kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Zobacz temat - Amanda "Mandy" O'Hara
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre
uwaga
WEATHER ALERT! Ostrzeżenie przed burzami dla obszaru Seattle.Czytaj dalej.
uwaga
Powstało subforum o nazwie "Alternatywna rzeczywistość".Więcej tutaj
uwaga
Jakiekolwiek problemy prosimy zgłaszać do adminów lub w tym temacie. W razie kłopotów z wyglądem strony pomoże twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.


Amanda "Mandy" O'Hara



job
rehabilitantka, artystka-amator

feelings
próbuje przypomnieć Lance'owi

and more
dlaczego się jej oświadczył

Mandy O'Hara
31 lat
171 cm
mieszka w Phinney Ridge

2020-11-28, 21:17


about me

imie i nazwisko

Amanda O'Hara

pseudonim

Mandy

data i miejsce urodzenia

25 września 1989, Seattle

dzielnica mieszkalna

Phinney Ridge

stan cywilny

zapomniana nie-narzeczona

orientacja

hetero

zajęcie

rehabilitantka

miejsce pracy

ośrodek rehabilitacji w Seattle

wyznanie

ateistka

miejscowa

w seattle od urodzenia

my story
Rodziców prawie nigdy nie było w domu. Oboje już wtedy pięli się po kolejnych wysokich stanowiskach szybko rozwijającego się, międzynarodowego koncernu farmaceutycznego. Wieczne wyjazdy, delegacje, konferencje i wykłady - ledwo wracali z jednych, już szykowali się do następnych lub chowali się przede mną za kolejnymi projektami, komórkami, ekranami komputerów. Gdzieś między tym wszystkim nie mieli też czasu dla siebie nawzajem, tak prywatnie, poza pracą. Nic dziwnego, że nigdy nie doczekałam się upragnionego młodszego rodzeństwa, a pierwsze rozbite kolano i złamane szczenięce serce leczyłam u niań, opiekunek, kucharek. Ojca interesowało głównie to, jak się uczę i kim zostanę (bo przecież nie “chcę zostać”) w przyszłości, matkę - jak się prezentuję, ubieram, w jakim towarzystwie przebywam i w końcu kogo zaaprobuje na mojego przyszłego życiowego partnera. Na początku chyba robiłam im na złość - wykradając się z domu i szukając przygód poza ich wielką posiadłością. Podczas dziecięcych zabaw brudziłam nowe, drogie sukienki, wiecznie spóźniałam się na jakieś “bardzo ważne” kolacje, za głośno się śmiałam, a ich wszystkie nauki, nakazy i zakazy traktowałam z wielkim przymrużeniem oka. W końcu dotarło do mnie, że po prostu nie chcę skończyć tak, jak oni - wiecznie gonić za karierą, do życia podchodzić zawsze w stu procentach poważnie i pragmatycznie, zapominać o mniejszych, codziennych przyjemnościach. Nie pasowałam do nich, do naszego wielkiego domu. Sądziłam, że nie pasuję do całej najbliższej okolicy. Potencjalnych przyjaciół też wyglądałam więc wszędzie, byle nie tam, ale to w jednej z tych sąsiedzkich willi tak naprawdę w końcu przepadłam na dobre.

Judith była młodsza ode mnie o cztery lata (dla ośmiolatki, którą wtedy byłam to dużo), ale to ona skradła moje serce pierwsza, zanim udało się to jej starszemu bratu. Z pozoru nie wyróżniała się niczym szczególnym - zwykła, ciekawa świata czterolatka, która żadnego tematu nie mogła pozostawić bez pytania “a dlaczego?”. A jednak coś kliknęło. Może to, że nie była tak sztywna, jak reszta dzieciaków przyjaciół moich rodziców? Albo to, jak szeroki uśmiech potrafiła wywołać na twarzy swojego brata? Z jaką łatwością przyjęła mnie już tego pierwszego dnia, w swoim ogrodzie, do grona swoich najbliższych osób? To, co przytrafiło się jej rok później złamało mi serce chyba równie mocno, co jej najbliższej rodzinie. Ale chociaż wszystko mogło się wtedy zmienić, Judith jeszcze przez lata i tak pozostawała moją najbliższą przyjaciółką.

Uparłam się na szkołę publiczną, chociaż rodzice na każdym kroku (wtedy, kiedy akurat nie byli gdzieś w rozjazdach) próbowali mi wciskać kolejne zalety różnych prywatnych placówek. W końcu ulegli - pod warunkiem, że wybiorę sobie (po konsultacji z nimi oczywiście) kilka zajęć dodatkowych. Nauczyciel pianina sam zrezygnował po półtora roku, bo zamiast ćwiczyć z nim dokładne odtwarzanie jakichś starych nut, ja wolałam wygrywać ich własne interpretacje. Z drużyny pływackiej ojciec wypisał mnie sam, bo (chociaż lubiłam ten sport) miałam według niego zbyt słabe wyniki i w zbyt ślimaczym tempie je podnosiłam. Z tańca towarzyskiego wypisała mnie matka, bo nie podobało jej się, kto prowadził zajęcia. Ze spotkań kółka dyskusyjnego zbyt często się urywałam (z nudów), więc w końcu reszta grupy przegłosowała moje odejście. Tak naprawdę - ku przerażeniu moich rodziców - zainteresowały mnie jedynie zajęcia plastyczne. Mieli jednak dla mnie za mało czasu, a w zanadrzu zbyt słabe argumenty, by nagle jednak zmienić decyzję i przenieść mnie do bardziej prestiżowej placówki. Miałam jedne z najlepszych wyników w szkole, nauczyciele nie mieli ze mną praktycznie żadnych problemów i ku uciesze ojca i matki jeszcze przed rozpoczęciem liceum zaczęłam coś przebąkiwać o medycynie.

Posiadłość rodzeństwa Hargrove mimowolnie stawała się dla mnie praktycznie drugim domem. Po szkole i dodatkowych zajęciach to tam w pierwszej kolejności kierowałam swoje kroki. Początkowo głównie pomagałam w opiece nad Judith, bałam się opowiadać jej o tym, co być może utraciła już na zawsze, nie chciałam jej denerwować lub smucić. W końcu jednak to właśnie tym się dla niej stałam - małym okienkiem na zewnętrzny świat, na życie zwyczajnej, zdrowej, sprawnej nastolatki. Opowiadałam o szkole, lekcjach, głupich popisach chłopaków i o nowych ploteczkach krążących między uczniami. Chłonęła wszystko i cieszyła się każdym szczegółem w taki sposób, jakby była tam, ze mną i doświadczała tych wszystkich rzeczy. Przy niej odrabiałam prace domowe i na głos czytałam lektury. Jej jako pierwszej pokazywałam swoje obrazy, rzeźby i w końcu scenografie do szkolnych przedstawień. Ona jedna słyszała o moich wszystkich zauroczeniach. No… prawie wszystkich.

Ciężko powiedzieć, kiedy Gabe przestał być dla mnie tylko bratem Judith, a został dobrym przyjacielem. Jeszcze przed wypadkiem jego siostry? Czy może jednak dopiero po? W każdym razie szybko stał się jakąś taką nieodzowną, niezastąpioną wręcz częścią mojego życia. Być może połączyła nas niejako właśnie ona, przycementowała trochę naszą znajomość, ale tak naprawdę to my dwoje wykopaliśmy pod ten cement grunt. Rozmawialiśmy głównie o niej, ale nie tylko. Czas razem spędzaliśmy głównie przy niej, ale nie tylko. Mimowolnie szukaliśmy swojego towarzystwa również poza murami jego domu. Nie wiem, w którym dokładnie momencie dojrzałam w nim kogoś więcej, niż dobrego przyjaciela, ale potem jeszcze długo wodziłam za nim maślanymi oczami i wzdychałam po cichu, bo o nim jednym bałam się opowiadać Judith. Do dziś nie wiem też, dlaczego w końcu wybrał mnie, a nie tę Sherwood, ale wtedy nie miało to żadnego znaczenia.

Ostatnia klasa liceum przyniosła pierwszą, szczerą dumę rodziców (w końcu wywiązywałam się w dużej mierze bez zarzutu z umowy i na dodatek wybierałam medycynę!) i pierwsze, prawdziwie złamane serce. To nie było proste rozstanie, bo chociaż wierzyłam Gabe’owi, gdy zarzekał się, że nie chodziło o mnie, że to on ma wątpliwości, że to z nim jest coś nie tak (to ostatnie próbowałam mu wybić z głowy), to jednak w środku coś we mnie poważnie wtedy pękło. Wybrałam uczelnię bardziej oddaloną od Seattle, niż to początkowo zakładałam. Może i z czysto egoistycznych pobudek, ale wciąż chciałam być obecna w życiu jego i Judith i liczyłam, że odległość jakoś szybciej wszystko zaleczy. Do Seattle wciąż wracałam jednak na wszystkie mniejsze i większe święta, a także w każdy co drugi weekend. Dzwoniłam praktycznie codziennie.

Rodzice wciąż mi chyba nie wybaczyli, że na medycynę nie poszłam po to, by ruszyć ich śladem lub zostać chociażby jakimś wielkim, sławnym kardiochirurgiem. Od początku jednak miałam zupełnie inny plan na swoją przyszłość. Chciałam pomagać takim ludziom, jak Judith - dzieciom i dorosłym z porażeniem mózgowym lub innymi wadami, uniemożliwiającymi im normalne, codzienne funkcjonowanie. Chciałam pomagać im wrócić na nogi, codziennie być zaskakiwana ich ciężką pracą i postępami, być chociaż małą częścią ich szerokich uśmiechów. Zostanie rehabilitantką w Ośrodku Rehabilitacji podlegającym pod fundację pani Hargrove, matki Gabe’a i Judith, było moim pierwszym krokiem. Kolejnym - prowadzenie dla tych osób dodatkowych zajęć plastycznych i licytacji ich prac na rzecz fundacji. Kto wie, jaki będzie następny…

Na pogrzebie stałam z tyłu, chociaż serce pękało mi prawie tak mocno, jak najbliższej rodzinie znajdującej się tuż przy samym grobie. Kondolencje, które im wtedy złożyłam były szczere, ale jednocześnie mocno oszczędne w emocje. Nie płakałam, bo miałam wrażenie, że wylałam już z siebie jakiekolwiek zapasy łez już wcześniej, w samotności. Pan Hargrove uścisnął mi rękę i bardzo oficjalnie podziękował mi za przybycie. Pani Hargrove lekko mnie przytuliła, do ucha szeptała, że teraz musimy się trzymać, dla niej, a całą energię, którą do tej pory jej poświęciliśmy przelać teraz na inne osoby w potrzebie. Gabe stał sztywno, ale objął mnie mocno, nieco dłużej niż pozostałych żałobników. Tylko nic nie powiedział. Ja zresztą też nie. Jakby bez niej zabrakło już między nami słów. Jakbyśmy bez niej nie potrafili już odnaleźć drogi do siebie nawzajem. W kolejnych dniach, tygodniach, miesiącach Gabe odzywał się coraz rzadziej, ja coraz rzadziej próbowałam go gdzieś wyciągać, wpadać do niego, do kancelarii, do fundacji. Jakbyśmy całą naszą przeszłość i przyjaźń zakopali tamtego dnia, razem z Judith, pod ziemią.

W miłości zawsze miałam pecha. Nie jestem kochliwa, zazwyczaj potrafię odróżnić typowo szczenięce zauroczenie od prawdziwych uczuć, a kiedy się angażuję to po całości, więc nie mam może w swoim dorobku zbyt wiele różnych związków, a jednak w każdym z nich coś zawsze było nie tak. Jeden grał na dwa fronty, drugi miał problem z hazardem, trzeci był typowym wiecznym maminsynkiem. Nie wiem, dlaczego pomyślałam, że z Lancelotem będzie inaczej. Może w ogóle nie myślałam? Wciąż przeżywałam jeszcze żałobę po Judith i dwóch najbliższych mi przyjaźniach, więc potrzebowałam czyjegoś towarzystwa. Nie tylko dlatego jednak tak się zaangażowałam. Lance od początku złapał mnie za serce swoją wolnością, szczerością, otwartością. Ta artystyczna, bardziej szalona, spontaniczna część mnie zakochała się w nim już chyba od pierwszej chwili, a ta pozostała krok za krokiem podążyła za tą pierwszą. Nasz związek szybko przeskakiwał po kolejnych szczeblach, aż nim się nie obejrzałam, na moim palcu lśnił pierścionek, my mieszkaliśmy już razem, a do mnie powoli dochodziło, że chyba jestem w ciąży…

Nawet nie wiedziałam, że aż tak na to czekam, dopóki ginekolog nie potwierdził moich wcześniejszych domysłów. Tak, byłam w ciąży. Reakcja Lance’a nie była tak radosna, jak moja - wręcz przeciwnie nawet - ale jeszcze wtedy byłam chyba zbyt upojona dobrymi wieściami. Pochwaliłam się wszystkim - bliskim i dalekim, oznajmiłam całemu światu na instagramie, zaczęłam czytać książki i oglądać poradniki dla przyszłych mam. Lance’owi zaczęłam przebąkiwać już coś o wcześniejszym ślubie. Wciąż nie był przekonany do tego całego rodzicielstwa. Ja myślałam, że nic mi już nie zniszczy tej małej, cudownej bański, w której się znalazłam.

Poroniłam w dziewiątym tygodniu. Wiedział tylko Lance. Jeszcze przed chwilą prawie krzyczałam na całe gardło, że będę matką, teraz nie miałam siły, by to wszystko odkręcać. Poza domem udawałam, że wszystko jest okej, tylko w naszych czterech ścianach poddawałam się żałobie, smutkowi, w końcu nawet złości. Lance znosił to lepiej lub gorzej, ale w końcu i on pękł. Dziś nawet nie pamiętam, od czego tamtego dnia zaczęła się kłótnia. Ważne, do czego doprowadziła. Chociaż już wcześniej robiłam w tym temacie różne zawoalowane aluzje, wtedy po raz pierwszy wprost wyrzuciłam mu, że to jego wina, że od początku jej nie chciał, że to przez niego Jude nie żyje. On długo mi dłużny nie pozostał. Nie pamiętam, co się działo od momentu, gdy oznajmił, że ma dość, że odchodzi. Wiem, że rzeczywiście wyszedł, po drodze chyba nie mógł znaleźć kluczyków do auta, może trzasnął drzwiami. Potem już tylko jedna wielka, czarna dziura, aż do telefonu ze szpitala. Lance miał wypadek. Problemy z pamięcią. Powinnam przyjechać.

Przyjechałam. Pozbierałam się z podłogi, ogarnęłam i przyjechałam. Szczerze zmartwiona jego stanem, ale jednocześnie chowając za uśmiechem ulgi i łzami radości to, co stało się parę godzin wcześniej, zanim wybiegł z domu. To, co działo się już wcześniej. Do dziś nie powiedziałam mu o Jude. Wszystkim naszym znajomym w końcu musiałam się przyznać, że straciłam dziecko i każdemu po kolei kazałam obiecać, by o niczym nie mówili Lance’owi. Jest świeżo po wypadku i tak ma za dużo na głowie, po co dokładać mu jeszcze bólu, którego w tej chwili nie pamięta… Nie wiem, czego się spodziewałam… Że będzie prościej? Że przebywanie razem, moje zaangażowanie i miłość w mig naprawią wszystko to, co zepsuł ten nieszczęsny wypadek? Że jakoś złagodzę własne wyrzuty sumienia, jeśli nie ucieknę i będę uparcie przy nim trwać? Że w końcu miłość wszystko zwycięży i Lance pokocha mnie od nowa, nawet jeśli miałby nigdy nie odzyskać wspomnień? Nie wiem. Może spodziewałam się tego wszystkiego po trochu…
my flaws
× Zdecydowanie woli słuchać o czyichś problemach, niż mówić o swoich. Największe rozterki chowa głęboko w sobie i nawet jeśli już o nich mówi głośno, to umniejsza ich wpływ na jej samopoczucie i zdrowie psychiczne. Nie lubi martwić swoich bliskich i żyje w przekonaniu, że ludzie mają o wiele większe problemy od niej, więc powinna zacisnąć zęby i poradzić sobie sama. Gorzej, że (szczególnie od poronienia) potem pęka we własnych czterech ścianach i cierpi na tym nie tylko ona sama, jej obrazy i rzeźby, ale również pośrednio z tego właśnie powodu jej związek wisi w tej chwili na włosku.
× Od dziecka siedzą w niej jakby dwie Mandy - z jednej strony zazwyczaj jest odpowiedzialna, skupiona, ambitna i podejmuje przemyślane decyzje, ale z drugiej lubi czasem zaszaleć, porwać się spontaniczności i romantyzmowi, niekoniecznie poddać się w pełni emocjom, bo te negatywne woli trzymać na wodzy, ale wyłączyć czasem zdrowy rozsądek. Szczególnie w miłości i w związkach lubi przewodzić ta druga połowa Mandy.
× Jej obecne relacje z rodzicami można by chyba śmiało nazwać oziębłymi. Raz na jakiś czas próbują coś odbudować podczas wspólnej kolacji, ale zwykle wszystko kończy się to w podobny sposób - pretensjami, niechęcią, brakiem zrozumienia i głośno wyrażonym żalem. Głównie ze strony państwa O’Hara, ale i Mandy w złości potrafi im czasem wyrzucić to i owo z przeszłości.
× Wciąż nie pogodziła się ze stratą dziecka i tak naprawdę z jednej sieci kłamstw, wpakowała się w kolejną, tym razem jednak zamiast reszty świata próbuje oszukać nie tylko ukochanego, ale również samą siebie - że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku, a między nimi nic niedobrego się nie wydarzyło.
× Rysuje, maluje, trochę rzeźbi w drewnie. Poza zajęciami dodatkowymi w szkole i jakimś kursem na studiach nie ma jednak żadnego w tej sferze wykształcenia. Samouk z niej, próbuje różnych stylów i mediów, wciąż właściwie szuka takich, dzięki którym mogłaby oddać najwięcej. Marzy jej się zorganizowanie własnej wystawy, nawet ma na nią pomysł i zaczęła pracować nad pierwszymi obrazami - i to we współpracy z dziećmi z porażeniem mózgowym, którymi się zajmuje - ale póki co trochę nie ma głowy do tego, by się w to bardziej zaangażować.
× Ma psa, mieszankę labradora i owczarka niemieckiego, którego zgarnęła ze schroniska już trzy lata temu. Nazywa się Stitch i jest najukochańszym zwierzakiem świata. Nawet wtedy, jak ją tyra z samego rana na spacerze… bo w końcu czego się nie robi dla rodziny!
× Poza bieganiem za Stitchem generalnie też żyje dosyć aktywnie. Jeśli pogoda na to pozwala, to do pracy dojeżdża rowerem, raz w tygodniu wpada na basen lub siłownię, a ostatnio zaczęła nawet próbować swoich sił w jodze, bo ponoć pomaga na stres.
× Daleko jej jednak do bycia fit, bo ma jednak dużą słabość do tłustego jedzenia z ulicznych budek.
× Ma prawo jazdy i własny samochód, ale szczerze mówiąc dosyć rzadko decyduje się na taki rodzaj transportu - głównie dlatego, że wprost nienawidzi korków i wariatów na drodze.
× Od wypadku Lance’a zaczęła po kryjomu popalać.
× Namiętnie korzysta z audiobooków - kiedy sprząta, gdzieś idzie, prowadzi, maluje, gotuje - ale wciąż lubi czasem usiąść w fotelu, pod kocem i sięgnąć po fizyczną książkę.
× Poza pracą w ośrodku rehabilitacji, zdarza jej się też czasem zaangażować mocniej w różne akcje organizowane przez fundację prowadzoną przez panią Hargrove - głównie jako opiekunka na festynach i organizatorka aukcji prac jej podopiecznych.
and more

imię/ nick z edenu

-

kontakt

pw

narracja

czas przeszły, trzecia osoba

zgoda na ingerencję MG

tak

Amanda O'Hara

Shay Mitchell

Mów mi:wypierdek mamuta
MULTI:ricky martin
 



job
straszę ludzi w Seattle

feelings
za pieniądze

and more
ktoś coś?

Dreamy Seattle
100 lat
210 cm
mieszka w Chinatown

2020-11-29, 23:29


akceptacja!
Serdecznie witamy na forum, twoja karta została zaakceptowana. Możesz teraz dodać tematy z relacjami, kalendarz oraz telefon i cieszyć się fabularną rozgrywką, którą musisz rozpocząć w ciągu 3 dni.
Mów mi:Dreamy Seattle
MULTI:-
 
Wyświetl posty z ostatnich:   


Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, styczeń - 669 punktów
Beztroska dwudziestopięciolatka, pochodząca z małego miasteczka. Romantyczka, szukająca księcia z bajki. Interesuje się modą i życiem w wielkim mieście. Ciężko pracuje, aby pomagać finansowo rodzinie. Dobry materiał na żonę, ale lepiej nie wpuszczać jej za kółko. Marny z niej kierowca.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, styczeń - 497 punktów
Osiemnastoletni kawaler, pochodzący ze wsi. Lubieżny ateista o brązowych oczach i skłonności do kłamstwa. Nie przepada za ciężką pracą i słabymi tekstami na podryw. Chętnie randkuje i być może złamie jeszcze niejedno męskie serce.