domu Bractwa, w pogróżkach opuszczających usta sportowca mogło być sporo prawdy. Zwłaszcza teraz, gdy przeżywał akurat etap jakiejś mało sobie znanej euforii i entuzjazmu, każących mu nagle myśleć, że wszystko będzie dobrze i, że będą z Lią parą już na zawsze, a także bez najmniejszych trudności, bo najgorsze już za nimi...
Och, czyżby?
Czasem chyba lepiej było nie znać przyszłości.
- Miłość jest ślepa, młody, sam się kiedyś jeszcze o tym przekonasz... - teraz Hunt zwrócił się do Kaia, używając tonu tak konfidencjalnego, jak gdyby zdradzał chłopcu co najmniej sekrety wywiadowcze, albo wręcz tajemnicę stworzenia świata albo zagłady dinozaurów (ta druga pewnie interesowałaby małego urwisa znacznie bardziej) - ...wystarczy, żeby spojrzeć na Gigi - dodał zaraz, celowo unosząc głos tak, by mieć pewność, że dziewczynka wyraźnie go słyszy - i jej uczucie do Liama, podczas, gdy przecież wszyscy wiedzą, że to Harry jest królem muzyki...
Hunt wiedział, że stąpa po niepewnym gruncie - to Liam bowiem był członkiem zespołu, który w sercu dwunastolatki od lat już zajmował miejsce iście koronne, z drugiej jednak strony dyskusja była względnie bezpieczna: którego z młodych muzyków by nie wybrał, Gigi i tak zapiałaby na samą o nim myśl z takiego zachwytu, na jaki stać tylko małe dziewczynki, które nie przeżyły jeszcze Objawienia Prawdziwej Muzyki (a więc nie ponad Leonarda Cohena, na przykład, The Queen i The National, czy innych prawdziwych artystów przedkładały "zniewieściałych" w opinii Hunta gówniarzy o pomalowanych paznokciach i żenujących akcentach).
- La, la, la, nie słyszę cię, Hunter! - Gigi sięgnęła teraz po desperacką taktykę obronną przed krytycyzmem brata, po prostu przytykając do uszu dłonie zwinięte w drobne piąstki i dobywając z siebie niespecjalnie melodyczną wokalizę - Nie słyszę, nie słyszę, i nie żałuję, że nie słyszę, bo, la la la, cokolwiek opowiadasz, to tylko jakieś głupoty!
Hunt pokręcił głową z udawaną dezaprobatą, w tym samym czasie stawiając brata na ziemi i krzyżując z nim porozumiewawcze spojrzenia.
- Hunt, ona zwariowała? - dziewięciolatek trochę stwierdzał, a trochę pytał.
- Nie - przyszedł mu zaraz z pomocą starszy brat, będący wszak studentem psychologii - To naturalne mechanizmy obronne. Wyparcie i zaprzeczenie.
Pozostając w tym tonie rozmowy, Hunt miał wrażenie, że udaje im się pozostać na bezpiecznym gruncie i odegnać wszelkie demony, które najwyraźniej kryły się na strychu i tamże również miały okazję drasnąć swoimi ostrymi pazurami delikatne ramiona Lii Bennett, lub omieść gorącym, toksycznym oddechem jej smukły kark. Nie znaczyło to, że rozgrywający nie zamierzał powrócić do tematu tego, co najwyraźniej musiało stać się w czasie krótkiej nieobecności dziewczyny - odkładał to jednak na później, na jakiś bezpieczniejszy, intymniejszy moment, taki, który należałby tylko do ich dwójki, nie zaś do jego rozpaplanej rodziny.
- To co, dziewczyny, wy tu sobie pogadacie o muzyce... - zasugerował, wykorzystując moment zawiązania się pomiędzy jego narzeczoną, a młodszą - i jakże kapryśną - siostrzyczką, jakiejś wstępnej nici porozumienia - ...a my z młodym pounicestwiamy kilku terrorystów?
Jasne, fajnie było zawieszać na choince krzykliwe brokatem i lakierem akcesoria, ale konsola i zapowiedź krwawej rozgrywki coraz silniej kusiły Huntera, szepcząc jego imię z drugiego końca domu...
Było już blisko zrealizowania się tego jego chytrego planu, pokrzyżowała go jednak... jego własna ("rodzona", chciałoby się powiedzieć, ale jak bardzo byłoby to nie na miejscu!) matka.
- A może złożycie na chwile topory wojenne i pomożecie mi nakryć stół? Dziewczynki, wy - obrus. Chłopcy - wy, sztućce. Albo jak tam zresztą wolicie. Za chwilę będę podawała kolację, a jadalnia taka niegotowa... - Pani McNulty zatarła dłonie, zaganiając wszystkie swoje dzieci do nowego obowiązku niczym kwoka, ruchem skrzydeł korygująca szyk piskląt w swoim małym stadku.
Cała trójka jej potomstwa wydała z siebie teraz jeden, zgodny jęk, i równie synchronicznie skrzywiła się w grymasie żałoby po przerwanej potyczce (a wiadomo było przecież powszechnie, że tego wypu przekomarzanki stanowiły absolutnie najlepszy rodzaj zabawy).
- A może odwrotnie, hm? My z Lią obrus, a młodzieć sztućce? - zasugerował Hunt i wszyscy pozostali domownicy mogli z jego tonu głosu wyczuć, że jest to raczej rozkaz, a nie propozycja - No już, Gi, Kai, przynieście noże i widelce z szafki! A ty, piękna, chodź, pomożesz mi z nakryciem... - zwrócił się najpierw do dzieci, a potem do ukochanej.
Choinka została tam gdzie stała - och, śmiałaby się poruszyć choć o milimetr, wtedy Gigi z pewnością urwałaby jej... gwiazdę - zaś cała ludzka gromada ruszyła w stronę jadalni.
- Wszystko w porządku, Li? - Hunt zapytał dziewczynę dyskretnie, korzystając z faktu, że Gigi i Kai zaczynali się właśnie kłócić przy komodzie. O to, czy należy wybrać te bardzo duże noże czy raczej te bardziej średnie.
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2021-01-11, 02:39


Choć Lia była jedyną osobą w tym czteroosobowym, bogatym w różnorodność gronie, która nie wydała z siebie żadnego z możliwych dźwięków świadczących o niezadowoleniu jak i również nie skorzystała z popularnej metody gry na czas podczas powstawania z podłogi (być może dlatego, że konsekwentnie, w odmętach podświadomości brunetki budziło się do życia przekonanie karcące ją za pozostawienie pani McNulty w kuchni na pastwę własnych mocy przerobowych), tak niespodziewana wieść o zbliżającej się wielkimi krokami kolacji nie napełniła ją rażącym entuzjazmem. Gruby, jutowy sznur, który kilkakrotnie zatoczył okrąg wokół jej żołądka i zacisnął niemiłosiernie mocno w momencie zapoznawania się z zawartością "skarbu" ukrytego na strychu, absolutnie nie pozwalał na zaistnienie choć przebłysku myśli krążących wokół zaspakajania apetytu. Jednak wszelakie wartości wpajane Lii od dzieciństwa przez obojga rodziców czy to już tylko jedno z nich, definitywnie nie pozwalały jej teraz odmówić skosztowania któregokolwiek ze specjałów przygotowanego przez kobietę, co niewątpliwie wiązało się z ogromem pracy oraz oczywiście serca. Nie było więc mowy o sprawieniu jej przykrości, a zakorzeniło się to w dziewczynie aż do tego stopnia, że sięgając do zasobnej kartoteki wspomnień, wmusiła w siebie cały talerz kompletnie przesolonego przez Huntera makaronu byleby tylko chłopak mógł poczuć się jak młodszy brat Gordona Ramsay'a. Najbliższe kilkadziesiąt minut z pewnością więc nie będzie należało do najłatwiejszych.
Lecz nie był to jedyny powód dlaczego czas ten naznaczony miał być trudem. Gdyby ktokolwiek zapytał ją czego w tej jednej chwili, która lada moment miała stać się widmem przeszłości, chciała najmocniej na świecie, to bez nawet najmniejszego zawahania, odpowiedź brzmiałaby: zaszyć się z Hunterem sam na sam w jednym z opustoszałych pomieszczeń i najzwyczajniej przytulić go ze wszystkich sił nie mówiąc przy tym ani słowa - każde byłoby zbędne i nieodpowiednie. I chciałaby tak tkwić przez pięć minut, może piętnaście, a może godzinę, do chwili aż poczuje, że wszystkie demony przeszłości, wciąż żywe i wciąż rozszalałe w głębi zranionej duszy chłopaka, której nie pozwalał dojrzeć nikomu, zaczynają ulatywać we wszelakich możliwych kierunkach. I poprzez milczenie to - zupełnie naturalne, dalekie od rozmaitych barw zakłopotania - niemo przekazać mu tak wiele.
Choć brak Ci tej świadomości...
I pewnie długo nie będziesz jej miał...
Już nie jesteś z tym wszystkim sam, Hunter.

Jednak to, co obecnie mogli nazywać swoją rzeczywistością uniemożliwiało zrealizowanie tego drobnego życzenia. W końcu nie byli tutaj tylko dla siebie, a szczególnie dla innych - dla tej wspaniałej rodziny, która nie mogła mieć Huntera na co dzień, a gołym okiem widać było jak ogromna tęsknota za jego obecnością im doskwierała.
- Oczywiście, że wszystko w porządku... Hunti. - kilka pierwszych członów nadawało tej odpowiedzi ton przepełniony spokojem i uczuciowością, lecz ostatni już wyraz zupełnie odmienił jej charakter na... Zadziorny i rzucający rozgrywającemu swego rodzaju wyzwanie.
Od momentu, w którym samochód zajął dumne miejsce na wyścielonym kostką brukową podjeździe domu zamieszkiwanego przez panią McNulty i dwójkę małych pociech, a Hunter po raz pierwszy nie w pojedynkę przekroczył próg zmory swojego dzieciństwa, padła tutaj niesamowicie duża ilość słów. Lia już dawno temu doszła do wniosku, że umiejętność słuchania jest bardzo cennym darem i wcale nie tylko dlatego, że naszemu rozmówcy było zwyczajnie miło, gdy cała uwaga, spojrzenie skupiało się tylko i wyłącznie na nim, a nie na chociażby ekranie telefonu. Umiejętność słuchania posiadała także wielką, utajnioną moc, która dostarczała informacji mogących w znaczny sposób ułatwić życie, a więc kwalifikowały się tutaj wszelakie sugestie odnośnie upragnionych prezentów, jakie tematy należało omijać wyjątkowo szerokim łukiem podczas przyszłych konwersacji, preferencje kulinarne by uniknąć niepowodzenia podczas kolacji-niespodzianki. Teraz jest to jednak zupełnie nieistotne, bo tym co dziś umieściła w szufladce z etykietą "Warte zapamiętania" było urocze zdrobnienie imienia, które kilkukrotnie padło z ust pani McNulty oraz Gigi. Jeszcze nigdy nie słyszała by ktokolwiek zwracał się do chłopaka w ten sposób i miała ogromne podejrzenie, że ten, cóż, nie przepada za tą formą.
Uniosła wolną rękę zatrzymując ją tuż przy twarzy Huntera, a kiedy jej dłoń w idealnej harmonii spotkała się z policzkiem rozgrywającego, kilkakrotnie - miękko, subtelnie, ale i figlarnie - pogładziła go kciukiem.
- Ale! Mówiąc już całkowicie poważnie. - robiła wszystko by powrócić do swojego wcześniejszego poziomu energii choć podświadomie wiedziała, że dziś będzie to już po prostu niemożliwe. - Jeśli wyglądam smutno, to tylko dlatego, że odrobinę gorzej się poczułam. Ale nie ma o czym mówić, będąc na górze odwiedziłam nasz pokój, wzięłam leki, lada chwila powinno być lepiej! - dodała jednocześnie zbliżając się do sporych rozmiarów stołu rodzinnego wykonanego z solidnego, ciemnego dębu. Za pomocą jednorazowego, zamaszystego gestu pozwoliła by biały niczym śnieg, który dopiero co otulił obszar trawników, chodników i ulic obrus, rozszedł się po całej powierzchni blatu nadając mu tym samym ten zdecydowanie odświętny, elegancki charakter. Tam, gdzie lejący, podatny na ruchy materiał niekoniecznie zechciał z nią współpracować, wygładziła wszelakie pomarszczenia dłońmi. Idealnie.
Tajemnicze gorsze samopoczucie Lii, o dziwo, nie stanowiła żadnej wyimaginowanej historii na potrzeby chwili (czy raczej na potrzeby przyparcia do muru poprzez pytanie Huntera). Była w stanie kompletnie je uargumentować, a wiązało się ono z pewnym wydarzeniem sprzed kilku dni - można powiedzieć, że choroba spadła jej jak z nieba choć to prawdopodobnie nie jest najwłaściwszym określeniem w kontekście problemów zdrowotnych. Zlepek wyrazów kształtujący się w sformułowanie wieczorne wyjście na lodowisko tłumaczył właściwie wszystko. Jako że była to decyzja, której w głównej mierze przyświecała spontaniczność i wszystko to, co nazywane jest dobrą zabawą, zabrakło tutaj odpowiedniego przygotowania, a więc pary ciepłych, wełnianych rękawiczek, czapki z pomponem i szalika ściśle okalającego szyję. Ten, kto na własnej skórze nie doświadczył próby przekonanania Quarterbacka do czegokolwiek, gdzie on sam nie przejawiał szczególnie dużego optymizmu, nie miał pojęcia jak wiele mocy musiała włożyć w to by zmusić go do wyjścia na "przeklętą taflę". Etapów tej decyzji było całe mnóstwo zaczynając od "Lia, nie ma mowy, nie założę łyżew, to frajerskie. Weź ze sobą jakąś koleżankę, zawiozę was pod samo wejście!", poprzez "Hunt, przestań! Wszystkie pary chodzą na lodowisko w przedświątecznym czasie! To romantyczne, nie frajerskie!", a kończąc na tym, że w akcie całkowitej rozpaczy i desperacji musiała zamienić się w perfekcyjną kusicielkę i złożyć Huntowi obietnice, które niewiele miały wspólnego z grzecznością jaka przystoi młodej damie. Dopiero to przyniosło upragniony efekt w postaci zgody. Jak się jednak chwilę później okazało, Hunter był tak nieugięty i zawzięty w swojej negującej postawie, ponieważ, ujmując to w bardzo subtelny sposób, sunięcie po lodowisku nie stanowiło jego najmocniejszej strony. Symboliczna godzina, którą mieli tam spędzić (wedle początkowej zapowiedzi Hunta), przerodziła się w kolejne dwie, bo kiedy Lia odkryła ten "mrożący krew w żyłach" sekret swojego narzeczonego (w kompletnej nieświadomości jakie sekrety przyjdzie jej odkryć nieco później) najwidoczniej postanowiła uczynić z rozgrywającego przyszłego olimpijczyka w dziedzinie jazdy figurowej, wyśmienicie się przy tym bawiąc (czy Quarterback bawił się równie wyśmienicie?). Finał całego zajścia niestety przyniósł ze sobą zdecydowanie mniej przyjemne konsekwencje - następnego dnia Lia obudziła się z potwornym zapaleniem ucha i nadprogramową temperaturą, w pośpiechu gnając do lekarza by ratować święta.
Kłamstwo jako metoda rozwiązywania tych najtrudniejszych problemów było środkiem, który zajmował ostatnie, mgliste miejsce na osobistej liście brunetki. Do tej pory nigdy nie okłamała Huntera. Kiedy ten pytał ją gdzie obecnie spędza czas, zawsze odpowiadała ze stuprocentową szczerością. Kiedy pytał ją z kim ten czas spędza zawsze sumiennie wyliczała wszystkie osoby w zasięgu swojego wzroku. Jednak fakty, niemożliwe do podważenia były takie, że teraz to, co powszechnie nazywane jest prawdomównością wybrało ścieżkę prowadzącą w prawo, a Lia postanowiła podążyć tą prowadzącą w ledwo, zupełnie się rozmijając. Mimo najszczerszych chęci nie potrafiła dostrzec innej możliwości uważając swój wybór za najlepszy. Jej nadzieja na to, że ta wersja zdoła przekonać i uspokoić Hunta była nieprawdopodobnie duża.
- Hunt, już nie chcę rozkładać noży. Możemy iść wreszcie zagrać, jak facet z facetem?! - no tak, ich chwile bycia sam na sam zostały bezwzględnie policzone już wtedy, gdy właściwie dopiero zdołały się w ogóle zacząć. Ledwo wymienili kilka zdań, a już przy boku Huntera na powrót stanął Kai - Kai poirytowany, Kai znużony i Kai mający jasno wytyczony cel. Zapewne bezpośrednim fundatorem wszystkich tych negatywnych emocji była kłótnia z siostrą przy komodzie z zastawą stołową, a raczej sowita porażka jaką w niej odniósł. Wniosek ten był wyjątkowo prosty do wysnucia bowiem to Gigi krążyła teraz wokół prostokątnego stołu i z ogromną precyzją układała te bardziej średnie noże przy każdym niezajętym jeszcze miejscu z niepozornym acz widocznym półuśmiechem tryumfu, który raz po raz wkradał się na usta dwunastolatki. Kto wie, może mała dziś Gigi McNulty w przyszłości zostanie wielkim dekoratorem wnętrz?
- O nie nie nie! Nie będzie teraz żadnej konsoli! Teraz jest czas na kolację! Z rodziną! - najwidoczniej dziewięciolatka prześladował dziś wyjątkowo intensywny, synchroniczny pech, ponieważ dokładnie w tym momencie, gdy wystosował do przyrodniego brata kolejną już propozycję wspólnej rozgrywki, w jadalni zjawiła się jego mama z pierwszym potężnym talerzem wypełnionym po brzegi potrawą, której wspaniały aromat w mgnieniu oka rozniósł się po pomieszczeniu.
- Mam z nim ostatnimi czasy straszny problem. Najchętniej jadłby ciastka i chipsy na śniadanie, obiad i kolację. - pani McNulty zwracająca się teraz głównie do Lii i Huntera, przeniosła swój wzrok na najmłodszego syna kręcąc głową z niezadowoleniem i mierzwiąc jego czuprynę podkreślając tym samym niesforny charakter chłopca. Po wypowiedzeniu tych słów odwróciła się na pięcie by ponownie udać się do kuchni i wrócić tu lada moment z kolejną porcją... No właśnie, czego?
- A na kogo to tak brzydko skarży się mama? - Lia zwróciła się do Kaia i wykorzystując ten krótki moment, kiedy jego koncentracja została skutecznie obniżona przez rodzicielkę oraz to, że stał do niej odwrócony plecami, pochyliła się nieco by objąć go ręką w pasie i poderwać ku górze. Kai (mimo zamiłowanie do węglowodanów) był chłopcem drobnym, o przeciętnym wzroście więc nie stanowiło to większego problemu. Na całym pierwszym poziomie posiadłości rozległa się iście wybuchowa mieszanka chłopięcego pisku oraz śmiechu. Drobne wyrazy radości były ukojeniem, były niezniszczalną tarczą, która wytrwale odpierała ataki okrutnych obrazów i równie okrutnych słów pragnących rozpościerać się teraz przed oczami dziewczyny. Lia okręciła się kilkakrotnie wokół własnej osi ze sporą prędkością tym samym fundując chłopcu istną przedposiłkową karuzelę - wspaniałą zapowiedź rewolucji żołądkowych!
- To było ekstra! A umiesz robić samolot na rękach? - zapytał natychmiast Kai, kiedy został bezpiecznie odstawiony na podłogę z na nowo powracającą radością ze swojego dziewięcioletniego życia.
- Obiecuję Ci, że zacznę chodzić z Huntem regularnie na siłownię i w następne święta zrobię Ci taki samolot, że nie zapomnisz go do końca życia! - odrzekła do chłopca w odwecie za całą otwartą krytykę, którą w przeciągu ostatniej godziny raz po raz wymierzał w jej kierunku, rozpoczynając od braku niezbędnych do życia umiejętności, a finiszując na paskudnym guście muzycznym. Oczywiście zwiastowało to nic innego jak wojenną ścieżkę - skoro tak właśnie przedstawiała się wojenna ścieżka...
- To chyba już wszystko. - w całym tym rozgardiaszu, który na kilka chwil przysłonił jadalnię do tej pory wyróżniającą się nienagannym spokojem, nawet nie spostrzegła, że stół zapełnił się znacznie bardziej niż jeszcze chwilę temu, a teraz mama Huntera ukazała się tu z ostatnim już naczyniem. Jeszcze raz spojrzała na swoje dzieło bardzo krytycznym wzrokiem w ten sposób zapewne oceniając czy przypadkiem o czymś nie zapomniała.
- Hunter, kochanie, miałam Cię pytać już wcześniej, ale wyleciało mi zupełnie z głowy. Kiedy wróciliśmy z zakupów widziałam na drzwiach Twojego samochodu duże zarysowanie. Miałeś ostatnio jakiś wypadek, synku? - kobieta utkwiła zatroskane spojrzenie w najstarszym synu, a Lia to swoje zdecydowanie opuściła, rozpaczliwie jako obiekt intrygujących obserwacji wybierając dzbanek wypełniony sokiem. Cóż za piękny odcień pomarańczu! Taki żywy... Taki przywodzący na myśl najbardziej tropikalne rejony świata... Taki... Zdarzenie na parkingu przed centrum handlowym zdecydowanie nie miało ujrzeć światła dziennego tak szybko, a już na pewno nie w taki sposób!
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2021-01-14, 22:44


Podczas gdy kłamstwo jako metoda rozwiązywania tych najtrudniejszych problemów zdecydowanie nie wpisywało się w modus operandi Lii Bennett, to już jej tak zwana druga połówka, życiowy wybranek oraz przyszły mąż, zdawał się mieć zdolność płynnego fałszowania rzeczywistości w przysłowiowym małym palcu.
Prawdę (jakże ironicznie) bowiem mówiąc, Hunter McNulty kłamał niczym z nut. Okresami wręcz nałogowo. Nauczył się to robić, bo musiał. Ale kontynuował, ponieważ niejednokroć tak właśnie było łatwo. Przetrwać. Wygrać. Albo coś zdobyć.
Kłamał bez mrugnięcia okiem. Kłamał matce i przyszłej żonie. Kłamał rodzeństwu ("och, dorosłość wcale nie jest taka straszna!"). I kolegom z drużyny, na przykład na temat tego, ile wysiłku i czasu należy włożyć, by wyhodować posiadaną przezeń samego muskulaturę (to pierwsze zaniżał, to drugie zawyżał, kompletnie pomijając przy tym fakt, że nie raz posiłkował się najróżniejszymi odżywkami - także tymi, które bynajmniej nie były dostępne ot tak, bez recepty, w pierwszej lepszej aptece lub sklepie ze zdrową i organiczną żywnością). Kłamał sponsorom. Wykładowcom. Dziennikarzom z mniejszych i większych magazynów sportowych, studenckich gazetek i wirtualnych portali poświęconych chwałom futbolu.
Najsprawniej zaś i najczęściej kłamał przy tym oczywiście... Sobie, a jakże.
Prosto w twarz, każdego ranka - ocierając gorące krople wody po porannym prysznicu z zaróżowionego wysiłkiem podczas biegu o świcie karku, wklepując w policzki mgiełkę drogiego płynu po goleniu, zaczesując gęste kosmyki ciemnych włosów nad gładkim, wysokim czołem.
Jakim więc problemem było skłamać ponownie?
Żadnym.
W tym konkretnym wypadku pewnie zresztą, och, ironio!, ku uciesze, a przynajmniej ku uldze Lii Bennett.
- Hm? - zasiadłszy na swoim stałym miejscu, po lewej stronie od siedzącej u wezgłowia stołu matki, ale z nowym dodatkiem do rodzinnego kompletu - w postaci narzeczonej, oczywiście - po swojej prawej, Hunt jak gdyby nigdy nic wyciągnął mocne ramiona po półmisek z pieczonymi ziemniakami zazłoconymi apetycznie w piekarniku i przesypanymi sowitą porcją kminku. Co, jak co, ale kulinarne wyczyny jego rodzicielki nie zawodziły - zwłaszcza od momentu, w którym Pani McNulty zyskała wreszcie czas, by z zagonionej samotnej matki karmiącej jedynego syna głównie gotowymi posiłkami i płatkami na mleku, od święta zaś nuggetsami w kształcie dinozaurów i surówką coleslaw (ukochanym zestawem małego Hunta), przemienić się w kreatywną i zorganizowaną panią domu, co i rusz zachwycającą pozostałych domowników swoimi wariacjami na temat jednego z wielu przepisów Marthy Stewart albo innej Julii Child. - Masz na myśli to wnieconko na bocznych drzwiach pasażera, mamo? - mimo chęci, by to niezwłocznie uczynić, quarterback wiedział, iż podchwycenie w tym momencie wzroku swojej dziewczyny pewnie nie przyniesie im żadnego dobrego efektu, porzucił więc te próby i zamiast tego puścił oko do przyglądającej mu się uważnie znad pustego jeszcze talerza Gigi. - To nic takiego, wygląda o wiele poważniej niż się tak naprawdę prezentuje w rzeczywistości, wiesz? Rozmawiałem już z chłopakami z warsztatu, wygładzą mi to za jakieś dwieście dolców, nie ma problemu... - pociągnął bez najmniejszego zacięcia, choć chłopcy z warsztatu tak naprawdę zaśpiewali nie dwieście, a osiemset dolarów, przestrzegając do tego sportowca, iż równie dobrze, w razie komplikacji w procesie, może skończyć się na przymusie przelakierowania całego pojazdu - A w ogóle to szalona historia. Kojarzysz ten objazd przy Cougar Mountain? Ten łukowaty, wiesz, który... - teraz sportowiec z miną niewiniątka pakował sobie na talerz hojny ładunek karmelizowanych marchewek z orzechami pekan i suszoną żurawiną - Wracałem tamtędy ostatnio ze zjazdu za miastem. Wiesz, takiego przedświątecznego spędu, na który nas wysyłają co roku z drużyną. No i wyobraź sobie... - Lia nadal wpatrywała się w naczynie z sokiem z taką intensywnością, jakby ten dzbanek rzucił na nią jakieś magiczne zaklęcie, nie pozwalające jej choć na sekundę odwrócić wzroku od obłości szkła wypełnionej pomarańczowym płynem. Hunt nie mógł nie uśmiechnąć się leciutko do tego spostrzeżenia - jak dobrze, że chociaż jedno z nich miało talent do kłamania! No, dobrze przynajmniej w tych konkretnych okolicznościach... - Jadę spokojnie, ale fakt, że był zmrok, więc dość niebezpieczna pora, nie więcej jak osiemdziesiątką, wszystko przepisowo... - Uprzedził zawczasu (znowu kłamstwo) - A tu nagle z krzaków wypada na mnie wielki dzik, okay? To znaczy nie na mnie, a na SUVa. I je... - połknął już wyrywające mu się z gardła onomatopeiczne "jeb!" dosłownie na sekundę, nim dotarło by ono do wrażliwych, niewinnych uszek jego młodszego rodzeństwa - Bum! Prosto w drzwi! - dla dodania dramatyzmu, teraz Hunt pacnął chochlą z sosem miętowym w wolny skrawek talerza. Kai patrzył na tę scenę niczym zaczarowany, pewnie wyobrażając sobie, że zielona maź to wnętrzności tego biednego, wyimaginowanego dzika z opowieści (albo może mózgi wrogów ścinanych, jeden za drugim, podczas wyczekiwanej rozgrywki na tej jego nieszczęsnej konsoli?) - Aż mnie zatoczyło, okay? No ale jest lepiej. Zatrzymałem się, sprawdzam tego dzika... A on nic. Mama, słowo honoru! - Jakiego honoru, Hunt? Straciłeś jakikolwiek honor w tej sytuacji w momencie, w którym wypuściłeś z ust pierwsze sylaby tego obszernego kłamstwa - Poderwał się, tylko na mnie łypnął okiem i zwiał. Mój samochód czeka naprawa, a ten skurczybyk chyba nawet nie zauważył!
Cała ta historia przydarzyła się zresztą naprawdę - Hunt przeczytał o niej kiedyś w wiadomościach podawanych przez lokalny portal plotkarski, w artykule okraszonym tandetną fotografią powiększonego do nienaturalnych rozmiarów wieprza wypadającego z krzaków z miną gniewną i zapowiadającą klęskę wszelkich kierowców. No, tylko nie jemu.
Czy miał więc zatem powiedzieć matce raczej prawdę? I co, i zamienić uroczą rodzinną kolację przy suto zastawionym stole, w ciągnące się w nieskończoność przesłuchanie, w które z pewnością zaangażowany zostałby nie tylko on sam, ale i Lia?
Nie było mowy. Absolutnie nie było mowy!
Jakże zatem łatwo można było usprawiedliwić to łgarstwo. Jak zresztą każde. Ilekroć Hunter nie kłamał, robił to przecież tylko i wyłącznie w dobrej wierze, czyż nie?
- Gi, trochę pobladłaś. Wszystko w porządku? - zapytał zaraz siostry, sprytnie zmieniając tory rozmowy na nieco bezpieczniejsze dla niego i Lii. Gigi nadal wpatrywała się w talerz zupełnie pusty - nie licząc liścia sałaty i kilku pomidorków koktajlowych zdobiących krawędzie porcelany.
- Twoja okropna opowieść zupełnie odebrała mi apetyt - odparła natychmiast mała królowa dramatu, chyba zresztą czekająca tylko niecierpliwie, aż ktoś wreszcie zwróci na nią należytą uwagę i wreszcie ją spyta, co się stało - Poza tym mama wcale nie ma racji, że jemy tylko ciastka i... To znaczy może Kai, ale nie ja. Ja odżywiam się...
- Nuuudy! - może i bezczelny, ale też w pewnym sensie rozbrajający w swoim brzmieniu głos Kaia powstrzymał monolog starszej siostry, nim ta na dobre rozkręciłaby się z opowieścią o węglowodanach, zdrowym żywieniu i innych rzeczach, które teraz zaprzątały jej wczesno-nastoletni umysł - I w ogóle nie masz racji. Ta opowieść Huntera była EKSTRA. Hunt, a przejechałeś kiedyś coś jeszcze? Bo tata mojego kumpla...
- Skarbie, nie teraz - tonem nieagresywnym, ale przepełnionym nieznoszącą sprzeciwu stanowczością Pani McNulty przywołała młodszego z synów do porządku - Jestem pewna, że Lia też nie ma ochoty wysłuchiwać twoich makabrycznych opowiastek nad talerzem z kolacją. Kochana, wszystko okay? Nie jesteś fanką pieczonych warzyw i kurczaka?
Fakt, że panna Bennett od kilku ładnych minut nie wmusiła w siebie choćby dwóch kęsów nałożonego na talerz jedzenia, nie umknął ani uwadze Huntera, ani też jego mati. Podczas jednak, gdy brunet - naiwnie i bez cienia wątpliwości łykając kłamstwo dziewczyny (niespodzianka, McNulty, nie Ty jeden grasz w tę grę przy owym pięknym stole!) - zrzucił odpowiedzialność za brak apetytu Lii na opóźnione działanie środków przeciwbólowych i rozkurczających, słynna kobieca intuicja wypełniła gospodynię o wiele trafniejszą czujnością.
- Może przygotować ci coś innego? Mam jeszcze ryż i brukselkę.... - Pani domu udała, że nie zauważa gestu wpychania sobie dwóch palców do gardła wykonanego teraz przez najmłodsze z jej dzieci - Albo może wolisz coś słodkiego? Chleb kukurydziany? Albo placek z dynią i syropem? Miał być na deser, ale może...
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2021-01-17, 21:18


Historia o zderzeniu z potężnym zwierzęciem słynącym z zamiłowania do łamania jednego z najpopularniejszych przepisów ruchu drogowego - przebiegania przez jezdnie w miejscach niedozwolonych - absolutnie nie mogła być powodem, który odebrałby Lii chęć na zanurzenie widelca w aromatycznej potrawie. Dziewczyna zdołała wytworzyć wewnątrz siebie ogromną odporność na tego typu urozmaicenia czy też po prostu wyhodować grubą skórę. Jakkolwiek nie zostałoby to nazwane, niemal całą zasługę za taki stan rzeczy należało z uwielbieniem przypisać przyjaciołom Huntera, w których głośnym gronie spędzali sporą ilość przerw czy to na uczelnianej stołówce, czy to na żywo zazielenionych już trawnikach podczas wiosennych, słonecznych dni. Gdyby tylko pani McNulty była świadoma co też potrafiło padać z ust chłopaków z drużyny z pewnością nie siliłaby się nawet na upominanie małego Kaia.
Mimo to miała pełne prawo wysnuć takie właśnie podejrzenie, gwoli ścisłości - jedno z dwóch podejrzeń. Podczas gdy Hunter zapoznawał rodzicielkę z realnym zdarzeniem, która na ten krótki moment stało się jego niesłuszną własnością, Lia wysłuchała go w zupełnej ciszy, nie wtrącając nawet najmniejszego komentarza gdzieś pomiędzy zdaniem o łukowatym objeździe a prędkością na samochodowym liczniku. Skoro już uwikłali się w kłamstwo, zdecydowanie bezpieczniejszym rozwiązaniem było przedstawienie wersji tylko jednej ze stron, od początku do końca, tym samym unikając mniejszych lub większych nieścisłości, które mogłyby wzbudzić silne podejrzenia. Biorąc pod uwagę jak ogromny wstyd i jak ogromne wyrzuty sumienia odczuwała ze względu na swój występek (uznając, że prawdziwą wersją jest ta o dwustu dolarach) czy raczej występ (uznając, że prawdziwą wersją jest ta o sumie czterokrotnie większej... ), pragnęła z całego serca by ten temat jak najszybciej stał się obłoczkiem dymu niknącym wśród powietrza.
Mówisz i masz, panno Bennett.
Choć o wiele bardziej współmiernie brzmiałoby Z deszczu pod rynnę, panno Bennett.
- Och nie. W żadnym wypadku nie potrzebuję niczego innego. - Lia zaprzeczyła z tak ogromną intensywnością i z tak ogromnym przekonaniem, że prawdopodobnie nikt w tym pomieszczeniu nie miał prawa zwątpić w jej szczerość. Tym razem przedstawiła rzeczywistość dokładnie taką jaką była naprawdę - nie będąc reprezentantką żadnych nurtów żywieniowych kompletnie nie miała nic przeciwko kurczakowi, pieczonym warzywom, plackom dyniowym ani nuggetsom w kształcie dinozaura gdyby to właśnie one zostały przed nią postawione. By nadać swoim słowom jeszcze większą wartość, nabiła na ząbki widelca jednego z pieczonych ziemniaków. - Właściwie to oddałabym wszystko by codziennie móc jeść takie właśnie obiady. Gdyby tylko zobaczyła pani co serwuje nam nasza uczelniana stołówka... - Lia zaśmiała się cicho już mając przed oczyma te wszystkie sosy o nienaturalnej konsystencji i kolorze oraz inne "cuda", które po rozkrojeniu okazywały się być zupełnie surowe, chociażby.
Dziewczyna coraz częściej odnosiła wrażenie, że aktualnie przechodziła przez wyjątkowo ostre stadium "szoku powypadkowego". Ofiary samochodowych kraks i upadków z wysokości kilka minut po zdarzeniu potrafiły wstać i jak gdyby nigdy nic, z bladym uśmiechem na twarzy stwierdzić, że "(...)przecież nic im nie jest!" , a niestety promienie rentgenowskie płynące wprost ze szpitalnych urządzeń ukazywały zdecydowanie przeciwny, fatalny obraz konsekwencji zdarzenia. Podobnie czuła się teraz sama Lia, która zaledwie kilkanaście minut temu orzekła, że będzie w stanie zjawić się na dole w nienaruszonym stanie, bez niepokojenia rodziny, lecz w momentach takich jak ten bardzo mocno zbaczała z kursu na drodze ku realizacji tego postanowienia.
Można było odnieść wrażenie, że odpowiedź ta w zupełności usatysfakcjonowała kobietę i na nowo pozwoliła jej odnaleźć ten matczyny spokój o czym świadczyć miał tor jaki lada moment przybrała pogawędka przy stole.
- Lia, kochanie, zastanawiałaś się już czym chciałabyś zajmować się po skończeniu studiów? Hunter wspominał, że na co dzień masz bardzo wiele obowiązków, ale może z jednym z nich wiążesz swoją przyszłość już teraz? - pani McNulty obdarzyła "przyszły rodzinny nabytek" spojrzeniem emanującym łagodnością i dobrocią, a uśmiech, który wykwitł teraz na jej ustach i który znajdował się w podobnej gamie emocjonalnej, a więc tej z przytwierdzoną etykietą "Ukazujące szczerość i sympatię", ciemnowłosa dziewczyna odebrała jako bezpośrednią zachętę do dłuższej wypowiedzi. Mimo że pytanie to należało do klasycznego zbioru informacji, które należy uzyskać od, w tym przypadku, wybranki ukochanego dziecka by przekonać się czy to dokonało trafnego wyboru, była na takowe w pełni gotowa.
- Widzisz, Hunti. Potrafię rozmawiać o czymś innym niż tylko o byłych dziewczynach. - i nim rzeczywiście głos w zupełności został przekazany Lii, pani domu zwróciła się jeszcze do najstarszego z synów wypowiadając to jedno zdanie ze sporym zastrzykiem kąśliwości, jak gdyby w ten sposób rzuciła mu znamienną rękawicę zapraszającą do pojedynku. Nie trzeba było długo czekać by wywołało to istną lawinę reakcji, która przetoczyła się przez jadalnię - zaraz za panią McNulty, Hunter mógł poczuć na sobie czekoladowe tęczówki narzeczonej, z których wprost płynęły słowa zamieniając się w jeden klarowny ciąg Czy Ty nakrzyczałeś na swoją mamę za ten niewinny żart, McNulty?! W tym samym momencie rozpoczęła także dogłębną analizę poziomu swojego szaleństwa skoro Hunter najwyraźniej obawiał się, że mogłaby mieć pretensje o przeszłość, kiedy to nie mieli jeszcze nawet pojęcia o swoim istnieniu...
- Mówiąc zupełnie szczerze, wciąż się nad tym wszystkim zastanawiam i rozważam różne możliwości. Chociaż na ten moment wiem czym na pewno nie chciałabym się zajmować. Jedną z takich rzeczy są na przykład sprawy rozwodowe. Nie wiem co pani sądzi na ten temat, ale mnie przeraża to, że ludzie którzy jeszcze kilka lat temu nie widzieli poza sobą świata nagle potrafią publicznie, w obecności obcych osób wydobywać wszystkie najgorsze cechy drugiej strony tylko po to by zyskać, nie wiem, samochód, mieszkanie? Okropność. A drugą rzeczą, z którą nie chciałabym mieć nic wspólnego jest stawanie w obronie ewidentnie złych ludzi. - Na przykład takich jak pani były mąż, Mark Cichuteńko, nienachalnie rozbrzmiała teraz zabłąkana myśl w głowie Lii. - Po prostu nie zniosłabym towarzystwa takiej osoby nawet przez pięć minut i sama rozszarpałabym ją gołymi rękami. Czyli jednym słowem mówiąc, kompletnie nie nadaję się do tej pracy. - kąciki ust brunetki znacznie uniosły się ku górze jako oznaka rozbawienia, co było bezpośrednim dowodem na to, że nieszczególnie odnajdywała w tym fakcie problem czy też zagrożenie dla swojej przyszłości.
Niestety, ale bycie wyznawcą romantyczno-idealistycznych koncepcji spoglądania na rzeczywistość wcale nie ułatwiało codziennności - upiększało na pewno, ale zdecydowanie nie ułatwiało. A bynajmniej nie w starciu z kierunkami myślenia, które narzucał dwudziesty pierwszy wiek, w osobistej opinii Lii bardzo zgubny w swojej nowoczesności i płynięciu z prądem. Ciągłe poszukiwanie wewnętrznego piękna w drugim człowieku kontra traktowanie tego człowieka jako produkt, który miał się dobrze sprzedać i to w zupełności wystarczało. Odrzucanie wszystkiego, co zawierało w sobie cząstkę zła kontra wyciąganie dłoni po to wszystko właśnie. Kult wartości moralnych kontra kult braku jakiegokolwiek kręgosłupa o tej samej nazwie. Zasady jako czynnik wyznaczający życiowe ścieżki kontra brak jakichkolwiek zasad.
Choć była w zdecydowanej mniejszości, do tej pory, niezmiennie i niezachwianie, nie wydarzyło się nic czemu udałoby się Lię złamać.
- Choć jest jedna drobna rzecz, której jestem pewna od kilku lat właściwie. Praca w fundacji. Jeśli tylko pojawiłaby się taka szansa... Nie zastanawiałabym się ani minuty. Póki co mam tego namiastkę na uniwersytecie, ale liczę na to, że w przyszłości uda mi się zaangażować w coś poważniejszego. - zakończyła, a każde ze słów, które w ostatnich minutach padało z ust brunetki było namacalną ilustracją pasji, zaangażowania i bardzo poważnego podejścia do tematu. Ponownie instynktownie sięgnęła po sztućce by już drugi raz nierozsądnie nie popełnić dokładnie tego samego błędu.
- Ale myślę, że już wystarczy tych opowieści, bo Kai zaraz nam tu zaśnie nad talerzem, co? - utkwiła wzrok w chłopcu siedzącym dokładnie po przeciwnej stronie stołu w stosunku do położenia Lii, Powracając do lekkiego, żartobliwego tonu rozmowy i wmuszając w siebie niewielki kawałek kurczaka dla zachowania wszelakich pozorów normalności.
- A nie! Ja też mam swoje zdanie w tym temacie! - odparł dziewięciolatek o dziwo nie sennie, a żywiołowo, z jak zwykle nie pozostawiającą złudzeń pewnością siebie. - Rodzice tego mojego kumpla, którego tata rozje... - znaczące, głośne chrząknięcie pani McNulty spowodowało, że chłopiec zboczył z torów swojej wypowiedzi na JEDYNĄ WŁAŚCIWĄ ścieżkę. W trybie natychmiastowym. - Rodzice Timmy'ego... - Kai z aktorskim tchnieniem wzniósł oczy ku górze, a ton głosu - poirytowany i zniecierpliwiony - aż krzyczał by już nikt więcej nie ważył się mu przerwać. - Rozwiedli się i uważam, że to jest super. A wiecie czemu? Bo Timmy dostaje teraz za każdym razem dwa prezenty na urodziny i na święta, a nie jeden! I dwa razy wyjeżdża na wakacje! - stwierdził Kai z nieznoszącym sprzeciwu rozemocjonowaniem po czym w pośpiechu umieścił sobie w ustach kolejny kęs potrawy (zapewne po to by uniknąć komentarzy pt. "Kai znów nie zjadłeś kolacji. Zamykam słoik z łakociami na kłódkę.")
- Kai na miłość boską! - mama Huntera najwyraźniej uległa właśnie poważnemu załamaniu nerwowemu o czym bez wątpienia świadczyło kilkukrotne pokręcęnie głową w geście niedowierzania oraz subtelne przytknięcie dłoni do czoła.
- I wiecie kim ja zostanę w przyszłości? In... Influ... Influse.. - gmatwał się kilkulatek starając się odgrzebać w bogatych zasobach pamięci to jedno właściwe i najwyraźniej bardzo kłopotliwe słowo.
- Influencerem, niezdaro! - z pomocą przyszła Gigi (choć pomoc nie jest tutaj adekwatnym określeniem), która wymówiła to słowo z odpowiednią wyższością jaka przystała ekspertce w dziedzinie social media i brakiem jakiejkolwiek pobłażliwości dla niedociągnięć brata.
- No właśnie, influsejerem! Już ćwiczę robienie idealnych selfie! Chcecie zobaczyć?! - chłopiec energicznie odsunął się wraz z krzesłem od rodzinnego stołu i na krótką chwilę zniknął z pola widzenia reszty bliskich. Swoje kroki skierował do jednego z pomieszczeń, a sama Lia nie miała bladego pojęcia czym ono tak właściwie jest choć sądząc po kolejnej reakcji pani McNulty, niczym dobrym. Wystarczyło kilkadziesiąt sekund by cała wesoła (prócz Lii) gromada mogła usłyszeć specyficzne uderzanie stóp o panele świadczące o niczym innym jak biegu. Kai powrócił z telefonem - telefonem swojej mamy. Kilka ekspresowych kliknięć drobnym palcem na sporych rozmiarów ekranie sprawiło, że lada chwila podszedł do Lii i Huntera, zatrzymując się u boku starszego brata. Ukazał się przed nimi folder z ostatnio wykonanymi zdjęciami, lecz na każdym pojedynczym kwadracie będącym miniaturą oryginalnych fotografii można było dostrzec tylko i wyłącznie podobizny Kaia. Chłopiec kliknął na jeden z nich, a przed studentami wyrósł TAKI oto obraz.
Brunetka znacznie zmniejszyła odległość dzielącą ją od narzeczonego w głównej mierze po to by móc zdecydowanie lepiej przyjrzeć się temu artystycznemu wytworowi, a kiedy już tak się stało... Po dłuższej przerwie będącej przykrą konsekwencją poszukiwania odpowiednich bombek na strychu, Hunt w okolicach swojego ramienia mógł usłyszeć kilka wiązek szczerego, niepohamowanego, dźwięcznego chichotu.
Nawet gdyby znała wszystkie sekrety rodziny McNultych... Nigdy nie zwątpiłaby w braterskie więzi pomiędzi Hunterem a Kaiem!
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2021-01-21, 22:20


Gdyby Hunter miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co wydarzyło się na strychu i co, w konsekwencji tego zdarzenia, działo się teraz w sercu i umyśle jego narzeczonej, uznałby określanie jej aktualnych popisów aktorskich jedynie efektem "szoku powypadkowego" za poważne niedoszacowanie. To, z jaką gracją i wiarygodnością dziewczyna robiła właśnie bowiem dobrą minę do bardzo, bardzo złej gry, bardziej niż zapewnienia, że czuje się dobrze, składane przez ofiarę poważnego zderzenia samochodowego, można było przyrównać chyba do...
...do tych dantejskich scen, o których Hunter czytał w podręcznikach do historii, w których to młodzi żołnierze trafieni szrapnelem potrafili przebiec pół pola walki z zawrotną prędkością i walecznym okrzykiem na ustach, ale za to... bez nogi.
Tak. Bo takie właśnie Lia sprawiała wrażenie - jakby wszystko było w porządku, a lekka markotność, z którą zasiadała do obiadokolacji, stanowiła tylko niewdzięczny rezultat lekkiej infekcji.
A nie dopiero co przeżytej traumy - w ślad za Hunterem i szesnaście lat po nim.
- Och, skończmy już z tymi formalnościami, kochana! - matka Huntera, tak trafnie połechtana szczerym w brzmieniu komplementem, który padł pod adresem jej kulinarnych popisów z ust Lii Bennett, pochyliła się w stronę dziewczyny, przez stół, sięgając po jej drobne dłonie (i pewnie trochę, w efekcie, komicznie, zważywszy na fakt, że Lia nadal trzymała w ręku nadzianego na widelec ziemniaka) - Jaka znowu pani? Mów mi Helen! Kto to pomyślał... Hunti! - żachnęła się, spoglądając na syna z lekkim wyrzutem, jakby to winiąc go, że nie dostrzegł wcześniej tego niedociągnięcia w komunikacji i nie skorygował go zawczasu - Że twoja przyszła... żona! Nowy członek rodziny! - podekscytowana, matka Huntera zamiast jednej długiej sentencji wyrzucała z siebie krótkie okrzyki, hybrydy wzburzenia, radości i niedowierzania - Nadal mówi mi per... "pani"?! Och, Lia, dziecko, tak być nie może!
Dopiero wymusiwszy na (chyba lekko zszokowanej tym rzutem entuzjazmu) Lii zapewnienie, że "tak, oczywiście, Helen, od tej pory już zawsze będę mówiła Ci po imieniu...", Pani McNulty puściła nadgarstki przyszłej synowej i opadła ponownie na krzesło.
Hunterowi zaś nie pozostało chyba nic, jak obserwować tę całą scenę ze słabnącym stoicyzmem i rosnącym niedowierzaniem.
Jasne, jego matka zawsze była dość... Wylewna, mówiąc delikatnie, w kontaktach z dziewczynami, które sprowadzał do domu i przedstawiał jako swoje koleżanki, randki, wybranki... Ale ta reakcja, a przede wszystkim - ta szczerość, z którą Helen McNulty, mistrzyni konwenansów, spoglądała na siedzącą po skosie od niej dziewczynę - zadziwiały nawet i jego.
- Mamo, błagam cię... - wciął się, sam już nie wiedząc, czy bardziej w reakcji na jej zaskakującą wylewność, czy godny członka radzieckiego wywiadu cios, zadany jego ukochanej pytaniem o przyszłość. Znał Lię zbyt dobrze by przypuszczać, że nie poradzi sobie z odpowiedzią sama, ale mimo wszystko instynktownie poczuwał się do obowiązku, by wziąć ją w jakąkolwiek obronę - Nie wolałabyś porozmawiać o czymś lżejszym, zanim wszyscy się podławimy tymi specjałami ze stresu? Na przykład o tym, czy w tym roku znowu grają "Kevina..." - rzucił, ale chyba zbyt późno, bo jego matka nie odpuszczała. Hunt pokręcił więc głową, a potem lekkim gestem otoczył Lię ramieniem - Cokolwiek Lia wybierze i czymkolwiek się zajmie, na pewno będzie w tym doskonała - zapewnił, nie zdając sobie nawet sprawy, że może tym niby-niewinnym stwierdzeniem wywierać teraz na dziewczynie niemałą presję. - Poza tym naprawdę ma jeszcze mnóstwo czasu na wybranie dokładnego kierunku...
Tak jak zresztą ja sam, chciał jeszcze dodać, ale finalnie ugryzł nie tylko wsuniętą do ust połówkę brukselki, ale i czubek własnego języka. Wszystko fajnie, lecz jednak zaczynanie rozmów o przyszłości właśnie teraz, gdy cały wieczór jak do tej pory przebiegał tak gładko, naprawdę nie było najlepszym pomysłem.
- Jest w tym jakiś sens... - rzucił, gdy jego młodszy brat - swoimi popisami skutecznie zresztą odwracający uwagę zgromadzonych od krępujących dywagacji o przyszłości - zniknął za załomem ściany - Influsejerzy nie muszą znać gramatyki i ortografii, aby odnosić sukcesy w swojej branży... - zażartował szeptem, na wszelki wypadek puszczając przy tym Gigi pojednawcze oko, by dziewczynka tylko przypadkiem nie pomyślała sobie, że żartuje z niej, a nie z małego urwisa pędzącego do nich teraz ze swoim elektronicznym albumem.
- No pięknie, pięknie, młody... - Hunt chwalił brata z pobłażliwym pół-uśmiechem na wypchanej wiktuałami matki twarzy długo i wylewnie. Aż do momentu, w którym na ekranie telefonu wymalował się zupełnie nieoczekiwany obrazek, upokarzająca pamiątka z tego roku, w którym Hunter Aaron McNulty został Misterem Juniorów Green Hill High.
Z jakiegoś dziwacznego powodu rosły rozgrywający jakby zmarniał teraz trochę, skurczył w sobie, spurpurowiał na twarzy i, utkwiwszy spłoszony wzrok w pustym już prawie talerzu, stał się jedynym domownikiem nie dołączającym do salwy śmiechu.

...

-Błagam cię. Nic nie mów - najedzony do granic ludzkiej wytrzymałości, rozprężony grzańcem, trzykrotnie pokonany przez młodsze rodzeństwo w zaciętej bitwie na planszy Scrabble i wciąż jeszcze rozpamiętujący w myślach spotkanie z młodszą wersją siebie uwiecznioną na cudem uchowanym zdjęciu, Hunter McNulty zamknął za Lią drzwi swojego dawnego pokoju i rzucił się na okryte fioletowo-złotą kapą łóżko - Jako moja przyszła żona, wybranka mojego serca... Obiecaj mi, że nikomu... Ale to nikomu nigdy nie powiesz... - korzystając z chwili nieuwagi dziewczyny, sprytnie wyciągnął rękę i zagarnął ją ku sobie silnym ramieniem - ...że... NOSIŁEM KIEDYŚ BIAŁĄ FEDORĘ!
Lia zdążyła chyba tylko krótko pisnąć nim Hunter skutecznie przykneblował ją czułym pocałunkiem.
Kochał swoją rodzinę - neurotyczną młodszą siostrę i nadpobudliwego braciszka oraz matkę o gestach i aktach tak teatralnych, jakby nigdy nie opuszczała desek jakiejś operetki - nad życie. I tak, możliwość spędzenia w ich otoczeniu paru przedświątecznych dni pachnących świeżym igliwiem i gorącymi jeszcze pierniczkami wypełniało jego (zazwyczaj raczej zimnawe) serce czymś na kształt ciepłego blasku...
A jednak znalezienie się z dala od wypełnionego stałym zgiełkiem salonu, sam na sam z Lią Bennett pod wyklejonym sportowymi plakatami sklepieniem sufitu, przyniosło mu zupełnie inny rodzaj ulgi i spokoju
Zazwyczaj... Choć trochę wstyd się przyznać...
Bał się zasypiać w tym łóżku. Tkwić w nim bezbronny, bezsilny, nieuzbrojony, tak podatny na atak, który miał nigdy nie nadejść - Hunt był przecież dorosłym już facetem, a Mark dawno wąchał kwiatki od spodu - ale którego jego uwarunkowane na to ciało nadal instynktownie obawiało się.
Dziś jednak miało być inaczej. Wróć, już było inaczej.
Zupełnie jakby obecność Lii działała niczym flara - jasny snop światła odstraszający demony przeszłości, przyczajone pod łóżkiem i pod krawędzią zasłony.
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2021-01-24, 22:39


Zapewne gdyby na innej płaszczyźnie wszechświata, w alternatywnej rzeczywistości, a więc takiej, która już w pierwszej sekundzie najoficjalniejszego z oficjalnych rozpoczęć życia przez Huntera McNulty'ego wytworzyła wokół chłopaka szczelną bańkę o, tylko z pozoru i jakże mylnie, wątłej, łatwej do unicestwienia otoczce, a w istocie tak hermetycznej, że nie miały tam dostępu żadne siły nieczyste, żadne obskurne, agresywne ręce ojczyma, rozgrywający zdecydował się wysnuć stwierdzenie jakoby Lia była uosobieniem promyka światła potrafiącym rozpędzić metaforyczne demony... Dziewczyna z całą pewnością obdarzyłaby ukochanego powątpiewającym spojrzeniem i kącikami ust wysoko zadartym ku górze, celowo dokonując interpretacji zbyt dosłownej, a wszystko to w akompaniamencie dwóch stwierdzeń: "(...)chyba oszalałeś" i "(...)przecież jestem kompletnym mięczakiem w tej kwestii." Lia nie była żadną chodzącą doskonałością choć może właśnie tego od niej oczekiwano ze względu na usposobienie Bennett, w wielu aspektach wciąż pozostając tą typową dziewczyną z opowieści o nieco sarkastycznym wydźwięku. Choć stojąc pośród grupy bliskich znajomych, tuż pod kinową tablicą multimedialną z aktualnym harmonogramem seansów filmowych, za każdym razem bez zająknięcia, z zupełną beztroską przystawała na propozycje obejrzenia horroru i rzeczywiście podczas trwania pokazu wydawała się być w pełni zaabsorbowana fabułą rozwijającą skrzydła na jej oczach dzięki ekranowym pikselom, tak kilka godzin później tylko i wyłącznie dzięki ciepłocie bijącej od ciała Huntera, poczuciu, że tutaj jest, była w stanie w ogóle zasnąć tej nocy. Kiedy przemierzali ulice Seattle porą, której zdecydowanie bliżej było do nocy aniżeli dnia, właściwie od tych pierwszych wspólnych wyjść (dobrze, może od piątego, ale tylko i wyłącznie dlatego, że ojciec o chwilowo wzmożonej nadopiekuńczości zadręczał ją mrożącymi krew w żyłach opowieściami by pobudzić w jedynej córce istnienie zasady ograniczonego zaufania) czuła się u jego boku bezpiecznie. A to pozwalało jej na coś najpiękniejszego - na bycie tu i teraz, nie za rogiem Pike Street, do której zaprowadził ich długi spacer, zastanawiając się niespokojnie czy właśnie tam nie rozgrywa się jakaś krwawa bójka, którą zdecydowanie powinni omijać szerokim łukiem; na dziecięcą wręcz radość; na niefrasobliwość. I wreszcie ten moment, przed którym zaledwie chwilę temu zamknęły się skalne wrota teraźniejszości, a otworzyły przeszłości, gdy ramię w ramię pokonywali odległość dzielącą ich od dawnej sypialni Huntera. Już się nie bała. Zbłądzenia, zajrzenia tam, gdzie zdecydowanie nie powinna była zajrzeć. To on poprowadził ją wprost do celu i nie było mowy o żadnych ślepych uliczkach.
Mimo całej nienawiści jaką chłopak panicznie lubił wymierzać we własną osobę - nienawiść uwarunkowaną strachem przed ukazaniem swojego bólu...
To on był jej światłem.
- Jeśli zaraz nie przestaniesz dramatyzować, to zawrę sojusz z Twoją ma... Z Helen i poproszę o przesłanie tego zdjęcia i na mój telefon! - odpowiedziała zdecydowanie i karcąco. Lia Bennett nie byłaby Lią Bennett gdyby w żaden sposób nie odniosła się do słów ukochanego uznając tym samym, że pewien incydent podczas kolacji nigdy nie miał miejsca. Stało się to w chwili, kiedy tylko odzyskała poczucie równowagi oraz stabilności po niespodziewanym upadku na łóżko rozgrywającego jak i możliwość zaczerpnięcia oddechu po równie zaskakującym, ale niesamowicie miłym pocałunku. - Zaledwie kilka godzin temu dowiedziałam się, że planuję wspólną przyszłość z... Uwaga, uwaga! Misterem Juniorów Green Hill High! Pozwól mi się poszczycić tym tytułem choć odrobinę. - brzmiała niewinnie choć była to niewinność bardzo iluzoryczna i zgubna. Tak naprawdę na horyzoncie już widniała aluzja ukazująca wypowiedziane słowa jako szatańskie wcielenie czułej uszczypliwości.
Wszystkie reakcje Huntera - te, nad którymi kontrolę posiadał jak i te, nad którymi tej kontroli nie posiadał - orbitujące wokół samego ubolewania nad istnieniem rodzinnej pamiątki czy też w postaci wkradającej się na policzki czerwieni, były niczym ten diabeł siedzący na ramieniu i uporczywie skłaniający do dalszych złośliwości. Bo przecież tak naprawdę absolutnie nie zamierzała wybitnie gnębić chłopaka w tej kwestii szczerze uważając, że gromadzenie takich oto wspomnień przez jego mamę było wyjątkowo uroczym ucieleśnieniem rodzicielskiej miłości. W tym wszystkim najbardziej bawiła ją potrzeba, zazwyczaj najsilniej wykazywana przez męską część społeczeństwa, posiadania nieskazitelnej reputacji. Dokładnie tak jakby nagle całą ludność świata przestał obowiązywać ten nieuchronny etap życia zwany błędami wizerunkowymi, w którym wstydliwie zmuszeni byli biegać bez kilku przednich, mlecznych zębów, w fryzurze koszmarnie skróconej przez rodzicielkę bądź też w zabawnych częściach garderoby, które niewiele miały wspólnego z byciem cool.
Lia z lekkością uniosła się do pozycji siedzącej, lecz był to tylko etap przejściowy przed dosięgnięciem miejsca, w którym finalnie zamierzała się znaleźć. Hunter ani się nie obejrzał, a ta z gracją usadowiła się na jego brzuchu, tak jak lubiła najbardziej. Dawało jej to poczucie choć chwilowej przewagi nad tymi sto dziewięćdziesięcioma sześcioma centymetrami żywej niesforności, ale i to nie trwało długo, bo cały tułów brunetki opadł ku dołowi tym samym szczelnie przylegając do szerokiej klatki piersiowej sportowca. Wtuliwszy rozgrzany policzek w przyjemny materiał drużynowego stroju w wydaniu świątecznym doszła do wniosku, że żadne słowo nigdy nie będzie wystarczajace by zilustrować poziom ulgi jaki poczuła w tym momencie. Aczkolwiek gdyby przed ich oczyma w cudowny sposób zmaterializowała się dziesięciopunktowa skala, to znacząco wykraczało ono poza ten limit. Błogo przymknięte na kilka sekund powieki okazały się być kolejnym punktem zapalnym dla myśli, które ponownie i niekontrolowanie zaczęły napływać do jej umysł i osiadać na nim niczym jesienna mgła - choć nie była ona tą ciężką, ograniczającą widoczność, przywołującą uczucie chłodu i zagubienia. Tym razem przyniosła ze sobą zamiar katowania sumienia Lii. Za wszystkie słowa wypowiedziane w przeszłości i w niewiedzy, w ferworze walki, w amoku kłótni, w owładnięciu wściekłością, bólem i zawodem.
Dlaczego taki jesteś, Hunt?!
Dlaczego tak się zachowujesz, Hunt?!
Zachowania niegdyś kompletnie nie mające nic wspólnego z racjonalizmem, nagle stały się wyjątkowo zrozumiałe i posiadające solidne podstawy ku wybronieniu.
Dłoń Lii niespiesznie oddała się wędrówce w nieznane i to szyja chłopaka okazała się być jej osobistym znakiem "Stop". Pomagając sobie w ten sposób lekko podsunęła się ku górze by jej usta mogły wybiec na spotkanie z krawędzią szczęki rozgrywającego, lecz dalece było temu do zwyczajnego muśnięcia, a zdecydowanie bliżej do wszystkich blasków wyrażenia przeciągły pocałunek. Ukrył się tutaj także ogromny przekaz, o którym Hunt nie mógł mieć pojęcia, ale nie zmienia to faktu, że takowy bardzo wyraźnie istniał. Nieme zapewnienie o tym, że poradzą sobie ze wszystkim na czele z Przepraszam. Za każde raniące słowo.
Była świadoma, że koniec końców nadejdzie dzień, w którym nie odnajdzie już drogi ucieczki przed negatywnymi emocjami wywołanymi dzisiejszym odkryciem (jak koszmarnie czuć się musiał sam Hunter skoro starał się je gubić przez kilkanaście lat!), ale wiedziała też, że chwila słabości pod żadnym pozorem nie może zniewolić jej dziś ani jutro, a już na pewno nie w obecności chłopaka.
- Przecież wiesz, że zawsze będę Cię kochać. W białej fedorze czy bez. Marudzącego, z czerwonym nosem wśród osmarkanych chusteczek. Z zapuchniętym policzkiem po wizycie u dentysty... To było super-romantyczne, prawda? Myślisz, że gdybym była facetem wszystkie dziewczyny w mieście chciałyby być moje?! - Lia uniosła głowę z klatki piersiowej Hunta w głównej mierze po to by tym razem podeprzeć ją na dłoniach, w ten sposób ponownie spoglądając na chłopaka z góry. Tajemniczy uśmiech czyhający na sportowca nie świadczył o niczym dobrym, ale był także bezpośrednim dowodem na to, że w głowie Lii zrodziła się niebezpieczna myśl. - Uwaga, teraz zamierzam Ci to udowodnić! Z moim telefonem jest chyba coś nie tak, Hunter... A wiesz dlaczego? Bo nie ma w nim Twojego numeru! Hunt, chyba wystaje Ci metka i wiesz co jest na niej napisane? Made in Heaven! - od pierwszej chwili rozpoczęcia turnieju mającego rozsądzić kto zasługuje na tytuł "Podrywacza idealnego" starała się zachować należną chwili powagę, która dodałaby jej animuszu jakim charakteryzować się musiał łamacz niewieścich serc... - Chyba muszę zadzwonić na policję, bo... Ukradłeś moje serce! Hej, Hunter. Czas zapłacić czynsz za mieszkanie w moim sercu! Dzwonili do mnie z nieba. Mówili, że anioł im uciekł. Nie martw się, nie powiem gdzie jesteś, Hunt. Umówiłbyś się ze mną po czymś takim, kochanie? -...lecz wypowiadając ostatnie już wersy należące do spektaklu rozgrywanego na deskach teatru, które parodiowała teraz powierzchnia ciała sportowca, nawet nie starała się powstrzymywać swojego własnego rozbawienia, które kumulowało się wewnątrz dziewczyny od dłuższego czasu. O ile sam Hunter zniósł to artystyczne przedsięwzięcie i nie został w wyrafinowany sposób pozbawiony ziemskiego życia ze względu na zbyt duży poziom zażenowana stężony w jego sypialni....
Aż do dziś nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie jak możliwym jest odnalezienie w sobie tak ogromnych pokładów siły w starciu z życiowym dramatem. Teraz już wiedziała. Siły definiowane były przez jednostki szczęścia ukochanego człowieka i chęć zatrzymania go przy tej osobie tak długo jak to możliwe.
Czuła w sobie tą powinność i tą odpowiedzialność.
- Poza tym... Jeszcze nie zdążyłam Cię o tym oficjalnie poinformować, ale mam zamiar po raz pierwszy wykorzystać mój prezent od Mikołaja i spuścić niezły łomot niebieskowłosej Peony. - Penny. Lia, wciąż tkwiąc w chwilowym zawieszeniu, tuż nad twarzą Hunta wypowiadała te wyrafinowane groźby zdecydowanie ściszonym głosem jak gdyby właśnie przekazywała mu jeden z głównych sekretów Centralnej Agencji Wywiadowczej. Choć oczywiście w zupełności zdradzała ją zbyt duża pewność siebie i zbyt szturmowy nastrój pobrzmiewający z dziewczęcego tonu.
Mów mi:-
MULTI:Brak
 



job
i wonder if i am a monster

feelings
or is it what it means to

and more
be a person?

hunter mcnulty
24 lata
196 cm
mieszka w Fremont

2021-01-27, 22:00


Te osoby, które miały pecha narazić się kiedykolwiek Hunterowi McNulty'emu jakimś gestem bądź czynem, zapytane o to, jak to jest ich zdaniem u quarterbacka z kwestiami emocji i odczuwania, pewnie bez chwili wahania odparłyby, że ten dryblas przecież nic nie czuje!
Pokręciłyby głową z miną wyrażającą święte oburzenie ofiary absolutnie, kompletnie niewinnej (co często, niestety, było zresztą dość bliskie prawdzie) i oddały się długiemu, dramatycznemu monologowi wyjaśniającemu, że przecież niemożliwe było, by ten potwór, to monstrum zrodzone z odżywki białkowej, chudego mięsa łososia oraz łez niewiast, którym złamało kiedyś serca, miało jakiekolwiek emocje. By odczuwał - ten Golem czyhający na bogu ducha winnych przechodniów w półmroku szkolnej czy uniwersyteckiej szatni sportowej, i przy pierwszej lepszej okazji wciągający ich stalowym uściskiem masywnych ramion między drzwiczki szafek - cokolwiek innego niż tylko żądzę niszczenia i upokarzania.
By się smucił, na przykład. By się rozczulał, wzruszał. By się martwił - no bo przecież o kogo lub o co może się martwić taki diabeł wcielony?! - i troszczył o innych. Ci, którzy nigdy nie widzieli Huntera poza imprezami, na jakich był zwykle pierwszy tak do osuszania kegów, jak i do dawania komu popadnie po pysku, poza meczami i związanymi z nich festynami, przerzucającego sobie na przykład Kaia przez ramię i urządzającego mu tak zwany helikopter nad młodą zielenią przydomowego trawnika albo trzecią godzinę znoszący popisy Gigi, prezentującej mu szóstą z rzędu interpretację najnowszej piosenki Harry'ego Styles'a, mieli zresztą prawo by zakładać, że sportowiec faktycznie nie posiada szczególnie rozwiniętej empatii.
I, tak ku prawdzie, Hunt niekiedy - spoglądając sobie w pociemniałe gniewem oczy w lustrze, które najbardziej na świecie pragnął po prostu roztrzaskać gołą dłonią w drobny, jebany mak - skłaniał się ku podzieleniu tej opinii na własny temat.
Może faktycznie był potworem? Może naprawdę nie czuł nic? Uszkodzony przez los, poturbowany nie tylko przez rozgrywających przeciwnych drużyn na wilgotnej od potu murawie, ale także, a może przede wszystkim, przez życie?
Tak. Taka interpretacja miała czasem sens. I czy nie to właśnie byłoby odpowiedzią na i jemu dudniące niekiedy w głowie pytanie...
Hunter, co z Tobą jest nie tak?
Ale w takim razie czym było to ciepło rozchodzące się po wnętrzu jego ciała - mniej więcej od punktu poniżej przepony, tam, gdzie Lia Bennett układała teraz swoje drobne dłonie - i mknące we wszystkie strony, wszystkimi splotami, wszystkie neurony i komórki wprawiając jakby w stan łagodnego, lecz żywego poruszenia?
No czym, do cholery? Oznaką niestrawności? Przejedzenia będącego typowym następstwem ucztowania przy prawie-świątecznym stole Helen?
Czym było to poczucie sprawiające, że głowę miał dziwnie lekką, a stopy dziwnie ciężkie? Ta miękkość otulająca mu ramiona i kostki, niemająca nic wspólnego przy tym ze skłębionym w nogach łóżka materiałem ciepłego pledu?
Czym? Oznaką błędu w systemie?
A może tym... jak Hunter McNulty odczuwał miłość i poczucie bezpieczeństwa?
Dziwne to było uczucie. Strasznawe, bo trudne do opanowania. Ale i narkotyczne przy tym. Takie, za którym zaczynało się tęsknić natychmiast, gdy tylko jego siła choć odrobinę zelżała.
Bo jeśli faktycznie tak było... I to, co teraz działo się z rosłym sportowcem było po prostu oznaką odczuwanych przezeń emocji...
To bezpośrednim ich wyzwalaczem nie mogło być nic innego... Nie, wróć. Nie mógł być nikt inny, niż oplatająca jego biodra szczupłymi nogami, pochylona nad nim, a co za tym idzie, łaskocząca go w nos i obojczyki kosmykami gładkich, gęstych włosów w barwie orzecha laskowego, dziewczyna o sercu bijącym za nich dwoje.
Mocno. Żywo. Zdrowo.
Nie tak jak jego własne.
- Gdybyś ty była facetem, to ja co... Byłbym laską?! - nastroszył się, wyrwany z krótkiego zamyślenia, nie mogąc puścić płazem tej skandalicznej sugestii roztoczonej przed nim właśnie przez Lię. To nie tak, że miał coś przeciwko kobietom (choć dziewczyny z Klubu Feministek University of Washington z pewnością miały na ten temat zupełnie inne zdanie) ale lubił, jakkolwiek źle to nie brzmiało, swoją męskość. I to nie tylko tą, którą przed każdym meczem z troską wsuwał w ochraniacz wąskich sportowych gaci, modląc się, by któremuś z jego kolegów nie przyszło do głowy potraktować go łokciem czy kolanem w ten święty rejon, w tę ziemię obiecaną między jego umięśnionymi udami. Używał tej męskości jak zbroi, zasłaniał się tym swoim hipermaskulinizmem przed potencjalnymi atakami ze świata. A więc nie - zapytany, czy chciałby się następnego dnia obudzić w ciele kobiety i spędzić w nim nawet czas tak krótki, jak raptem dwadzieścia cztery godziny, z pewnością stanowczo pokręciłby głową.
I nie przekonałaby go nawet obietnica fizycznej możliwości osiągania wielokrotnych orgazmów, której przecież natura oszczędzała facetom. - Błagam, Lia, pani mego serca... - "powalony" na łopatki przez popisującą się narzeczoną, Hunter zwijał się ze śmiechu do tego stopnia, że wkrótce na krawędziach jego dolnych powiek wykwitła lekka mgiełka łez rozbawienia. Pociągnął nosem, ocierając twarz wierzchem dłoni. Poważna Pani Przewodnicząca targana pierwszej klasy głupawką zarażała go śmiechem z każdą kolejną chwilą coraz bardziej niepowstrzymanie - Przestań, Jezu Chryste, proszę... Zrobię wszystko... - parskał śmiechem, zastanawiając się ilu z tych, tak sprawnie przytaczanych przez brunetkę i tak tanich jednocześnie frazesów, jemu samemu zdarzyło się kiedykolwiek użyć (na swoją obronę miał tylko fakt, że tyczyło się to czasów, w których był Misterem Juniorów Green Hill High, nie zaś szanującym się, dorosłym, poważnym studentem i sportowcem o wysokiej drużynowej pozycji) - Tylko przestań...
Wreszcie Hunterowi udało się wyzwolić spod słodkiego ciężaru Lii - łagodnie zepchnął ją z siebie i zwinął się na płaszczyźnie łóżka, wymownie chwytając się z obolały od śmiechu brzuch - a potem przyciągnąć ją do siebie z wyrazem rozbawienia i rozczulenia jednocześnie.
A więc to było to. To było to, prawda? To, o czym pisali w książkach. I to, odnośnie czego wszystkie te dziewczyny, których serca Hunt zmiażdżył, przeżuł i wypluł, porzucił gdzieś na poboczu w trakcie powrotu z treningu, były przekonane, że znajduje się poza zdolnością rozumienia bruneta.
Słowo na M. Sześć liter, dwie sylaby. Wyświechtane, nadużyte przez wszelkiego rodzaju artystów i pseudo-twórców.
Ale jak to nazwać inaczej?
Jak wysłowić to, co czuł teraz, z drobnym ciałem Lii obok swojego.
Opanowawszy falę śmiechu, Hunt pocałował narzeczoną w czoło, wcześniej odgarniając zeń czule długi, wężowy kosmyk włosów.
- Wspaniale, Lia... Bardzo się cieszę, że trafiłem z prezentem - w jego tęczówkach zabłysły teraz dwie psotne iskierki, zwiastuny faktu, iż zaraz odrobinę swojej ukochanej dopiecze - Ale może wolałabyś najpierw poćwiczyć na mnie, co?Tak na wszelki wypadek... - zasugerował, choć wiedział, że kto, jak kto, ale Lia Bennett z całą jej ambicją i samozaparciem, nie znosiła gdy poddawać pod wątpliwość jej umiejętności. Nawet te ledwie co nabyte... - Jutro z samego rana. Zrobię ci taki bootcamp, że rozważysz czy nie zerwać zaręczyn... Ale też położysz wszystkie te Peony... - żachnął się; co to w ogóle za imię?! - Na łopatki już na pierwszym treningu. Zgoda? A teraz chyba pora na lulu...
Ewentualnie na inne czynności.
Mów mi:achillo
MULTI:diler, detektyw, psychoterapeuta
 



job
Studentka/Przewodnicząca Samorządu Studentów

feelings
Be someone's sunshine

and more
When their skies are grey

Lia Bennett
23 lata
175 cm
mieszka w Columbia City

2021-01-30, 21:10


Fakt - nie teoria, nie przeczucie, a właśnie niemożliwy do zanegowania fakt - jakoby Hunter wśród życiowych meandrów niefortunnie nabył trudności w okazywaniu emocji (ze szczególnym uwydatnieniem słowa "różnorodne", nie tylko te okalające złość w różnych jej blaskach i cieniach... Choć głównie cieniach) nie był Lii obcy. Gdyby poddać to stwierdzenie szczegółowej, dogłębnej rozbiórce na czynniki pierwsze, to brunetka mogłaby nawet pokusić się o refleksję, że trzy dzielone razem lata pozwoliły jej najpierw uścisnąć z problemem dłoń, później wdać w nieśmiałą, niezobowiązującą pogawędkę, a następnie wznieść tę relację na wyżyny przyjaźni. Choć prawdę mówiąc była to przyjaźń z gatunku tych fałszywych i wbijających nóż w plecy, biorąc pod uwagę, że Lia pragnęła by w bliższej bądź dalszej perspektywie czasowej ten ulotnił się i już nigdy więcej nie wracał. Jednak nigdy, ale to przenigdy nie będzie w stanie sprawić to by nazwała ukochanego bezuczuciowym dryblasem czy tym bardziej monstrum, a każdą osobę, która ośmieliłaby się wysnuć taki oto bezwzględny wniosek w jej obecności z pewnością skutecznie sprowadziłaby na ziemię równie celnym uderzeniem w obszary dumy.
Nie jest to żadnym rewolucyjnym, prekursoskim stwierdzeniem na miarę dołączenia do grona wielkich laureatów Nagrody Nobla, ale tak wiele krystalicznego piękna kryło się za ludzką róźnorodnością.
To dokładnie tak jak gdyby zwizualizować jeden z najpotężniejszych mostów świata, perfekcyjną konstrukcję, która urzeczywistniła się dzięki grafitowi ołówka w dłoniach najzdolniejszych projektantów. Budził obawę - spoglądając w dół nie istniało tam nic prócz bezkresnych wód. Budził strach - odległość do drugiego brzegu była tak ogromna, co jeśli w trakcie trwania wędrówki jego struktura ulegnie załamaniu?
Po jednej stronie stali Ci, którzy nie bali się okazywać i mówić głośno o smutku, przygnębieniu, tęsknocie, bólu. Po drugiej stronie zaś były osoby podobne Hunterowi, uważające atuty powyższych za oznakę słabości, a więc tego, co należało wyeliminować z życia codziennego czym prędzej. Lecz to absolutnie nie czyniło ich gorszymi, wręcz przeciwnie, piękniejszymi.
Tak jak popularna przypowieść wyjęta wprost ze starożytnych kart mówiła, że należy porzucić całe wierne stado owiec by odnaleźć tą jedną jedyną, która zbłądziła ze wspólnej drogi, tak i tutaj jeden krok naprzód wykonany przez Hunta był cenniejszy niż sto takich wykonanych przez inną osobę w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Lia wierzyła w chłopaka bardziej niż w cokolwiek innego na świecie, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Dlatego mimo upływu trzech lat wciąż czekała, z niewyczerpalnymi pokładami cierpliwości i zrozumienia. Czekała na dzień, kiedy Hunter stanie przed nią i po raz pierwszy odważy się przyznać...
"Lia, najbardziej na świecie boję się, że..."
"Lia, czuję się źle, bo..."
"Jestem wściekły, bo..."
"Obawiam się jutrzejszego dnia, bo..."
Bo był tego wart.
Nie jest tajemnicą, że każde oczekiwanie potrzebuje choć chwilowych przebłysków nadziei by móc w nim nieustannie trwać i by czuć, że ma to sens. Jednym z takich czynników była pewność, że Hunterowi McNulty'emu nie są obce uczucia. Chłopak potrafił kochać, co do tego nie miała jakichkolwiek wątpliwości, bo czuła jego miłość (mimo że za jej plecami niekiedy działy się rzeczy, o których pojęcia nie miała). Czuła tę miłość za każdym razem, gdy dbał o to by bezpiecznie dotarła do domu po wieczornym zebraniu. Czuła ją, gdy po długich pertraktacjach wreszcie przystawał na propozycję obejrzenie filmu wybranego przez dziewczynę tylko dlatego by sprawić jej przyjemność, mimo że na portalu miłośników kinematografii posiadał zaledwie jedną gwiazdkę na dziesięć możliwych (i zazwyczaj po trzydziestu minutach okazywało się, że tak, mieli oni rację). Czuła ją, gdy dzień wcześniej wspominała przelotnie, że najbardziej na świecie pragnie by pojawił się teraz przed nią talerz będący wariacją na temat wszelakich możliwych rodzajów tostów, a o poranku, ku własnemu zaskoczeniu, Hunter stawiał je przed nią w ramach śniadanie mającego zagwarantować studentce energię na sporą część dnia (pewnie z jakimś wykwintnym, "ketchupowym" serduszkiem na rogu talerza, z którego śmiała się później przez najbliższe kilka godzin).
Nawet wtedy, kiedy ulegali pokusie kolejnej awantury, nie miało to nic wspólnego z nienawiścią czy wzajemną niechęcią jakby z pozoru mogło się wydawać. Jakkolwiek niewłaściwym i niezdrowym okazywaniem uczuć to było, może niekiedy po prostu nie potrafili poradzić sobie z ilością tego słowa na sześć liter, o dwóch sylabach, które wypełniało ich od wewnątrz, stąd to wszystko. Lia odnosiła wrażenie, że po każdej takiej sytuacji kochają się jeszcze bardziej, ponieważ niesie ze sobą pewnien pozytywny skutek uboczny - uświadomienie ile dla siebie znaczą i jak fatalnie wygląda rzeczywistość, gdy zabraknie w niej tej drugiej osoby.
Pozostaje więc zadać pytanie - czy tak zachowują się osoby, którym zależy na całym wielkiem niczym i które nie widzą niczego poza czubkiem własnego nosa?
Nie.
Bo gdyby tak właśnie było i serce rozgrywającego nigdy nie zostało stworzone do odczuwania miłości, a jedynie do woli niszczenia, to to należące do Lii również mógłby zdeptać i niedbale kopnąć czubkiem buta na pobocze. Teraz, zaraz. Miał ją, kochała go nad życie, czy mogłaby nadążyć się ku temu lepsza okazja?
A jednak tego nie robił.
- Poczekaj poczekaj! Czy Ty właśnie powiedziałeś, że rozważę... Zerwanie zaręczyn?! - brunetka, z której twarzy od dłuższej chwili nie znikał psotny uśmiech tym razem w mgnieniu oka spoważniała i nachmurzyła się choć oczywiście nie była to reakcja naturalna i niewymuszona, wręcz przeciwnie, przepełniona przesadyzmem tylko po to by nie mogła umknąć uwadze Huntera jako bezpośredni zwiastun "chwili grozy". W tym miejscu warto zaznaczyć, że stanowiło to dość niespodziewane następstwo słów sportowca - wbrew wcześniejszym przypuszczeniom ta nie nastroszyła się na jego haniebne podszepty sugerujące, że umiejętności Bennett były niewystarczające by rozprawić się z ukochaną koleżanką Hunta za czasów edukacji w miejscowym liceum. Te zeszły na drugi plan, a zastąpiło je... - Nie ma mowy, Hunt. Już nigdy się z nim nie rozstanę, choćby nie wiem co! Jest mój. - odrzekła z dumą i wyniosłością pobrzmiewającą z poszczególnych wyrazów po czym uniosła tę szczególną rękę w powietrze i dwukrotnie pomachała dłonią tuż przed twarzą rozgrywającego przez co dała mu do zrozumienia, że mówiąc "z nim" ma na myśli "z pierścionkiem". Z idealnym, brylantowym pierścionkiem stworzonym tylko i wyłącznie dla Lii, bo przecież... Uwaga, uwaga! Złoty Znicz bez nawet najmniejszego oporu otworzył się tuż przed Bennett tego pamiętnego dnia, a jak wszyscy wiemy zmuszenie okrągłej błyskotki do ukazania swojej zawartości jest procesem bardzo żmudnym i czasochłonnym (a przynajmniej tak właśnie tłumaczyła to główna zainteresowana jednocześnie karmiąc samą siebie pochlebstwami...). Jako natychmiastowe potwierdzenie swoich słów, z którymi nie należało się kłócić, wsunęła całe przedramię pod poduszkę by przypadkiem Hunterowi nie przyszła do głowy żadna podła kradzież, do której w gruncie rzeczy zbyt wielu okazji nie posiadał, biorąc pod uwagę, że Lia tylko sporadycznie rozstawała się z biżuterią. Kilkakrotnie skinęła głową twierdząco by zapewnić go o swojej determinacji na tym polu.
- Ale tak, bardzo podoba mi się taka wizja spędzenia poranka! Tylko wiesz co, Hunt? Myślę, że będziesz miał dwóch uczniów, nie jednego. Jeśli Kai dowie się o Twoim bootcampie... - bootcampie wybijania zębów, powiedzmy sobie szczerze. - To na pewno też zechce wziąć w nim udział. A Twoja mama nas za to udusi. - ramiona Lii zadrżały lekko w oznace rozbawienia. Nie trzeba posiadać wyjątkowo rozszalałej dalekowzroczności by wyobrazić sobie reakcję dziewięciolatka na wieść o możliwości nauki super-ciosów. Ogromna ekscytacja, jeszcze większy zapał i tytuł "Wzorowego ucznia" to chyba najlepsze z możliwych określeń po jakie mogła teraz sięgnąć. A w ramach rezultatów cotygodniowe wezwania do szkoły, ponieważ "(...)Kai postanowił przetestować umiejętności na swoich rowieśnikach".
Niezwykle trudno było opuścić miękki materac, który na tę krótką chwilę stał się ich arkadią, miejscem, gdzie rozbrzmiewał szczery, szczęśliwy śmiech o równie uzależniających właściwościach. Niezwykle trudno było stracić teraz z oczu postać Hunta, a jednak perspektywa spędzenia nocy w dziennych ubraniach nie wydawała się być szalenie komfortową wersją. Dzisiejszy dzień, pełen wrażeń zarówno szalenie pozytywnych jak i szalenie negatywnych, rzeczywiście mógł spowodować, że teraz, gdy wskazówki zegara skutecznie próbowały dosięgnąć najodleglejszej z możliwych cyfr, czy tego chciała czy też nie, mimowolne zmęczenie zaczęło brać górę nawet nad wszystkimi oznakami entuzjazmu. Prawdopodobnie właśnie dlatego aksamitność poduszki uległa znacznemu zwiększeniu podczas tych kilkunastu minut, a materac choć przecież był rzeczą martwą, jeszcze bardziej kołysał do snu.
Ostatecznie jednak udało jej się dotrzeć do łazienki przeznaczonej dla gości by na dłuższą chwilę skryć się pod intensywnym strumieniem ciepłej wody kojąco wypływającej z deszczownicy prysznica. Jednak nim to nastąpiło wcześniej najwidoczniej na powrót wstąpiła w nią duch "Poważnej Pani Przewodniczącej", kiedy to urządzała ukochanemu śmiertelnie poważny wykład pt. "Dlaczego nie powinniśmy zaszywać się pod prysznicem razem?" Aczkolwiek nie powstrzymało jej to chociażby przed ukazaniem Huntera jako ofiary nikczemnego psikusa swojej własnej narzeczonej. Wyraźnie słysząc jak krople wody rozbijają się o metalową podstawę kabiny próbowała (nieudolnie) zakraść się do łazienki tylko po to by przywłaszczyć sobie dowolną część garderoby chłopaka bądź też po prostu ręcznik, w ostatecznym rezultacie doprowadzając McNulty'ego do niemałej konsternacji kilka minut później. Mimo wyjątkowo lekkiego przemieszczania się w baletowym stylu, na opuszkach palców cały plan spełzł na niczym, bo kiedy już próbowała dosięgnąć upatrzonej rzeczy... Usłyszała wyraźny męski głos przedzierający się przez charakterystyczny szum, manifestujący "Nawet nie próbuj, Bennett" i najprawdopodniej kilka dodatkowych słów orbitujących wokół "(...)jeśli chciałaś oglądać mnie nago wystarczyło powiedzieć!", ale w tym momencie udała, że tego już nie słyszała.
Nie pozostało jej nic innego jak ogłosić kapitulację.
Po jakimś czasie ponownie znaleźli się na płaszczyźnie łóżka, tym razem jednak w pełni gotowi do snu, delikatnie okryci kołdrą i otuleni zapachem świeżej pościeli. Dość intensywne światło, które przez dłuższy czas dobiegało z prostej lampy klasycznie ulokowanej w samym centrum sufitu, teraz zostało zastąpione jedynie jego drobnym przebłyskiem wymykającym się ukradkiem spod klosza nocnej lampki. Atmosfera panującą w pomieszczeniu z żywej przeistoczyła się w uspokajającą, a z pomocą przyszła nawet wszechobecna cisza za oknem.
- Dziękuję, że mnie tutaj ze sobą zabrałeś, Hunt. Uwielbiam Twoją mamę, jest taka miła i tak bardzo się stara. A Kai i Gigi totalnie skradli moje serce! - stwierdziła, leżąc na lewym boku i tym samym z twarzą vis-a-vis tej chłopaka. Sięgnęła po dłoń rozgrywającego prędko odnalazłszy ją na materiale okrycia. Było to początkiem słodkiej anarchii, dlatego że postanowiła przejąć nad nią chwilową kontrolę. Ułożywszy ją na powierzchni poduszki, dziewczyna wtuliła policzek w wewnętrzną stronę w dalszym ciągu subtelnie zaciskając palce wokół przegubu. Monologi Lii przed zaśnięciem stały się już chyba małą tradycją - zazwyczaj wtedy, gdy oczy Huntera pozostawały już na wpół przymknięte, dziewczynę nawiedzał przypływ tajemnych mocy, które nakazywały jej rozprawiać o tematach egzystencjalno-głębokich.
- Myślisz, że kiedyś chcieliby nas odwiedzić? Mogłabym zabrać Gi do siebie i oddać wszystkie pamiątki związane z "One Direction". Z bólem serca oczywiście! Później we trójkę pójść na Twój mecz... Tylko głośno myślę, nie przejmuj się. - dziewczyna z oczami już znacznie owianymi senną mgłą i delikatnym uśmiechem na ustach w najlepsze oddawała się wszelakim dywagacjom.
Wystarczyło jednak chwila by w sypialni zaplanowała zupełna cisza.
Mów mi:-
MULTI:Brak
 
Wyświetl posty z ostatnich:   


Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 423 punkty
Dwudziestosześcioletnia wielbicielka zwierząt, która absolutnie nie ma ręki do opieki nad nimi. Bezrobotna panna, która przyjechała do Seattle zaledwie kilka miesięcy temu. Uwielbia śpiew i grę w rzutki. Kolekcjonuje ozdoby, co świetnie jej wychodzi, nie ma jednak talentu kulinarskiego. Jej największym marzeniem jest, aby nazwano kebaba jej imieniem.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 335 punktów
Czterdziestoczteroletni biznesmen, urodzony i wychowany w Seattle. Krążą pogłoski, że niedługo zostanie rozwodnikiem i wróci do gry jako świeżutki singiel. Łebski z niego gość, ale to nic dziwnego, skoro ma zapał do nauki. Odstresowuje się przyciskając gaz do dechy w swoim sportowym aucie lub popijając dobrą whiskey. Kocha podróżować.