• uwaga Jesień zawitała na forum! W związku z drobnym odświeżeniem nagłówka oraz kolorów grup, wykonajcie twardy reset: ctrl + f5
  • event! Pojawiła się zapowiedź nowego eventu! Więcej informacji znajdziecie TUTAJ
  • uwaga! Zachęcamy do zapoznania się z nowym OGŁOSZENIEM!
  • 22/09 Mamy już dwa miesiące! <3
  • 22/07 Serdecznie witamy na forum!
  • carol / boom
    emir / diosmio
    rhys / rezz
    elise / inissia
    robert / myre
    pogoda
    Seattle, WA, USA


    #1 | protecting both your heart and mine


    Chinatown


    29

    współczesna guwernantka

    Baby, I care for you so don't make me go dancing alone

    I'll wait by the stairs for you - wrapped up in smoke

    Paloma Molly
    Pilby

    mów misłoneczko
    kontaktpw
    MULTIAntek

    2020-10-13, 17:25


    Dygocząc pociągała nosem usilnie powtarzając; że wcale nie straciła panowania nad sytuacją. Dzięki Bogu, emocje dziewczyny transformowały w przeciągu sekundy i nie dawała podświadomości choćby cienia szans na złapanie się wstydu bądź zażenowania. To drugie doznanie lekko drapało po ściankach podłamanego serca, niemniej nie wydostawało się na zewnątrz. Zostało odpędzone przez Thorntona, który magicznym sposobem wiedział co powiedzieć; by dobrze nawigować zmiennością guwernantki. Nie odpowiedziała na pierwsze pytanie, jakby wracanie do Richarda wydawało się ryzykiem na jakie nie przygotował ją los. Dopiero co zebrała się z metaforycznych klęczek – jeżeli wróciliby do wątku Donnelly’ego, prędko padłaby po raz kolejny. Przelałaby się pomiędzy ramionami chirurga jak wodospad spływających po policzkach łez. Zamiast rozgrzebywać bolesną decyzję partnera, uwagę poświęciła na słuchanie melodyki nowego utworu: śmiechu Clive’a. Chyba pierwszy raz słyszała, aby śmiał się równie otwarcie i szczerze. Rozczuliło ją to; jak rozczulało całe mnóstwo drobnostek: poranna rosa spływająca ku siedzącej na liściu biedronki, cienie firanek tańczących na popołudniowym wietrze, miodowa poświata letniego wieczora. Teraz do powyższego, szanownego grona dołączyło zapisane na pięciolinii pamięci rozbawienie blondyna. W jej umyśle wykluła się myśl, ale póki co zatrzymała ją przy duszy.
    Zamknęła w ciasnym przytuleniu, wpatrzona w wesołą, przystojną twarz. – Nie, nie jestem „z żadnych”. Jestem oryginałem.jedyna w swoim rodzaju. Tak powtarzała matka dziewczyny i trudno było zaprzeczyć. Łączyła dziecięcą niewinność z zaskakującą dojrzałością czyniącą z niej idealny materiał na mentorkę. Taktowna, subtelna, nieśmiała; gdy należało i pełna entuzjazmu w pościeli (co pewnie przychodziłoby z większym trudem gdyby nie brak doświadczenia w relacjach damsko-męskich). Jawiła się jako modelowa ukochana. O ile ktoś umiał „przeskoczyć” niekończące się gadulstwo, pierdołowatość oraz niezaprzeczalny fakt, iż szatynka wpisywała się w sztab „przylepek”. Nawet w trwającej chwili przywierała do lekarza z ponadprzeciętną ufnością. Nie ma co się oszukiwać – Lo potrzebowała faceta. Podpory, opiekuna, strażnika.
    Z lekkim uśmiechem obserwowała jak ściąga płaszcz z wieszana i błyska bielutkimi ząbkami. Przechodząc obok, delikatnie uniosła prawą brew. Oczy nadal miała zaszklone, wciąż wzbierały się w nich resztki poruszenia. – Absolutnie. – minąwszy Thorntona, za moment podbiegła do samochodu; żeby znaleźć się w ciepłym, przytulnym wnętrzu. Wypaśnym, co jednak umykało rozedrganej percepcji. – Jedź w kierunku Chinatown. Poinstruuję Cię. – w roztargnieniu przesunęła palcami przez zwilgotniałe od deszczu pukle. Jakby nigdy nic sprawdziła makijaż w lusterku, poprawiła fryzurę po czym wydała z gardła cięższe westchnienie. – Rozmazałam się. – wcale nie, acz instynkty i przymus bycia ideałem stawiał kobiecie niemożliwe do realizacji wymagania. Widziała smugi tam, gdzie ich nie ma. Szkoda, że przyglądała się tak wyłącznie własnemu obliczu (co nie wynikało z narcyzmu a pedantyzmu), a nie np. związkowi.
    Droga nie dłużyła się przesadnie. Raz na jakiś czas Molly raczyła kierowcę komentarzem świadczącym o „powracaniu do siebie”, lecz bezustannie siedziała gdzieś pomiędzy zwyczajową swobodą a napięciem spowodowanym gwałtownością nieprzyjemnej zmiany planów. Pod odpowiednim blokiem zdecydowała po cichu, że nie jest gotowa zostać samą – co też powiedziała na głos, szyfrując swą słabość w dyplomatyczne: - Wejdziesz po parasolkę? – ciemne oczy niemo błagały o towarzystwo. Przynajmniej przez kwadrans.
    Mieszkanko panny Pilby było maleńkie, acz urokliwe. Wyjątkowo pasowało do osobowości Palomy. Atmosfera lewitowała na krawędzi tajemniczego ogrodu (tak, posiadała sporo roślinek – głównie kwiatów) a domu prowadzonego przez podręcznikową gosposię. Wszystkie blaty czyste, kolor zasłon dobrany do odcieni koców zalegających na kanapie i fotelu. Rząd wyprasowanych sukienek zwisał ze stojącego pod ścianą, pozłacanego wieszaka obwiązanego wstążkami oraz chustami do włosów. Ze ścian uśmiechała się zastygła na fotografiach rodzina, przyjaciele, bliscy... Tuż po przejściu przez próg Lolly zniknęła za kolorowymi koralikami oddzielającymi kuchnio-salon od sypialni pozbawionej drzwi. - Ehhh, gdzie jesteś; gdzie...? – głupio tak trzymać gościa w korytarzu (szczególnie jak korytarza per se NIE MA); dlatego zanim odnalazła zgubę – nauczycielka wróciła z widocznym zdezorientowaniem. – Ja... zaraz znajdę. Nie zgubiłam, przysięgam! Może został u Logana. – ostatnie wypowiedziała na szybkim, niewyraźnym wydechu. – Napijesz się kawy? Czarna, bez cukru, hm? – nie czekając na odpowiedź (tak mocno nie chciała usłyszeć „nie”), zwróciła się w kierunku kuchenki. Przy okazji zsunęła płaszcz, a odrzuciwszy go na sofę ciągle w ruchu zaczęła nachylać się i skakać zdejmując pantofle. Dosyć eleganckie, aczkolwiek nierzucające się w oczy. Nie na tę pogodę.
    _____________
      What if they’re right, what if we’re wrong
      What if I’ve lured you here with a siren song?
      
     
     


    Queen Anne


    35

    neurochirurg na przymuszonym urlopie

    I'm getting myself ready for the next wave for whatever comes.

    It's going to be a lonely one but at the end I will see happiness.

    Clive Mozart
    Thornton

    mów mi.
    kontaktpw
    MULTIClaribel

    2020-10-15, 17:43


    Nieporadność panny Pilby w jakiś sposób rozczulała mężczyznę, potrafiła zamienić „zwykły szary dzień” na dość umiarkowany, a nawet dochodziło do momentów, w których rzeczywiście się śmiał, uśmiechał i obserwując kobietę krążył myślami po tych przyjemnych chwilach. Jednakże nie rozumiał swojego aktualnego postępowania, albowiem nie umiał odnaleźć żadnego ukrytego „drugiego dna” które mogłoby świadczyć o następującym doświadczeniu: dlaczego to z Palomą odczuwał tą przedziwną radość? A kiedy tylko w drzwiach (po wiele godzinnym dyżurze) pojawiała się Calliope, nagle cały ten entuzjazm stworzony w przeciągu dnia przez guwernantkę poupadał. W końcu wciąż, nieustępliwie zależało mu na żonie - pragnął, aby te wszystkie dzielące ich problemy odeszły w niepamięć; z trudem, lecz za każdym razem zwalczał swoje niechęci względem ukochanej, a i tak nic nie grało jak powinno. Miał wrażenie, iż Callie go nie rozumie - ale zamiast utworzyć szczerą rozmowę wymaga niemożliwego (przynajmniej teraz); aby pogodził się z aktualnym stanem rzeczy. Tylko, że jak? W jaki sposób miałby to zrobić? Facet „z krwi i kości” - od zawsze wychowywany na silnego, pewnego siebie - zwalczającego wszystkie problemy, godnego do naśladowania który, musi zaakceptować sytuację gdzie do końca swojej egzystencji ma przesiadywać w domu z synem? Nigdy już nie powrócić do pracy, którą kochał ponad wszystko inne? A co wtedy gdy całkowicie straci kontrolę nad swym ciałem? I takie czynności jak trzymanie kuba z kawą w ręku zaczną sprawiać mu trudności? Był dopiero po trzydziestce, a już los wymusił na nim przywyknięcie do życia na które się nie pisał. Niestety, lecz trzeba to przyznać - nie był już tą osobą, w której niegdyś się zakochała, ostatnie półtora roku bezczynności doprowadziło do aktualnej prezentacji, czyli człowieka tracącego całkowitą nadzieję - rzecz jasna, jako lekarz mógł tkwić w przekonaniu, iż może przyszłości uda się utworzyć lek, aczkolwiek z drugiej strony Clive był realistą (również przed chorobą); dlatego jakiekolwiek modlitwy bądź skierowanie się ze swoim przypadkiem do znanych Znachorów nie wchodziło w rachubę. Dzień za dniem sprawdzał postępowanie Parkinsona i szczerze? Było coraz gorzej.
    Lecz nie teraz, nie w tym momencie, nie przy niej - jadąc samochodem i patrząc na przednią szybę pierwszy raz od bardzo dawna zapomniał, zniwelował własne myśli skupiając się na obecności szatynki. Na jej śmiechu, ciepłym głosie oraz niesamowicie przyjemnej atmosferze jaką zdołała wywołać. Droga nie trwała długo - pomimo ogromnej ulewy, Thornton jako odwieczny mieszkaniec Seattle przywykł do nieustająco zmieniającej się pogody (niczym jak dzisiejsza osobliwość Molly, heh) - dlatego nie stanowiło dla niego problemu bezpieczne, lecz szybkie dojechanie do wyznaczonego celu.
    Wejdziesz po parasolkę?
    Pokiwał twierdząco głową odpinając pas i wbiegł wprost do bloku - aby po niecałych dwóch minutach znaleźć się w jej mieszkanku. Stojąc w progu oparł się bokiem o ścianę w milczeniu przyglądając pomieszczeniu, było mniejsze niż sobie wyobrażał - skromne, ale całkiem urokliwe - wystarczyło zaledwie kilka sekund, aby zdać sobie sprawę, że mieszka tu kobieta. Pachniało różami, oraz pieczonym ciastem, mimo to lekarz wędrował wzrokiem próbując odnaleźć jakiekolwiek dowody, świadczące o równie zamieszkującym tu Richardzie. Z transu myśli został wyrwany poprzez głos niewiasty, dlatego ponownie skupił się na niej, wymownie unosząc lewą brew wyżej. - Poczekaj, poczekaj... Logana? Logana Shepherd'a? - oczywiście, Seattle było dużym miastem - tak więc, nie byłoby zaskoczeniem gdyby imiona były po prostu zdublowane, lecz chirurg nie wierzył w przypadki - coś z tyłu głowy podpowiadało mu, iż panienka Pilby mogłaby mieć jakikolwiek związek z dawnym kumplem, lecz jeśli nie - trudno, jednakże żałowałby gdyby nie zapytał. - I nie przejmuj się tą parasolką. - dodał, zaraz jednak mrużąc oczy przesunął opuszkami palców po swym zimnym oraz mokrym od deszczu karku. - Jest, a przepraszam... była w mojej rodzinie od lat, przekazywano ją z pokolenia na pokolenie. Gdy Steve miał ukończyć pełnoletność planowałem mu ją wręczyć, aby i on dał ją kiedyś swojemu pierworodnemu... - wypowiadane słowa przez Thornton'a brzmiały niezwykle poważnie, nie drgnął nawet powieką tylko niezwłocznie obserwował reakcję nauczycielki. - Także była już stara, widocznie nadszedł czas aby kupić nową. W takim razie będę się zbierał. - znowu się uśmiechnął i powolnie odwracał się ku drzwi. - Czyli to zaplanowałaś? - zatrzymując się w półkroku przekręcił głowę w stronę dziewczyny. - Zwabiłaś mnie tu pod pretekstem parasolki, a teraz zamierasz napoić kawą? Nie będę miał po niej halucynacji? - prychnął rozbawiony, przez kilka sekund nie ruszając się z miejsca - jakby w głowie przekartkowywał wszystkie „za” i „przeciw” pozostania. Uniósł dłoń, aby spojrzeć na zegarek znajdujący się na jego nadgarstku; z tego co pamiętał Calliope miała wrócić dopiero za dwie godziny, więc co szkodzi poczekanie na nią w miłym towarzystwie? Och, Clive Thronton nie wiedział jeszcze jak wiele i że dzisiejszy wieczór zacznie być początkiem czegoś nie do zatrzymania. - Skąd wiedziałaś? - ostatecznie zdecydował się zrobić krok na przód w międzyczasie zsuwając z ciała płaszcz, powiesił go na oparciu krzesła na którym postanowił usiąść. - To jakieś magiczne sztuczki, czy Callie kazała Ci mieć oko również na mnie? - tak rozmowa o żonie powinna świadczyć o całkowitym jej oddaniu, nieprawdaż? Tylko dlaczego wcale się tak nie czuł? Ugh. Ciężkie te życie bogaczy.
     
     


    Chinatown


    29

    współczesna guwernantka

    Baby, I care for you so don't make me go dancing alone

    I'll wait by the stairs for you - wrapped up in smoke

    Paloma Molly
    Pilby

    mów misłoneczko
    kontaktpw
    MULTIAntek

    2020-10-16, 20:48


    Magia Palomy polegała na czarującej infantylności oraz niewinności z jaką obserwowała otoczenie. Była niepoprawną romantyczką, idealistką i optymistką. Kochała życie - jak się wydawało ze wzajemnością. W każdym człowieku, w każdej rzeczy umiała dostrzec coś pięknego i „wartego zachodu”. Dlaczego z łatwością przyszło jej uwielbienie Richarda. Nie wykorzystywał owej dobroci ani nie utożsamiał lekkości ukochanej z naiwnością. Pozwalał szatynce na sprawowanie nad nim opieki; tworzenie splotu ślicznej iluzji w której z czasem zamieszkali. Dryfował we własnym tempie nie wymuszając na partnerce ani przyspieszenia ani spowolnienia. Leciał na jej orbicie, grzejąc się w cieple i miłości na jaką na pewno zasługiwał. Co zakrawało na cichą tragedię – ostatecznie guwernantka nie pałała uczuciem względem Donnelly’ego z krwi i kości. Ukochała wyobrażenie, nieistniejące stworzenie zaklęte w gloryfikowanych zrachowaniach oraz domysłach. Robiła krzywdę zarówno jemu, jak i sobie samej.
    Nie dało się zauważyć zbyt wiele oznak niemej obecności Dicka. To u niego spędzali większość weekendów – on dorobił się dwupokojowego mieszkania i maleńkiej działki pod miastem. Molly nie miała wiele do zaoferowania, toteż wyłącznie bystry obserwator zdołałoby dopatrzeć się męskiej, wełnianej kamizelki (perfidnie podkradzionej podczas jednego z wypadów do księgarni) zwisającej przez ramię srebrnego wieszaka albo spersonalizowanego kubka z nadrukiem fotografii przedstawiającej pięćdziesięcioletniego właściciela (jeden z durnych pomysłów na „śmieszny” prezent od wesolutkiej Lo – kubek też podkradała i choć nie przyznałaby się do tego otwarcie niekiedy piła w nim z czystej tęsknoty).
    Nie komentowała obecności Clive’a w swym mikroskopijnym (naprawdę cholernie małym) królestwie. Chociaż przez umysł dziewczyny przebiegł pomysł, iż mieszkalna przestrzeń podobnego formatu musi zdawać się chirurgowi żenująco klaustrofobiczna – odsuwała podobne komentarze na margines. – Em, tak. Dokładnie tego samego. Znacie się? Czy jesteś fanem? – na „fanem” wywróciła oczyma z czułym uśmieszkiem na ustach. Logan był dla niej jak brat; idea wysławiania go i wystawiania na piedestały sprawiała wrażenie abstrakcyjnej; acz nauczycielka zdawała sobie sprawę ze sławy Shepherda.
    Ciemne ślepia niemalże wyszły z orbit, by za moment różowe wagi ukształtowały zaskoczone „o!” – Żartujesz, prawda? Na pewno żartujesz. – próbowała sama siebie przekonać, że nie zniweczyłaby żadnej wieloletniej tradycji. Naraz, marszcząc brwi pokręciła zabawnie noskiem. – Nie wierzę. Jakieś klejnoty, sygnety albo ładny dywan. Ale parasolkę? Z pokolenia na pokolenie? – „bzdura”. Aczkolwiek tego już nie wypowiedziała, gdyż...po prawdzie, kto go tam wie?! Bogaci posiadali szeroki wachlarz „wyrafinowanych” dziwactw. Podobnie jak ludzie dotknięci chorobliwą formą nostalgii. Z ukosa Lolly zlustrowała Thorntona oceniając czy trzyma w ciele melancholijną duszę. Nie wyglądał na wrażliwca. Z drugiej strony – te oczy. Wielkie, smutne oczy niosące ciężar olbrzymiego, płaczącego nieba. Było w nich coś lirycznego, tylko z czyjej winy? Czy to duch Clive’a wychylał się zza półprzymkniętych powiek czy pełna urojeń główka panny Pilby?
    - Daj spokój. Jeżeli chciałabym, żebyś został po prostu bym zapytała. Zostaniesz? – pytanie zawisło w powietrzu w swojej bezczelnej, nad wyraz bezpośredniej manierze. – Wiem o Tobie wiele rzeczy. Wiem, że popalasz częściej niż powinieneś i gdy wymykasz się z paczką papierosów zawsze chowasz ją w prawej kieszeni. Że wiecznie rozstawiasz kubki. Nigdy żadnego nie wrzucisz do zlewu, rozkładasz je po caaaaaluuutkim domu... – usta kobiety wygiął wesoły, zamyślony łuk. – Posiadasz niepokojącą obsesję na punkcie gaszenia światła i czujesz jak gdyby śmianie się było czymś niewłaściwym. Jakbyś... nigdy miał się nie śmiać. A powinieneś to robić częściej. Masz ładny uśmiech. – po uwolnieniu z pantofli, odrzuceniu ich na bok oraz wstawieniu wody na gaz; obróciwszy się przodem do rozmówcy wbiła w niego czujny wzrok. Miękki i łagodny. - I wiem, kiedy czasem ukradkiem na nas zerkasz podczas czytania w salonie. - na nią i Stevena.
    _____________
      What if they’re right, what if we’re wrong
      What if I’ve lured you here with a siren song?
     
     


    Queen Anne


    35

    neurochirurg na przymuszonym urlopie

    I'm getting myself ready for the next wave for whatever comes.

    It's going to be a lonely one but at the end I will see happiness.

    Clive Mozart
    Thornton

    mów mi.
    kontaktpw
    MULTIClaribel

    2020-10-17, 21:13


    Gdyby Clive znał prawdę i potrafił ujrzeć owe fakty, w których Paloma budowała własne szczęście na swoich urojeniach dotyczących idealności Richarda zapewne nie umknęłoby mu wypowiedzenie się na dany temat, bo choć nie przepadał za rozmowami, to jednak nie należał do osób, które „gryzą się w język” w chwilach, w których mógłby zranić drugiego człowieka. Posiadał albowiem kilka żelaznych zasad, a jedną z nich (najważniejszą) była prawdomówność - bez względu na okoliczności, uczucia, czy nieodpowiednie momenty - nie lubił gdy ktoś „mydlił sobie oczy” - uciekał, czy też we własnej głowie wykluczał realia dla innych widoczne „gołym okiem.” W takich przypadkach konfrontacja była istotna - szczególnie, iż dana osoba wcale tego nie dostrzega i brnie w swoją perfekcyjną imitację rzeczywistości; więc tak Pilby raniła siebie oraz Richarda - ale to on w tych odrębnych okolicznościach był tym gorszym, jeżeli faktycznie dopatrzył się realistycznej idei ich związku, to wbrew temu co nauczycielka myślała, to jednak wykorzystywał jej dobroć - oddanie, poświecenie - bo choć z jednej strony naprawdę mogła tego chcieć, z drugiej zaś wiele traciła; chociażby szansę na tą prawdziwą, pełną wzlotów i upadków miłość - lecz zaślepiona nadziejami, nigdy niespełnionymi obietnicami (jak na przykład wspólny weekend) - ciepłem jakim ją obdarzył, musiała zupełnie zapomnieć na czym polega życie - i to odnalezienie tej „drugiej połówki” nie jest najważniejsze. A nawet jeżeli spełnienie się w roli matki, żony - było dla Molly sprawą priorytetową, to powinna chwycić się kogoś z kim jej przyszłość wiązałaby się ze zrozumieniem - obopólnym poświęceniem, a nie tylko jednostronnym, czy naprawdę chciała zostać jedną z tych kobiet, które bezustannie przesiadują w domu z dzieckiem oczekując powrotu swojego męża? Oczywiście, jeżeli „ten obrazek” by rzeczywiście się ziścił - ponieważ w aktualnym momencie nic na to nie wskazywało.
    Owszem, mieszkanko było i małe - prawdopodobnie jego metraż wynosił tyle ile garderoba Calliope (choć może tylko na buty?), jednakże było w nim coś urokliwego, spełniającego wymagania dostosowane do guwernantki, nie da się ukryć, iż „gołym okiem” widać, że kobiecie wiele do szczęścia nie jest potrzebne, umiała się cieszyć najdrobniejszymi rzeczami i to w niej szanował, zwłaszcza, że sam posiadał wiele, aż nadto! I szczerze? Tak zupełnie szczerze? Od półtora roku żaden z tych przedmiotów, czy to dopiero kupiony (następny z kolei) samochód, czy nowa posiadłość na obrzeżach Seattle, nie wywoływał na twarzy lekarza uśmiechu - być może sam utkwił we własnych urojeniach i równie jak Lo tego nie dostrzegał? - Znamy się, a raczej znaliśmy, wiele, wiele, wiele lat temu. - skwitował w swych myślach jeszcze przez chwilę utrzymując postać Logana. - Przyjaźnił się z moim młodszym bratem, Philipem... kojarzysz? - chyba powinna? Sam już nie wiedział, albowiem młodszy Thornton kilkukrotnie odwiedził Clive po diagnozie, ale czy kobieta u nich wtedy pracowała? Zresztą Phil posiadał własne problemy i podobnie jak jego brat również całkowicie się w nich zatracił. - Co on teraz robi? Nadal gra? - zainteresowanie względem Shepherd'a wynikało z czystej ciekawości, ale i także z tęsknoty za dawnymi młodzieńczymi czasami, gdy bez żadnych konsekwencji oraz zobowiązań mogli się spotkać przy głupim piwie. Ech, wspomnienia, tak ich wiele - czy to dobrych czy to złych i ta świadomość, że podobne chwile już nigdy nie powrócą.
    Cóż, aktualnie wydarzenie tak mocno rozbawiło mężczyznę, że nie potrafił przestać się śmiać - jego wybuch trwał jeszcze kilkanaście sekund, kiedy ostatecznie był zdolny do spojrzenia na dziewczynę na dodatek obarczenia jej ciała intensywniejszym, wręcz namacalnym wzrokiem. - Naprawdę, Molly? - w końcu nazwał ją w sposób jaki na początku znajomości sobie życzyła, jednakże umknęło to jego uwadze. - Uwierzyłaś w to? - przekręciwszy głowę na prawo, jego ząbki nadal lśniły w wielkim, wyrazistym uśmiechu. - Tak, żartuję. - przyznał, prostując swoje plecy. - Jednak jeżeli chcesz znać prawdziwą historie tej parasolki... to... - przez moment się zawahał, a z jego ust wymsknęło się cichutkie westchnięcie. - ...około dziewięć lat temu razem z Callie wybraliśmy się nad jezioro, połowić ryby... Tak my i łowienie ryb. Całkowicie spontaniczna wycieczka, lecz musisz to sobie wyobrazić, bo wyglądało to komicznie. Totalnie nie wiedzieliśmy od czego zacząć, ale chcieliśmy być... - normalni? Zwyczajni? Nie dokończył, tylko chrząknął marszcząc brwi. - Kiedy mieliśmy wracać okazało się, że nie odpala nam samochód, próbowaliśmy wszystkiego, ale jak możesz się spodziewać na próżno. Nie było zasięgu, więc postanowiliśmy wrócić iść na piechotę, zaczęło padać, typowe Seattle. Nigdy nie zgadniesz jaka będzie pogoda, raz świeci słońce, raz pada deszcz grat, a co jutro? Deszcz meteorytów? - prychnął wciąż bazując spojrzeniem na twarzy Pilby. - Callie wpadła na genialny pomysł w stylu „Może złapiemy stopa?” Totalna głupota, ale na to przystałem... - bo przecież czego nie robi się dla ukochanej, prawda? - Nikt się nie zatrzymywał, po godzinie wyglądaliśmy tak tragicznie, że gdy przechodziliśmy obok jakiegoś rynku? Nie, chyba targu? Tak to się nazywa, prawda? Jedna ze sprzedawczyń nam ją podarowała. - na samo wspomnienie buzia Thorntona błyszczała, a na pewno była bardziej rozpromieniona. - Bo oczywiście żadne z nas nie pomyślało, aby zabrać ze sobą gotówkę. - wzruszył ramionami. - O to cały sęk historii. Ta parasolka nigdy nie należała do nas, ale w pewnym sensie przyniosła nam szczęście... - wtedy. - Więc może jej nie oddawaj i również z niego skorzystaj? - mówił prawdę, częściowo, bo jako typowy realista - nie wierzył, iż przedmioty mogłyby posiadać jakąkolwiek energię, ale Paloma była inna, to był jej język, więc jeżeli uwierzy w istnienie „magicznej parasolki” to może los się do niej uśmiechnie?
    Zostaniesz? - jakże mógłby jej odmówić? Bo choć cechowała ją głównie ta nieporadność - połączona z uroczą charyzmą, część kobiety bazowała na dziwnej, przyciągającej go bezczelności - zawsze wiedziała co powiedzieć, jak skłonić go do odpuszczenia, przekazaniu więcej informacji o sobie, niż z natury zamierzał - wykraczała poza szereg kobiet, które poznał do tej pory, albowiem z naiwnej, czułej, umiarkowanej istotki w przeciągu sekundy potrafiła zamienić się w „władczynie” sytuacji - dając mu mylne wrażenie wygranej, choć to ona od samego początku nad nim górowała. - Co ja... - obserwował ją, bacznie wręcz z coraz większym zainteresowaniem, chłonął jej każde zdanie, słowo za słowem czując wyraźne przyspieszenie tempa, oraz narastające w jego ciele ciepło. Kilka ukłuć w żołądku, cięższy oddech. - Jesteś bardzo dobrym obserwatorem, Panno Pilby. Może minęła się Pani z powołaniem i zamiast być nauczycielką, powinna zostać prywatnym detektywem? (hehehehhehehehe, wcale do niczego nie porównuję!) - Kto wie, mogłabyś się okazać najlepszą w swojej dziedzinie, huh? - ponownie wzruszył ramionami, po chwili opadając plecami na oparcie krzesła, nawet na moment nie spuszczając z niej wzroku. - Wnioskując... - zmrużył oczęta, palcami u dłoni odgrywając przedziwny, nieznany rytm poprzez stukanie nimi o stół. - Również na mnie patrzysz, częściej niż powinnaś, jeżeli dostrzegasz.. tak wiele, tak dużo... pytanie brzmi: dlaczego? - było za intensywnie, część umysłu lekarza, aż wrzała, by jak najszybciej zerwał się na równe nogi i wyszedł z posiadłości guwernantki, druga część niczym jakby przygwoździła go do siedzenia, chcąca poznać prawdziwy powód nagminnej obserwacji jego osoby.
      
     
     


    Chinatown


    29

    współczesna guwernantka

    Baby, I care for you so don't make me go dancing alone

    I'll wait by the stairs for you - wrapped up in smoke

    Paloma Molly
    Pilby

    mów misłoneczko
    kontaktpw
    MULTIAntek

    2020-10-17, 23:18


    Problem polega na tym, że fantazjowanie Lo dotarło do punktu patologicznego. Zaślepiła samą siebie i gdyby ktokolwiek wskazał bidulce jak mocno ugrzęzła w urojeniach – tym silniej zapierałaby się i wypierała. Odrobinkę jak uwięziona w ciasnym objęciu ruchomych piasków. Tkwiła w niewygodnej pozycji, lecz stabilnej. Takiej, do której nawykła. Nie wiła się, nie dygotała. Trwała w bezruchu. W przypadku nagłego wierzgania straciłaby kontrolę tonąc w negacji. Ponadto, widziała zrozumienie w swojej relacji z partnerem. Aczkolwiek mimowolnie myliła pojęcia. W uległości, strachu przed samotnością Donnelly’ego dostrzegała iluzoryczną wyrozumiałość a wręcz oddanie. Znikąd ratunku przed złudą.
    Kochała maleńkie lokum. Bo nie chodziło też o to, że wolała być u Richa. Wolała być z Richem i gdyby zostali „skazani” na egzystencję w podobnej klitce absolutnie nie kręciłaby nosem. Oczywiście, niekiedy brakowało jej pewnych wygód; lecz narzekanie to ostatnie czego można spodziewać się po wesolutkiej nauczycielce. – Oh, poważnie? – ciepło rozlało się po klatce piersiowej Lo. Nagle Clive stał się bliższy. Jego znajomość z Loganem (jaka by nie była) odbiła swoje drobne piętno. – Phillipa? Nie, nie kojarzę. – dla niej liczył się tylko jeden Thornton. Zaszczytne miejsce zajmował stojący przed nią, przystojny blondyn. – Nie, nie gra. To raczej drażliwy temat. – westchnąwszy, zagryzła odrobinkę wargę. Ciemne tęczówki zaszły rzadką mgłą. Troszczyła się o Shepherda i zatapianie się w idei prywatnej tragedii tenisisty mąciło zwyczajowy spokój. Machnęła ręką, na wzór gestu przypominającego przeganianie natrętnej muchy. Po kilku sekundach wróciła z owej otchłani. Rumieniec powtórnie przyozdobił piegowatą twarz.
    Molly. Oj, dobry Boże dosłownie poczuła to słowo na skórze. Przytuliło ją; ukryło pod niewidzialnymi skrzydłami. Ociepliło, na moment uodparniając na chłód deszczowego wieczora i bolesnej tęsknoty. Powoli kiwnęła łepetyną. Pojedyncze pasmo wilgotnych włosów spadło na blade czoło. Słuchając go raz po raz zmieniała mimikę; co zaświadczało o intensywnym spijaniu opowieści z warg lekarza. Uśmiechała się z rozczuleniem, marszczyła nos, błyskała ząbkami w rozbawieniu... – Sugerujesz, że potrzebuję talizmanu? – pytała z autentycznym zainteresowaniem. Niestety, rozmyślania dziewczyny wróciły w rejony porannego wyjazdu Richarda.
    Panna Pilby wiedziała czego chce i nie bała się nazywania pragnień. Dążyła do spełnienia, chorując na niezdrowy rodzaj ambicji. Marzenia kobiety były bagatelizowane przez ich mało feministyczny kształt, niemniej symultanicznie czyniły szatynkę niesamowicie zdeterminowaną. W anielskiej aparycji kryło się połączenie miękkości z nieugiętością. Była niezachwiana. Dostanie szczęśliwe zakończenie. Dostanie pierścionek, przytulne mieszkanko, obślinionego niemowlaka oraz zmęczonego męża. Nie umiała wyobrazić sobie przyszłości bez wspomnianych elementów. Albo raczej, jak rozwydrzony bachor, odmawiała wiary w istnienie innej rzeczywistości. Na przykład takiej; w której Richard nie oświadczy się, odejdzie albo (co najgorsze) przedwcześnie umrze. – Detektywi chyba powinni odznaczać się fantastyczną kondycją? – nie, nie, nie. Lolly nie należała do fanów fitnessu. Nie odwiedzała siłowni ani nie biegała rano po parku. Dumnie podkreślała krągłości formujące klepsydrę. Całe to noszenie sukienek ze skórzanymi paskami lub wcięciami w talii uwypuklało odpowiednie atuty. Nie po to, by zwracać uwagę obcych mężczyzn; lecz tego jedynego-wyjątkowego. Jakby Dick nadal potrzebował jakiejkolwiek zachęty. Jakby w głębi duszy guwernantka obawiała się odrzucenia.
    Brwi drgnęły jej niepewnie. Odsłoniła się? Czyżby? Powiedziała zbyt wiele bądź wypaplała parę informacji nazbyt prędko? Błysk w piwnych oczach wchodził w kontrast z sytuacją w jakiej się znalazła. Pozornie zaszczuta w ślepym zaułku konwersacji, skazana na przyjęcie defensywnej retoryki; której tak nienawidziła. Wolała prowokować i atakować.
    Czy nie zatrudniłeś mnie właśnie przez wzgląd na moją bystrość? – zatrzepotawszy powiekami uniosła kąciki ust ku górze. – Widzę wszystko. Pozwala mi na to „chaotyczna” natura. Mam podzielną uwagę. – powyższe wyłożyła jako prosty fakt, tonem sugerującym; iż właśnie zbiła pionki z planszy po stronie rozmówcy. Atmosfera nieco zgęstniała, poddała się dziwnemu; spontanicznemu napięciu. Powstały klimat wprowadzał w Lo delikatny dyskomfort wiążąc żołądek w delikatny supełek, toteż z radością przyjęła symfonię nagrzanego czajnika. Gwałtownie obróciła się na pięcie i zaczęła zalewać kawę chirurga oraz swoją kwiatową herbatę. – Posłuchaj, emmm... - odchrząknęła, odrywając jaźń od przyjemnego łaskotania w brzuchu. – Doktor Morrison odchodzi niedługo na emeryturę; pewnie słyszałeś? – po kolejnym zwrocie podeszła do stołu celem postawienia kubków. Sama zajęła miejsce na starym krześle bliżej kuchenki. – Planuje zorganizować przyjęcie pożegnalne. Na pewno z nim pracowałeś...? Był przyjacielem mojego taty. - ...bezustannie unikała patrzenia na rozmówcę. Zupełnie jakby obawiała się, że po spojrzeniu na niego ginące mrowienie w żołądku znowu przybierze na sile. – Wcześniej podrzuciłeś pomysł wspólnego obiadu. Znaczy, we czwórkę. Cóż, piątkę licząc Steve’a. O ile bezustannie chodzi Ci po głowie poznanie Richarda może... Zapewne się tam spotkamy, prawda? Ciekawe czy podadzą ostrygi?? Nigdy nie jadłam ostryg. – błądziła. Chodziła po omacku i dopiero po zadaniu finalnego zapytania zwróciła uwagę ufnych ocząt w kierunku Clive’a.
    _____________
      What if they’re right, what if we’re wrong
      What if I’ve lured you here with a siren song?
      
     
     


    Queen Anne


    35

    neurochirurg na przymuszonym urlopie

    I'm getting myself ready for the next wave for whatever comes.

    It's going to be a lonely one but at the end I will see happiness.

    Clive Mozart
    Thornton

    mów mi.
    kontaktpw
    MULTIClaribel

    2020-10-18, 01:30


    Niestety, trzeba to przyznać, głośno i wyraźnie - w ten sposób działa uzależnienie; początkowo rozpoczyna się od małych dawek, lecz podczas mijanych dni, całych tygodni, miesięcy, a w przypadku Palomy lat, a to się zwiększa, pragnie się więcej, mocniej, bardziej i nie widzi się jak głęboko się wpadło. Richard stał się dla niej niczym jak „ostatni oddech” - bezustannie będzie próbowała utworzyć kolejny, nie patrząc na to, że przez to wyzwala w sobie niechęć w stosunku do innych dróg - które z biegiem czasu mogą się okazać lepsze, bardziej fascynujące, unikatowe. Ugrzęzła w związku bez żadnej przyszłości, usilnie próbując - na swój własny sposób ją utworzyć, choć może w głębi własnej podświadomości zna prawdę? Oczywiście, odrzucenie jest okrutne - wprawiające każdego człowieka (niezależnie od płci, pochodzenia, orientacji) w ból - cierpienie, utraty wiary w własną wartość, ale czy przypadkiem czegoś nie uczy? Chociażby spojrzenia na swoje błędy, które przedtem się popełniło? Cóż, sam Clive niewiele mógłby się wypowiadać na podany temat, albowiem wbrew pozorom w jego życiu nie zagrzało miejsca dużo kobiet - zanim poznał żonę, było ich kilka - jedne przelotne, inne dłuższe, intensywniejsze, lecz dzięki temu - gdy postanowił poznać „wybrankę swojego serca” - wiedział czego od niej oczekiwać - Callie wpasowywała się poczet idealnego obrazka rodziny. Piękna, wykształcona - z podobnymi pasjami, podczas poznawania jej dostrzegał cechy na perfekcyjną matkę, „żyć, nie umierać,” prawda? Także nie miał złudzeń - nie wyolbrzymiał osobowości lekarki wśród znajomych, bądź rodziny - pozwalał aby każdy wyrobił sobie o niej zdanie, bez wdrążania „jaka jest” lub „nie jest.” Tutaj się różnili, według Thorntona złudzenia były najgorszym z możliwych opcji dla człowieka, lepiej żyć realiami i próbować utworzyć swoją egzystencje tak, aby czuć te szczęście niż udawać, że takowe istnieje.
    Uśmiechnął się, ciepło prezentując szereg swych porcelanowych zębów (dobra, wiem że Oliver ma krzywe, ale uznajmy, że Clive nie, hehs). - Dziwne, powinnaś go bardziej kojarzyć niż mnie... - tak mu się przynajmniej wydawało, wraz z Philipem rzadko rozmawiali na temat starych przyjaciół, aczkolwiek jeżeli pamięć nie szwankowała mężczyźnie ta dwójka powinna mieć dalej kontakt, chyba że młodszy Thornton podczas swojej żałoby (co oczywiście względem Clive było ogromną tragedią) zdecydował się odciąć od swoich znajomych, aby zupełnie się w niej pochłonąć. - Szkoda. - mruknął niewyraźnie, bo choć sam poświęcił się swojemu zawodowi, na którym bezustannie ubolewał, to jednak nie sądził, iż ktoś w kręgu jego bliskich również posiada podobne problemy. - W takim razie o tym nie rozmawiajmy. - wzrok lekarza ulokował się na buzi dziewczęcia, bacznie przeanalizował jej wyraz, chcąc cokolwiek z niej wyczytać. - Wie, że dla mnie pracujesz? - nie można ukrywać, że nazwisko Thornton nie było nieznane - większość osób, szczególnie tych z „wyższych sfer” wiele o nim się nasłyszało - w zasadzie praktycznie całe Seattle wiedziało cokolwiek na temat tej rodziny. - Na pewno wie... - rzucił bardziej do siebie, niż do gospodyni. - Co mówił...? - zainteresowanie neurochirurga wzrosło, ciekawiło go jakiekolwiek wyznanie Logana.
    Obserwacja dziewczyny została zakończona - powędrował wzrokiem najpierw ku sufitowi, później po kuchennych szafkach, religijnych dwóch obraz powieszonych niedaleko, aby ostatecznie skupić go na swoich dłoniach znajdujących się na stole. - Nie wiem, może? - odpowiedział, wciąż nie patrząc w jej stronę - by palcami przesunąć po krawędzi blatu. - A nie uważasz, że każdemu z nas przydałoby się szczęście? A chociażby wiara w to, że zwykły przedmiot mógłby nam w tym pomóc? - uniósł podbródek, językiem przesuwając po swojej dolnej wardze. - Możliwe. - przenikliwie przesunął wzrokiem po sylwetce nauczycielki, może troszeczkę bardziej bezczelnie, niż powinien? - Jednak nie jesteś w stanie udawać, że takowej jej nie masz. Widziałem jak biegłaś dzisiaj do samochodu. Sądzę, że gdybyś tylko się postarała prześcignęłabyś niejednego maratończyka. - szczerość z uśmiechu Clive aż płonęła pośród obecności tej dwójki - poza tym ciało guwernantki prezentowało się lepiej, niż mijających go codziennie ćwiczących kobiet. Halo, był przecież facetem - a oni cechowali się głownie jako typowi wzrokowcy.
    Dlatego nie można się dziwić gdy dostrzegł, jak w przeciągu chwili - od pewnej siebie, rzucającej „na prawo i lewo” prowokującymi tekstami zamieniła się w nieśmiało, wręcz cukierkową niewiastę, uśmiech chłopaka poszerzył się bardziej - czuł „w kościach” że zdecydowanie wygrywa tą rozgrywkę - choć z drugiej strony, może to kolejne, specjalne posunięcie Panny Pilby, aby uśpić jego czujność? - To nie ja Cię zatrudniałem, ale fakt punkt dla Ciebie. - odrzekł, poruszając tym razem obiema brwiami - w geście rozbawienia, Clive nie zajmował się tymi sprawami - tylko Calliope rzecz jasna facet miał do gadania jeżeli by mu coś nie podpasowało, ale do tej pory jeszcze ani raz nie rzucił żadnego veto względem pracowników. A od dzisiaj zaczynał czuć, że na Molly nie byłby w stanie powiedzieć, żadnego przykrego słowa. - Czyli nic się przed Tobą nie ukryję? - zaśmiał się cicho, lecz miał wrażenie, że wcale nie rozmawia ze swoją podwładną, czyżby ich wspólna pogawędka nieumyślnie nachodziła na definicję flirtowania?
    Pojął to w momencie zmiany atmosfery - niczym jakby temperatura wzrosła od milion dziesięć stopni za dużo, za długo na siebie patrzyli - za wiele myśli pojawiło się w głowie głównego zainteresowanego; więc widocznie oboje mieli szczęście gdy nagle usłyszeli huk gotującej się wody w czajniku. Clive automatycznie poprawił się na krześle, jedną dłoń podniósł wyżej - aby poprawić sobie górną część czarnego golfa, która zaciskała się na jego szyi. - Hmm...? - spojrzenie ukierunkował na twarzy szatynki i wcale nie przeszkadzał mu fakt, że ona tego nie odwzajemniała, może było lepiej, jak nie patrzyła? - Tak, słyszałem. Nie powinien odchodzić, mało jest takich chirurgów, szpital na tym tylko straci. - przyznał zgodnie z swoimi przemyśleniami. Według niego Morrison należał do wyjątkowych lekarzy, nie tylko cechujących się doskonałą precyzją podczas operacji, ale również potrafił być człowiekiem, współczującym, czułym i dającym nadzieję. - Owszem, razem z Callie dostaliśmy niedawno zaproszenie. - mruknął niezbyt chętnie, ponieważ niekoniecznie widziało mu się przebywanie na jakichkolwiek bankietach. - O... - rzucił z ewidentnym zaskoczeniem widocznym na twarzy. - Też idziecie? - nie mógł udawać, że się tego spodziewał, wręcz uderzyło go to z podwójną siłą; aktualnie zdał sobie sprawę, jak pomimo wielkości miasta - może okazać się ono takie małe. - Jeżeli przyjdziemy, to czemu nie? - wzruszył ramionami, wciąż nie będąc do końca przekonany imprezą, szczególnie że sam już tam nie pracował i na pewno nie uniknie pytań cechowanych stylem „jak się czujesz?” A Thornton nie był jeszcze na siłach, aby na nie odpowiadać. - To zależy od Calliope i jej dyżuru. - bzdura, odkąd byli w separacji to wcale nie musieli rozmawiać kto-z-kim-gdzie-po-co-idzie, ale Paloma wcale nie musiała wiedzieć o aktualnej sytuacji małżonków, nieprawdaż? - Przecież nie wybiorę się tam bez żony. - stwierdził, jakby w ten sposób próbując się bronić, choć jeżeli była tak sobą obserwatorką, to zapewne nie umknęło jej uwadze, że ta dwójka praktycznie ze sobą nie rozmawia.
     
     


    Chinatown


    29

    współczesna guwernantka

    Baby, I care for you so don't make me go dancing alone

    I'll wait by the stairs for you - wrapped up in smoke

    Paloma Molly
    Pilby

    mów misłoneczko
    kontaktpw
    MULTIAntek

    2020-10-18, 12:51


    - Ah tak? Powinnam znać wszystkich znajomych mojego znajomego? – w porządku, Logan pozostawał kimś znacznie bliższym; aczkolwiek sens pytania wydawał się wybrzmieć znacznie mocniej w powyższym zestawieniu. – Oczywiście! Opowiedziałam mu o Tobie, ale nie bój się. To lojalny przyjaciel i nie wyjawił mi żadnych, Twoich pikantnych sekretów. – wcale nie kryła się z tym, że rozmawiała o chirurgu. Po pierwsze: całkiem naturalnym jest gadanie o pracy z kimś zajmującym miejsce w kręgu najdroższych. Po drugie: nie musiała się wstydzić. Nie robiła niczego złego. Paplanie o pracodawcy nie figuruje jako przewinienie. – Co mówił... o czym? – w ciemnych oczach znowu pojawił się charakterystyczny błysk. Ten, iskrzący się w tęczówkach; gdy kobieta dominowała. – Starasz się ustalić czy dał Ci odpowiednią rekomendację? – intensywnym spojrzeniem przesunęła po twarzy Thorntona. Jak? Jak do tego doszło? Naprawdę siedzieli w drobnej, czarującej kuchni dogadując sobie; skutecznie umilając nieprzyjemny wieczór?
    Z uwagą przypatrywała się długich, zgrabnym palcom sunącym po blacie stołu. Clive trafił w dziesiątkę. Hipokrytka. Łapała go za słówka równocześnie marząc o złotym pierścionku. – Powiedz... – z westchnieniem przetańczyła wzrokiem po ścianie, naraz wlepiając ślepia w mężczyznę. – ...obrączka jest dobrym talizmanem? – wyglądała jak wierny w oczekiwaniu na rozgrzeszenie. Potrzebowała zapewnienia. Powtórnie zwracała się w stronę blondyna; gdy szukała pewności. Powoli zostawał czymś w rodzaju opoki Molly.
    Zarumieniła się. Cholera jasna, na poważnie spłonęła dziewiczym rumieńcem zarówno pod ciężarem jego lustracji jak i wypowiadając zdanie; które nie powinno przejść jej przez gardło: – Na pewno nie ukryją się istotne rzeczy. I ważni ludzie. – łechtała jego echo, przecież każdy człowiek z wyższych sfer posiada również zawyżone poczucie własnej wartości? Więc dlaczego Palomie zdawało się jak gdyby wielka posiadłość, samochody, kaszmirowe sweterki były fasadą skrywającą kogoś znacznie wartościowszego? Kogoś kto uśmiecha się nostalgicznie na wspomnienie niegdysiejszych podróży z ukochaną; kto patrzył w sposób zdolny uspokoić jak i rozdygotać złamane serce?
    Po śmierci przyjaciela Morrison przejął ojcowską rolę w życiu szatynki. Czy to z powodu dobrego serca czy może przyczyna leżała na granicy poczucia winy – Franklin w regularnych interwałach odwiedzał dom rodzinny państwa Pilby. Lo przywoził upominki, z jej starszym bratem grywał w szachy a z matką wdawał się w długie rozmowy wspominające Thomasa. Zawsze wypowiadał się o nim ze wstydem. Frank najwyraźniej nie pogodził się z faktem, iż uliczny korek za nic miał sobie czekającego na operację pacjenta. Nigdy nie zdołał wybaczyć sobie wybrania drogi przez Ballard Bridge. Wiele nocy zastanawiał się czy po obraniu innej trasy przyjechałby do szpitala na czas? Udałoby mu się uratować przyjaciela, a Molly dorastałaby pod opieką kochającego taty? Nie potrafiąc odnaleźć odpowiedzi robił jedyną rzecz sprawiającą wrażenie wyciszającej wewnętrzną bestię żalu – pomagał. A wpisując się w listę przedstawicieli płci „brzydkiej” o wyjątkowo żelaznej ręce oraz tradycjonalistycznym podejściu do świata: kształtował szatynkę wedle własnego, filozoficznego uznania. Ponieważ poddawała się jego osądom, niejednokrotnie uznając je za pewnik ostatecznie począł odczuwać większą dumę z niej niż z własnej, biologicznej córeczki. Nic więc dziwnego, że na przyjęcie z okazji odejścia na emeryturę nieoficjalne zaproszenie guwernantka otrzymała na długo przed pozostałymi. Ciężko przychodziło utrzymanie tej tajemnicy, więc kobieta z ulgą przyjęła dzień w którym plik listów poszedł w świat; zaznaczając, iż na imprezę trzeba ubrać „wizytowy strój”. Co bezustannie wprowadzało ją w dzikie podekscytowanie.
    Kiwnęła, ewidentnie zgadzając się z opinią rozmówcy. – Fantastyczny specjalista. Tak, przyjdziemy. – minimalnie spochmurniała. Samotny wyjazd Richa nadal bolał, czego nie potrafiła ukryć. Snucie planów pierwszy raz od dawna jawił się jako dosyć naiwne. Z ponurych rozmyślań wyrwało szatynkę (retoryczne?) pytanie Thorntona. – Czemu nie? To Twój dobry kolega, zgadza się? Mentor? – według nauczycielki, nie powinien uzależniać tego wyjścia od pracy żony; ale Lolly miała specyficzne podejście do podobnych spraw. – Jesteś facetem. Nie potrzebujesz pozwolenia. - ...co mogło brzmieć dziwacznie; acz w łepetynie Pilby było sensowne. Jest facetem. To nie tak, że jako posłuszna małżonka powinien poprosić o zgodę. To nie tak, że mu nie wypadało. Jest facetem. Cieszy się przywilejami.
    _____________
      What if they’re right, what if we’re wrong
      What if I’ve lured you here with a siren song?
     
     


    Queen Anne


    35

    neurochirurg na przymuszonym urlopie

    I'm getting myself ready for the next wave for whatever comes.

    It's going to be a lonely one but at the end I will see happiness.

    Clive Mozart
    Thornton

    mów mi.
    kontaktpw
    MULTIClaribel

    2020-10-18, 16:45


    Wbijając w nią jedno ze swoich ostrzejszych spojrzeń z jego ust wydobyło się cięższe westchnięcie, przez moment jeszcze obserwował dziewczynę w ciszy, by ostatecznie wywrócić ślepiami w geście poddania. - Niczego takiego nie powiedziałem... - mruknął, starając się nieustannie utrzymywać z nią kontakt wzrokowy. - Dobra, może i zasugerowałem... ale to źle? Zwyczajnie uznałem, że istnieje taka możliwość, poza tym Philip to dobry facet, tylko trochę pogubiony. - lecz kto w tych czasach nie jest? Zwłaszcza Ci, którzy niegdyś stracili jedną z najbliższych im osób, Clive nawet nie był w stanie sobie wyobrazić takiej utraty, z tego względu ciężko było mu rozmyślać na temat młodszego brata w pozytywach - rzecz jasna chciałby mu pomóc, wpłynąć w jakikolwiek sposób na osobowość żeglarza, ale czy byłby w stanie? I wtedy naszła go myśl, być może głupia, bezsensowna i nie warta zachodu, lecz co jeżeli to właśnie stojąca przed nim panienka Pilby mogłaby uratować biednego, owdowiałego drugiego Thorntona? Zmienić jego tor drogi - nauczyć cieszyć się pięknem tego świata, ochronić przed wszystkimi przeciwnościami losu - cóż, lekarzowi pomagała, chociażby swoją obecnością, uśmiechem a także przeuroczym śmiechem, jednakże wtedy w okolicach żołądka chirurga narodził się niespodziewany gorąc, czyżby w ten sposób jego ciało dawało znać, że nie jest gotowy aby dzielić się guwernantką? - Wierzę Ci, gdyby cokolwiek Tobie wyjawił nie omieszkałabyś, aby mi o tym nie wspomnieć, przy pierwszej, możliwej okazji. - stwierdził rozbawiony, z drugiej strony doskonale wiedział, że tak naprawdę Logan nie miał o czym opowiadać, może i znali się w dzieciństwie, może i spędzali ze sobą wiele czasu - czy to w obecności Phila, czy gdy go nie było, lecz starszy Thornton od zawsze wzorował się perfekcyjnością, nie wdawał się w żadne bójki, a tym bardziej skandale - wbito mu do głowy ile jego nazwisko znaczy pośród mieszkańców Seattle i że podobne - łobuzerskie zachowania są po prostu nie na miejscu. - Myślę, że jakby dał nieodpowiednie, to nie zaprosiłabyś mnie do swojego mieszkanka. - czyżby „strzelił w dziesiątkę?” Nie był do końca pewien - aczkolwiek wolał się łudzić, że Shepherd odpowiednio dobierał słowa wobec jego osoby, by przypadkiem Molly z dnia na dzień nie zrezygnowała z posady i nie „uciekła z krzykiem.”
    Siedząc przed nią, dostrzegając jej obserwację z każdą minutą czuł się coraz dziwniej, choć może współgrało to z lekką fascynacją? Oczywiście, że nie był ślepy i wielokrotnie odczuwał na sobie wzrok innych kobiet, ale Lo... wydawała się wyjątkowa, jakby jej spojrzenie odzwierciedlało jego duszę, jakby widziała więcej, niż osłonkę „przystojnego mężczyzny.” - Sam nie wiem... - swój wzrok skoncentrował na błyszczącej, złotej obrączce znajdującej się na serdecznym palcu. - Początkowo pełni rolę niczym jak „peleryna niewidka.” - uśmiechnął się, przy okazji unosząc delikatnie jedno ramię. Ostatnio Steven wkręcił się w „Harrego Potter'a” więc Clive uznał to za perfekcyjne porównanie. - Stajesz się niewidocznym dla większości płci przeciwnej, choć są też takie osoby, które to jeszcze bardziej nakręca. - owszem, wiele pielęgniarek kilkukrotnie próbowało z nim flirtować, w końcu romans z żonatym mężczyzną potrafi być w pewien sposób podniecający, nieprawdaż? - Nie nazwałbym jej „talizmanem” a raczej widoczną gołym okiem „obietnicą...” - wspólnego życia, miłości, wsparcia. - Nie wszyscy jednak potrafią z tego skorzystać. - może i starał się być dla Callie dobrym mężem, lecz ostatnie wydarzenia raczej dają idealny pogląd na rozpad związku - bo choć wciąż nosił złoty pierścionek, miał wrażenie, że w pewnym sensie opadł on na sile.
    - Ważni ludzie...? - powtórzył za nią niepewnym tonem głosy, nawet na moment nie odrywając spojrzenia. Bicie serca zdecydowanie się zwiększyło, podobnie jak wrzenie jego krwi. Nie powinna mówić takich rzeczy, albowiem wiedział, że to niestosowne, więc dlaczego zamiast jej przerwać oraz zbesztać pragnął o więcej? Dlaczego ta kobieta w jednym zdaniu potrafiła zawrzeć wszystkie oczekiwania mężczyzny? Czyżby dwa miesiące wspólnego przesiadywania doprowadziły do całkowitego poznania? Pozwolił się rozgryźć? Kiedy? Jak... I po co? Przecież nie mogli, została zatrudniona, aby zajmować się jego synem - a nie wprowadzać zamęt w myślach lekarza.
    Gdy ujrzał jej spochmurniałą twarz, jakby automatycznie wyciągnął dłoń zakrywając jej - ten gest był niewłaściwy, lecz zaślepiony smutkiem nauczycielki zupełnie zapomniał o kwestii „dobrego wychowania.” Zniewolony jej charyzmą, pozwolił sobie na dany dotyk, palcami pieszcząc wierzch skóry dziewczęcia. - Tak, był moim mentorem... ale. - przez moment patrząc na ich dłonie, powolnie zsunął swoją chwytając w nią kubek, który przystawił do ust. Kilka głębszych łyków, by ostatecznie głęboko odetchnąć. - Możliwe, że przemyślę Twoje słowa. - w sumie ZNOWU miała rację, albowiem nie musiał się spowiadać z wyjścia z domu, zwłaszcza iż Callie również nie tłumaczyła mu się w chwilach wracania do posiadłości o wiele później niż przedtem miała w zwyczaju. - Ale bal maskowy... serio? - Morrison był po siedemdziesiątce, naprawdę chciało mu się bawić w podobne przebieranki? - Nie uważasz, że to... - niestety, po raz kolejny nie było mu dane dokończyć - jakby niewidzialna siła broniła go przed urokiem panny Pilby, ponieważ nagle telefon nauczycielki zaczął rozbrzmiewać dźwiękiem po całym pomieszczeniu. Kiedy odebrała i dostrzegł jej minę - pełną nadziei, radości - ekscytacji, przez kilka minut siedział w ciszy, by w końcu podnieść się z miejsca i odstawić prawie pusty kubek do zlewu, następnie ruchem dłoni zaprezentował Molly swoje wyjście - po kiwnięciu przez nią głowy zniknął za dziwami.
     
     


    Chinatown


    29

    współczesna guwernantka

    Baby, I care for you so don't make me go dancing alone

    I'll wait by the stairs for you - wrapped up in smoke

    Paloma Molly
    Pilby

    mów misłoneczko
    kontaktpw
    MULTIAntek

    Wczoraj 19:21


    Nie bała się go. Nawet, gdy patrzył na nią w ten sposób. Niczym dorosły rugający rozwydrzone dziecko. Zamiast pokornie unikać spojrzenia chirurga unosiła bródkę ku górze rzucając mu tym samym nieme wyzwanie. – Naprawdę...? Opowiedz mi o nim. – bardziej niż tajemniczym Phillipem pozostawała zaciekawiona reakcjami rozmówcy. Nachyliła się nad stołem i wodziła oczyma po siedzącej przed nią sylwetce. Nigdy wcześniej nie rozmyślała nad dalszą rodziną mężczyzny. Ilu miał braci? Ile sióstr? Jak bliscy sobie byli? Czemu ich nie widywała? A może widziała, ale któregoś z Thorntonów uznała za zwykłego przyjaciela, niezwiązanego z gospodarzem więzami krwi? Jeżeli tak, bracia nie byli do siebie podobni. Co bezustannie zaskakiwało skoro ona i jej braciszek posiadali więcej podobieństw niż różnic. Przynajmniej z pozory, od zewnątrz.
    Owszem, strzelił w dziesiątkę i nie było już czego dopowiadać. Tym razem Molly pozwoliła mu wygrać. Delikatnym uśmiechem zakończyła kwestię Logana. Tak czy owak, pomimo wygadania wolała nie „plotkować” o najdroższym Lo pod jego nieobecność.
    Odpowiedź dotycząca małżeństwa nie zdołała usatysfakcjonować ani zapalić lampki nadziei w chwilowo wypełnionych ciemnością czeluściach serca guwernantki. Wypowiedź Clive’a brzmiała jak ostrzeżenie: przed potencjalnymi „przedstawicielkami płci przeciwnej” czekającymi na zanurzenie szponów w Richardzie. Przed kłótniami, rutyną. Łamaniem owej magicznej obietnicy, której treść zdawała się dziewczynie świętsza niż sam dekalog.
    Nie powinna była, lecz powiedziała. Nienachalnie, naturalnie – odsłoniła czuły punkt pozostający łatwością z jaką dostrzegała piękno w drugim człowieku. Szybko się zakochiwała – nie wyłącznie romantycznie a również platonicznie. Im częściej gadała ze sposępniałym pracodawcą; tym mocniej zanurzała się w cieple jakie generowało jego towarzystwo w podbrzuszu szatynki. Symultanicznie – nie śmiałaby charakteryzować owego odczucia w jakichkolwiek kategoriach wykraczających poza przyjacielskie. Naiwnie nie dawała wiary w możliwość zadurzenia lub poddania rosnącej fascynacji kimś innym niż partnerem.
    Na dźwięk dzwonka podskoczyła nerwowo. Rozbita uwaga rozproszyła nostalgiczny nastrój, a piksele układające się w imię lubego momentalnie zmieniły Molly w niewolnika toksycznego związku. – Przepraszam, ja... Nie powinnam... Niech czeka, my roz-rozmawialiśmy... Ale niegrzecznie byłoby nie odebrać. – szukając w rozmówcy wsparcia, koniec końców odebrała.
    I liczył się tylko głos mężczyzny po drugiej stronie słuchawki. Jedno słowo a rozpacz, zdrada, niesprawiedliwość zniknęły niby za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Na pożegnanie, Pilby machnęła słodko rączką – zbyt skupiona na Donnellym; by uraczyć Thorntona większym gestem.

    /2zt
    _____________
      What if they’re right, what if we’re wrong
      What if I’ve lured you here with a siren song?
     
     
    Wyświetl posty z ostatnich:   


    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Wersja do druku
    Dodaj temat do ulubionych

    Skocz do: