kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Zobacz temat - Stolik I
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre
uwaga
Głosowanie w pierwszej edycji konkursu Dreamy Awards dobiegło końca! Z wynikami możecie zapoznac się w tym dziale.
uwaga
W związku z odświeżeniem wyglądu forum, wykonajcie twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.
uwaga
Jakiekolwiek problemy z działaniem forum prosimy zgłaszać bezpośrednio do adminów lub w odpowiednim TEMACIE.


Stolik I



job
straszę ludzi w Seattle

feelings
za pieniądze

and more
ktoś coś?

Dreamy Seattle
100 lat
210 cm
mieszka w Chinatown

2020-07-16, 13:54



Mów mi:Dreamy Seattle
MULTI:-
 



job
all the hardest, coldest people you meet

feelings
were once as soft as water

and more
and that's the tragedy of living

ellie atherton
27 lat
166 cm
mieszka w Belltown

2021-01-04, 21:35


ciuch

W nowym roku jedynym postanowieniem Ellie było tylko to, aby spędzać z rodziną więcej czasu. Dobra, miała jeszcze drugie - unikać za wszelką cenę Bastarda. Kiedy spotka go na ulicy - przejść na drugą stronę albo odwrócić się na pięcie i pójść w odwrotnym kierunku. Kiedy wpadną na siebie w klubie - natychmiast zasymulować chorobę i uciec do domu. Upewniać się, że wspólni przyjaciele nie zaprosili ich obu na jedną domówkę, kolację albo wieczór gier. Tak, zamierzała go unikać i wytrzymać w tym postanowieniu za wszelką cenę. Do długiej listy porażek nie chciała dodawać kolejnych, które jeszcze bardziej wpędzałyby ją w poczucie winy. I nie, wcale nie mam tutaj na myśli, że miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia względem niego. Czuła się źle sama ze sobą, że wciąż pozwalała mu sobą sterować i źle z tego powodu, że miał nad nią taką władzę, że tak bardzo okłamywała się, że nie czuje niczego i jest szalenie silna, a wcale nie była. I wiedzieli to wszyscy.
Przede wszystkim jej matka, której co prawda nie zwierzała się jakoś szalenie bardzo, ale raz po raz wspominała, że jej i Brejwiemu, ulubieńcowi pani Atherton nie było po drodze i już nigdy z pewnością nie będzie. Nie rozumiała tego albo nie chciała zrozumieć. Przytakiwała, a jednocześnie mówiła do Ellie a może jednak warto dać sobie drugą szansę?. Kłóciły się o to niejednokrotnie, bo blondynka bardzo nie chciała przedstawiać Bastarda w złym świetle, dlatego szczędziła szczegółów ich rozstania, zaś jej matka uważała, choć nigdy nie powiedziała tego głośno, że główną winowajczynią rozpadu związku była jej córa.
W każdym razie dzisiaj umówiły się na kawę. I ten jeden, jedyny raz Ellie przyszła na czas. Względnie na czas, bo spóźniła się tylko dziesięć minut. Wchodząc do środka, otrzepywała z ubrań śnieg i odwieszając kurtkę na stojak, zamarła w bezruchu. To jakaś pułapka? Umawiała się z matką, nie z nim, więc co do cholery tutaj robił? Tchnięta impulsem chciała zawrócić i wyjść niezauważona, ale wówczas usłyszała dźwięczne i śpiewne Ellie, którego nie dało się zignorować. Posłała matce wymuszony, wyraźnie niezadowolony uśmiech i z ociąganiem podeszła do stolika, jaki we dwoje zajmowali.
- Nie wiedziałam, że to tego rodzaju spotkanie. Jakaś interwencja, o czymś nie wiem? - zapytała, krzyżując ręce na wysokości piersi, gdy zamiast usiąść, stała nad nimi. - Och córeczko, spotkaliśmy się przypadkiem - odpowiedziała matka, uśmiechając się szeroko do Bastarda, zadowolona z jego towarzystwa. W przeciwieństwie do córki!!!! - Mogłeś odmówić. Potrafisz mówić nie - Ellie też zwróciła się do niego, zajmując wolne miejsce. - Uznałam, że będziesz zadowolona z towarzystwa, bo niestety ja zaraz muszę uciekać. Twój ojciec mnie potrzebuje - poinformowała, kładąc uspokajająco dłoń na dłoni córy.
Mów mi:diosmio#5379
MULTI:aviana
 



job
grafik

feelings
sometimes in my tears I drown

and more
but I never let it get me down

Brave Dastard
32 lata
185 cm
mieszka w Chinatown

2021-01-04, 23:22




Miał dość. Miał dość, kiedy wgapiał się w dziecięce oczy Elisabeth na zdjęciach i miał dość, kiedy ich właścicielka butnie wkroczyła do kawiarni, rzucając mu tymi oczami mordercze spojrzenie. Przejechał dłońmi przez oczy, bo przecież mógł się tego spodziewać, kiedy odezwała się do niego jej mama. Jezu? Nie rozumiał. Uwielbiał tą kobietę, uwielbiał atmosferę jaka panowała w domu Ellie (gdziekolwiek on nie był) uwielbiał zainteresowanie Państwa Atherton swoimi dziećmi, uwielbiał stosunek głowy rodziny do ich życia. Uwielbiał. Nie na tyle jednak, żeby chodzić z nią na kawki, nie oszukujmy się. Kiedy więc się odezwała do niego, mówiąc, że potrzebuje pomocy ze zdjęciami, i może mógłby jej z tym pomóc, jako że kiedyś pomógł Ellie w przygotowaniu najpiękniejszego prezentu dla rodziców jaki można by sobie wymarzyć, to… no nie mógł odmówić. Skąd ona, do cholery, wzięła jego numer? Siedział więc teraz jak idiota, pijąc herbatę, która mu nie smakowała i oglądając zdjęcia rodzeństwa Ellie, raz po raz słysząc komentarze, jeśli akurat trafili na zdjęcie jego księżniczki Atherton. – A spójrz tutaj, nadal pozostał jej tej uśmiech, prawda? Zaczepny, wie czego chce. O, tutaj jesteście we dwoje, skąd się ono tutaj wzięło? Spójrz, jaka szczęśliwa. Nadal ma ten błysk w oczu, kiedy patrzy… – kiedy patrzy na co? Na niego, na przykład teraz, kiedy właśnie tu wparowała i chciała go zabić? Przecież nic nie zrobił, boże. – Interwencja, tak. Tutaj małe zapoznanie z sytuacją, a za kolejnymi drzwiami czeka na nas ksiądz, który najwidoczniej udzieli nam ślubu. Faaaak… – naprawdę bardzo się powstrzymywał, bo nie byli nadal sami, ale nie miał siły. Nie miał. Miało być prosto, miał po prostu jej unikać, by nie usłyszeć znowu, że złamał jej serce. Nie potrafili funkcjonować ze sobą, nie potrafili obok siebie ani wtedy, kiedy jedno wiedziało, że drugie jest za ścianą, na drugim końcu klubu, albo po drugiej stronie stolika. Nie potrafili. Nie odezwał się więcej ani słowem, póki Pani Atherton się nie pożegnała i nie zniknęła za drzwiami. – Ty też już możesz sobie iść – odezwał się, zbierając zdjęcia, które leżały na stole, a to na którym byli oboje, jako pierwsze upychając na dno swojego plecaka. Powoli zaczynało w nim buzować, kolekcjonował wszystkie te emocje pozytywne i negatywne, które powoli przestawały się mieścić w jego głowie i sercu. – Jak to możliwe, że byłaś taka, a teraz… - podsunął jej jedno z ostatnich na stole zdjęć, ale zabrakło mu słowa. Nie dokończył.
Mów mi:damnjey#2152
MULTI:kaylee
 



job
all the hardest, coldest people you meet

feelings
were once as soft as water

and more
and that's the tragedy of living

ellie atherton
27 lat
166 cm
mieszka w Belltown

2021-01-05, 19:17


- Mamo - wycedziła niezadowolona przez zaciśnięte zęby. Mogłaby urządzić scenę w samym serce kawiarni, a wszyscy wokół by ich słyszeli, jednak nie chciała robić wstydu nikomu z nich. Chociaż kusiło... bardzo kusiło. Nie wierzyła, że to działo się naprawdę. Powinna wyjść, tupnąć nogą i ukrócić to, próbować uratować Bastarda? Jej matka zachowywała się jak dziecko w przedszkolu, które nie rozumiało, że ani Ellie, ani Brave nie są jej zabawkami. - Oczywiście, teraz po prostu wyjdź. Cudownie - prychnęła, siadając wreszcie na jednym z krzeseł, kiedy z kolei druga kobieta się stąd ewakuowała, jakby wykonała dzisiejszą misję na ocenę celującą. Odprowadziła ją wzrokiem, wiedząc, że to nie koniec i przez kilka długich sekund milczała, patrząc na bruneta.
- Teraz jaka? - nie musiała oglądać tych zdjęć, aby wiedzieć jak wówczas wyglądała. Była znacznie bardziej podoba to Lettie, chociaż nie łączyły ich żadne więzy krwi. Miała też twarz anioła, a teraz daleko jej było do tego określenia. Właściwie podejrzewała, że w piekle uszykowany jest specjalny kocioł z gorącą smołą tylko dla niej, a pilnował jej będzie diabeł przypisany wyłącznie do niej. Tak musiało być. To znaczy, gdyby w to wierzyła, to tak z pewnością to było. Była paskudna, grzeszyła, nie miała w związku z tym wyrzutów sumienia, więc miał rację... jak z takiego uroczego dziecka zmieniła się w taką hardą, pewną siebie kobietę? Czasami dla niego była wręcz buldożerem i cieszyła się tą rolą. Perfidnie go wykorzystywała, perfidnie raniła, a uroczy, mały człowiek na fotografii zdawał się nie przepowiadać takiej katastrofy. - Dlaczego nie powiedziałeś mojej mamie co tak naprawdę o mnie myślisz? Może wreszcie porzuci ten idiotyczny pomysł, żeby ponownie nas ze sobą połączyć - odsunęła zdjęcie ze złością, skrzyżowała ręce na piersiach i poprosiła kelnera o kawę. Taką na wynos najlepiej. Dużą i czarną, jak najszybciej, by nie musiała brać udziału w tej maskaradzie. No, nie chciała tutaj być i z pewnością nie chciała być aktorem w czyimś teatrzyku. Była zła na matkę i uważała, że ma ku temu absolutne prawo. Miała nawet zamiar pójść do rodziców i rozmówić się z panią Atherton, która tym razem, w mniemaniu Ellie, przesadziła. Czy ojciec w ogóle miał pojęcie co wyczyniała jego żona? To szaleństwo. - Ty idź stąd w cholerę i oddaj mi te zdjęcia, zwrócę je. Co to, kurwa, za szaleństwo? - pozbierała fotografie, urywki życia nie tylko jej, ale i rodzeństwa, a w również Bastarda, który niejednokrotnie przewijał się na obrazkach leżących na stole. - Nie wpadłeś na pomysł, że to zwykła zasadzka? Robiła to już niejednokrotnie. Wrzucała nas wspólnie w jakieś absurdalne sytuacje i wierzyła, że za pięć minut wparujemy do domu jak dwójka zakochanych szczeniaków - wywróciła oczami, wreszcie lekko się rozluźniając. - Może to sposób? Może powinniśmy pójść tam razem, wejść przez drzwi trzymając się za rękę i obwieścić jej, że do siebie wróciliśmy? Da nam spokój - żartowała, no ale... to nie było takie głupie, prawda? Fakt, że pan Atherton zdecydowanie nie pałał sympatią tak wielką jak jego małżonka do Brave'a, ale raczej nie planował go zamordować za złamanie jego córce serca. Chyba.
- Boże, przepraszam cię za nią - westchnęła ciężko. opadając plecami na oparcie krzesła. Co więcej mogła?
Mów mi:diosmio#5379
MULTI:aviana
 



job
grafik

feelings
sometimes in my tears I drown

and more
but I never let it get me down

Brave Dastard
32 lata
185 cm
mieszka w Chinatown

2021-01-06, 17:00


Nie czuł potrzeby uczestniczenia w tej rozmowie. Po co? Po co to wszystko było? Do czego ich to prowadziło, skoro nie potrafili wytrzymać w tym jednym postanowieniu, by trzymać się z dala od siebie? Albo potrafili, ale jednak opatrzność rodziców, a zaś innych wpadek sytuacyjnych, skutecznie im to uniemożliwiała. Przysłuchiwał się krótkiej wymianie zdań między matką i córką. Jezu, nie mieli po siedemnaście lat, no co ona? Kiwnął głową na pożegnanie i na nie szybkie do zobaczenia, a do Ellie pokręcił głową. Nie widział sensu w podejmowaniu tematu, bo ileż można? Wałkowali ciągle to samo – jedno drugiemu wbijało szpileczkę, drugie odbijało piłeczkę, aż w końcu przesadzali – robili to zawsze i zrobiliby i teraz. Złościła się, odpychała zdjęcia, a on miał ochotę tylko i wyłącznie to zakończyć. Koniec. Powinien wyjść i nigdy więcej do tego nie wracać. I powinien jej nagadać. Chciał, bo przecież i tak miała go za człowieka bez serca, więc co by mu szkodziło pokazać, że mógłby uderzyć mocniej? Czy wtedy odsunęłaby się od niego bardziej? Ale nie mógł, bo a) ta gra szybko by się skończyła, hehe, a b) nie potrafił. Bo to przecież nigdy nie było tak, że celowo ją krzywdził, nie? Nie, w życiu. Naprawdę, kurde, starał się być najlepszą wersją siebie. Może w końcu czas dojrzeć do pewnych decyzji? Do takiego unikania, o jakim ciągle mówili. Do całkowitego wymazania jej imienia ze swojego słownictwa i próbie wymazania jej twarzy ze swoich myśli?
- Wystarczy, Ellie, wystarczy – fuknął nagle, niespodziewanie, nieco za głośno, zwracając na nich uwagę ludzi dookoła. Starbaksy eh, jak zwykle tłoczne. Pochylił się nad stolikiem, wlepiając w nią swój wzrok, kiedy dostała w łapkę ciepłą kawę, a zaś oparła się obrażona o oparcie krzesła. – Mam dość. Poważnie. Mam dość tego cyrku. Nie obchodzi mnie, co jej powiesz, mam to gdzieś. Z nimi też już nic nie powinno mnie łączyć, a zobacz, co my robimy – rozłożył bezradnie rączki, wskazując ruchem głowy to na nią, to na siebie. – Widzisz mnie i się wkurzasz. Widzisz, i od razu zaczynasz atak, zawsze, ZAWSZE – wycedził przez zęby. – Skończyliśmy to wszystko, żeby było łatwiej. Miało być łatwiej. A jest tak? – nie było. Wtedy przynajmniej mogli się godzić. Teraz jedynie dolewali oliwy do ognia. Zbierał w tej chwili te zdjęcia jak jakiś głupek. – Nie, obiecałem jej, że wrzucę w komputer i poprawię jakość tych… – okej, zerknął na Ellie. – Wcale tego nie potrzebuje, prawda? – mógł się od razu domyślić. Tak bardzo jak tę kobietę lubił, tak mocno jej teraz nienawidził. I nie miał humoru dziś. Nie miał go taaaak mocno. – Naprawdę myślisz, że to pomoże? – wiedziała, że nie, musiała wiedzieć. Choć może? – Ma przestać. Po prostu ma przestać – pewnie prosiła o to już nie raz, ale co innego mógł powiedzieć, kiedy… łał, przeprosiła go. Co z tego, że przepraszała za kogoś - tego słowa nie można było na co dzień od niej usłyszeć. Uśmiechnął się. Leciutko, ledwie co, ale się uśmiechnął. – Boże, jak ja bym chciał od nowa cię poznać. Jeszcze raz – albo powinien powiedzieć, że dopiero teraz? Nie żałował żadnego momentu ani żadnego wspomnienia, te złe to TEŻ byli oni, a on pewnie wróciłby do każdego jednego momentu, w którym była jego, ale… czy teraz, kiedy byli o te kilka lat starsi zrobiliby coś inaczej?
Mów mi:damnjey#2152
MULTI:kaylee
 



job
all the hardest, coldest people you meet

feelings
were once as soft as water

and more
and that's the tragedy of living

ellie atherton
27 lat
166 cm
mieszka w Belltown

2021-01-11, 13:27


Ustalmy coś na samym początku: Ellie nienawidziła być spychana pod ścianę, ani do kąta. Nie znosiła kiedy ktoś jawnie ją atakował i nie dopuszczał do słowa. To przynosiło odwrotny skutek, uruchamiała się, nakręcała jeszcze bardziej, wściekała i zaczynała planować swój atak, jako forma pewnego rodzaju obrony. Inaczej nie potrafiła. Czy miała rację, czy kompletnie jej nie miała, nienawidziła przyznawać się do popełnionych błędów. A przecież robiła ich sporo. Może dzisiejsze spotkanie, to że siedzieli teraz razem w kawiarni pośród tłumu ludzi, nie było jej winą, nie ona je przecież zaaranżowała, jednak na sumieniu miała sporo innych rzeczy. Mniejszych i większych. Teraz czuła się obrażona, jak dziewczynka, stąd jej naburmuszona mina, gdy on mówił i mówił, nie chcąc przestać. Próbowała wejść mu w słowo raz: - No już... - ale nie pozwolił. - Przest... - jednak znowu jej się nie udało. - Kurwa - sapnęła wreszcie zrezygnowana, opierając się plecami o to niewygodne krzesło i pozwoliła wyrzucić mu z siebie wszystko, co tylko chciał powiedzieć.
A mówił rozsądnie, brzmiał racjonalnie i najpewniej miał rację. Raz po raz skinęła głową, bawiąc się kubkiem trzymanym w dłoni - nie porcelanowym, tym na wynos, bo przecież zamierzała się stąd jak najszybciej ewakuować, gdy tylko dostrzegła swoją matkę. - Co ja mam z tym zrobić, Brave? - wtrąciła się wreszcie pomiędzy jedno a drugie zdanie. - Chyba nie myślisz, że to wszystko zaaranżowałam JA? - uniosła brwi, kpiąc cicho pod nosem z takiego pomysłu. - Moja matka jest twoją fanką, wiesz o tym dobrze. Tłumaczyłam jej to na tysiące sposobów, a ona i tak próbuje tysiąc pierwszy i pewnie spróbuje tysiąc trzydziesty - wzruszyła obojętnie ramionami, wiedząc, że nie da się obok tego przejść niezauważonym i obojętnym. Blondynka mogła pokłócić się z "rodzicielką", używając najgorszych słów, których wcale nie filtrowała, a tamta i tak po chwili względnego spokoju planowałaby coś nowego.
- Masz rację - odstawiła kubek na stoliku, pochylając się nad nim lekko. W ten sposób nie dało się żyć, musieli wypracować pewnego rodzaju kompromis, inaczej prędzej niż później się pozabijają. - Wiem, że jestem trudna - słowa ciężko przechodziły przez gardło, dość niechętnie, ale wreszcie powiedziała to na głos. Owszem - ona także była winna. Była zła, pyskata i nie liczyła się z tym, że jej słowa ranią. - Przepracujmy to... nie wiem w jaki sposób. Jeśli ignorowanie nam nie wychodzi, to boże... spróbujmy się dogadać? - nie wierzyła, że im się uda. On pewnie też nie wierzył. - Możemy spełnić twoje życzenie i udawać, że poznaliśmy się tutaj, dzisiaj. Świeży start. Masz lepszy pomysł? - zapytała, wyciągając przed siebie dłoń, jakby chciała się z nim przywitać i mu przedstawić. IDIOCI.
Mów mi:diosmio#5379
MULTI:aviana
 



job
grafik

feelings
sometimes in my tears I drown

and more
but I never let it get me down

Brave Dastard
32 lata
185 cm
mieszka w Chinatown

2021-01-13, 22:27


Nie dał sobie wejść w słowo, bo wiedział, że jeśli to zrobi, to znowuż to jemu będzie ciężko ten głos odzyskać. Ellie potrafiła selekcjonować słowa jak nikt inny. Robiła to perfekcyjnie, a później strzelała nimi na oślep, idealnie uderzając nimi tam, gdzie wiedziała, że zakłuje najmocniej. Czasami jej słowa bolały tak cholernie, że był pewny, że wolałby dostać solidnego sierpowego w twarz, niż słuchać tego wszystkiego, zastanawiając się przy tym, czy robi to specjalnie? Czy naprawdę tak myśli? Czy po prostu jest wzburzona, albo czy po prostu chce tak mocno zranić?
- Oczywiście, że nie. Wiem, że nie chcesz tego tak samo mocno jak ja – czyżby? Starał się dostrzec na jej twarzy najmniejsze drgnięcie, mrugnięcie okiem, ucieczkę wzrokiem. Znał tę twarz jak żadną inną, powinien dostrzec… cokolwiek. Nie dostrzegł nic. Głupi, głupi, głupi. – Naprawdę myślisz, że to by pomogło? Jeśli dziś albo jutro wpadniemy do twoich rodziców, trzymając się za ręce i wyznając sobie przy nich miłość? – dałaby im wtedy spokój? Bo jeśli to miałoby w jakikolwiek sposób pomóc, to pewnie byłby w stanie to zrobić. Szczerze powiedziawszy, jeśli o udawanie chodziło, to Brave miał wrażenie, że taki performance wykonany w ich wydaniu, niestety, wcale nie musiałby być przez niego udawany. Nie mówił o tym głośno, nie przyznawał przed samym sobą – to nie byłaby gra. I być może dlatego machnął jedynie ręką, bo drugi pomysł wydawał mu się o wiele lepszy. Przysłuchiwał się jej słowom i mimo tego wszystkiego co mówiła – uśmiechnął się delikatnie na te (dla niego) najbardziej znaczące słowa. Jestem trudna. Miał ochotę pociągnąć ten temat, miał ochotę dodać coś zupełnie nieodpowiedniego, coś co mogłoby ją zdenerwować, co sprawiłoby, że zaraz zaczęłaby żałować tych słów. Z drugiej strony, zdawał sobie sprawę jak cholernie ciężko przychodziła jej podobna samokrytyka, więc… odpuścił. Rozumiał. On tez nie należał do najłatwiejszych osób. Przyglądał się jej dłoni, nie wiedząc czy robi sobie z niego żarty, czy nie? Jej słowa jednak też miały sens – próbowali, starali się, a skutek tego był gorszy niż opłakany. Może… może? Co innego im zostało? Wyciągnął rękę i uścisnął jej palce. Dopiero po dłuższej chwili kiwnął głową, uznając, że kolej na jego ruch w tej wymyślonej przez nią rozgrywce. – Brave – tak, IDIOCI, bo.. co dalej? Rozglądnął się dookoła, wzdychając lekko, a resztę tego, co jeszcze było na stoliku upchnął do plecaka. Miał dość tych ludzi, którzy i tak raz po raz na nich zerkali za te wcześniej podniesione głosy. Dość tego miejsca, które z każdym przybyłym klientem stawało się coraz to mniejsze. – Jedźmy stąd. Jedźmy… gdzieś – zdecydował za nich dwoje, od razu odsuwając swoje krzesło i wstając. – No chodź – kiwnął jeszcze głową, kiedy pewnie sama nie wiedziała co zrobić. Poszła za nim? Nie poszła? Na pewno poszła, bo kiedy wyszedł i zatrzymał się przed samochodem, ona do niego dołączyła. – Tylko czekali aż pójdziesz stopień wyżej i zaczniesz krzyczeć, tracąc wszelkie hamulce – wzruszył ramionami, niekoniecznie mówiąc to, na co to wszystko wyglądało, ale zaznaczając przy tym, że taki tłum ludzi absolutnie mu nie odpowiadał. Wrzucił plecak na tyle siedzenie. – Skoro mamy się dogadać, to możemy porozmawiać jak… przyjaciele? – test numer jeden, co brzmiało jak najlepszy żart z sekcji „Śmichy Chichy”. – Pojedziemy zjeść… – sam nie wiedział co. – …ciasto – o. Choć pewnie lepiej by było, gdyby pojechali na solidną libację.
  
Mów mi:damnjey#2152
MULTI:kaylee
 



job
all the hardest, coldest people you meet

feelings
were once as soft as water

and more
and that's the tragedy of living

ellie atherton
27 lat
166 cm
mieszka w Belltown

2021-01-15, 12:13


Miała trudny charakter, bez wątpienia. Nie filtrowała własnych słów, nie zastanawiała się nad tym jak zabrzmią i czy kogoś zranią, reflektując się po czasie, kiedy czasami było już za późno. Jednak nie demonizujmy jej, miała też dobre momenty. Podobnie jak siedzący obok brunet miewał te złe, gdy nie pozostawał jej dłużny. Także zdarzało mu się rzucać słowami na wiatr, niekoniecznie ważąc ich znaczenie i sens. Chociaż zazwyczaj to Ellie była prowodyrem kłótni, to w ich niegdysiejszym związku (jak i teraz) można odnaleźć dni, kiedy to on wyciągał ciężkie działa, zaskakując ją kompletnie.
- Nie wiem, szukam najgłupszych rozwiązań, które moja matka uznałaby za cudowne wiadomości - wywróciła oczami, wykrzywiając usta w grymasie, bowiem wcale nie było jej do śmiechu. Analizowała, zastanawiała się, kalkulowała i szczerze wątpiła, że jakiekolwiek podjęte przez nich działanie będzie miał głębszy sens i pójdzie prosto po wyznaczonych torach. Nie potrafili tak, wałkowali ten temat odkąd się rozstali, odkąd ponownie wróciła do Seattle, a i tak wciąż tkwili w punkcie zero. - Muszę porozmawiać z Sookie albo z Wrenem, może oni mają jakiś złoty środek na naszą matkę. Ja mam dość. Kocham ją całym sercem, ale widać, że nie łączą nas żadne geny - mruknęła, upijając łyk wciąż parującej, gorącej kawy. - Nieważne - machnęła ręką, gdy akurat zaczął się przedstawiać na co zareagowała cichym śmiechem. Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek, bo... serio?
- Dokąd chcesz jechać? Zwariowałeś? Znamy się dopiero... dwie minuty? - brnęła w tą grę, której wcisnęła start, a on rozpoczął pierwszą misję. Pewnie przegrają już na pierwszej przeszkodzie. - Nie powinnam rozmawiać z nieznajomymi, a tym bardziej wsiadać do ich samochodu - co oczywiście uczyniła, zapinając pas bezpieczeństwa. - To brzmi jak idealna ofiara dla seryjnego zabójcy - skinęła głową, wyciągając dłoń do radia, uruchamiając je. - Zabierz nas dokądkolwiek - suszi, wędzony węgorz, sernik albo zupa pomidorowa w barze mlecznym - wszystko brzmiało całkiem ok. Byle znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.

zt x2
  
Mów mi:diosmio#5379
MULTI:aviana
 
Wyświetl posty z ostatnich:   


Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, grudzień - 186 punktów
Czterdziestoletni wdowiec z czarnym poczuciem humoru. Z zawodu chirurg. Uwielbia eksperymentować i często zagląda do kieliszka. Metodą głębokiego oddechu stara się zapanować nad wybuchowym charakterem. Pedantyzm, słabość do młodszych kobiet oraz zamiłowanie do jednej konkretnej piosenki to tylko niektóre z jego zalet.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, grudzień - 105 punktów
Mężczyzna o wielu twarzach. Dwudziestopięcioletni aktor, kochający teatr. Ojciec samotnie wychowujący syna, oddany rodzinie, odpowiedzialny i wykształcony. Romantyk z brytyjskim akcentem, poliglota. Nie przepada za ignorancją i brakiem tolerancji. Jeżeli zaprosisz go na obiad, to nie dodawaj ostrych przypraw!