kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Szukaj
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
posy
inissia
robert
myre
uwaga
WEATHER ALERT! Ostrzeżenie przed burzami dla obszaru Seattle.Czytaj dalej.
uwaga
Powstało subforum o nazwie "Alternatywna rzeczywistość".Więcej tutaj
uwaga
Jakiekolwiek problemy prosimy zgłaszać do adminów lub w tym temacie. W razie kłopotów z wyglądem strony pomoże twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.

Znalezionych wyników: 107
Dreamy Seattle Strona Główna
Autor Wiadomość
  Temat: Kto do kogo pasuje?
Lia Bennett

Odpowiedzi: 8896
Wyświetleń: 173080

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2021-03-02, 11:24   Temat: Kto do kogo pasuje?
Myślę, że całe forum PRÓCZ Bastiana :hihi:
  Temat: Chapter One: The first meeting
Lia Bennett

Odpowiedzi: 3
Wyświetleń: 205

PostForum: retrospekcje   Wysłany: 2021-03-01, 23:46   Temat: Chapter One: The first meeting
Podemując decyzję o wypowiedzeniu na głos pierwszego możliwego rodzaju dosyć pokracznej pokuty jaka tylko wkradła się do funkcjonującego aktualnie na kilku wyjątkowo odmiennych płaszczyznach umysłu dziewczyny ("Kim jest McNulty?", "Dlaczego zawodnik z numerem trzynaście przerzucił piłkę do tego z numerem dwadzieścia? Ona przerzuciłaby do siedemnastki.", "Czy nie robią sobie krzywdy kiedy tak turlają się po murawie?", "Tak właściwie to chyba przyszła tutaj coś organizować... ", "Mecz charytywny!"), kompletnie nie wierzyła, że ktokolwiek kiedykolwiek zainicjuje jej wykonania. Z jednej strony kara za zaangażowanie, z drugiej zaś za niechęć do aktywowania zwojów mózgowych, co wyrażało przecież kategorie kompletnie niemożliwe do skonfrontowania. Łatwo więc jest sobie wyobrazić jak ogromne było zdziwienie Lii Bennett, kiedy dostrzegła, że dwóch nieznajomych określanych mianem Sancheza oraz McNulty'ego całkowicie realnie opuściło swoje podwórko pokryte perfekcyjnie prostymi, białymi liniami stanowiącymi wyznaczniki pól punktowych i udało się na to należące do Sandersa, a więc pobocze boiska, rozpoczynając tym samym narzucony trenerskim rygorem bieg.
Zawodnik "Twe-życzenie-jest-dla-mnie-rozkazem-o-pani" o kruczoczarnej fryzurze, gdzie kilka kosmyków oddzieliło się niesfornie od reszty tym samym lekko opadając na jego czoło i w którym to najwidoczniej dość niespodziewanie objawił się rycerski zryw, bardzo szybko zdobył widoczną gołym okiem, a więc definitywnie znaczącą przewagę nad swoim drużynowym kompanem (bądź też krową-Sanchezem). Z każdą upływającą sekundą pozostawiał go coraz bardziej i bardziej w tyle - jedynie kwestią czasu było to aż zjawi się przy sportowym "mentorze" jako pierwszy choć wydawać by się mogło, że zdecydowanie bardziej usatysfakcjonowałoby go określenie wygrany.

Jestem McNulty.
Budowę ciała miał taką osiem na dziesięć. Mięśnie malujące się na materiale sportowej koszulki sprawiały wrażenie imponujących, ale... Przesadnych? Bez wątpienia zbudował je tylko i wyłącznie dzięki nielegalnym środkom zdobytym w "miejscu-gdzie-wszyscy-je-zdobywali", a więc w rogu chronionym przed wzrokiem tych niepożądanych, tuż za trybunami stadionu lekkoatletów. Jako świeżo upieczona przewodnicząca doskonale zdawała sobie z tego sprawę, niech nikt nawet nie myśli, że było inaczej i zamierzała podjąć tę nierówną walkę z niewidzialnym wrogiem, do upadłego! Wracając jednak do muskulatury... Ta Sancheza podobała jej się o wiele bardziej.
Z twarzy chyba też ósemka, ale przecież w tym świetle wszyscy wyglądali przesadnie gładko, prawda?
Tyłek maksymalnie sześć na dziesięć, mogła przyjrzeć mu się dokładnie podczas biegu dookoła boiska.
Jednak w ostatecznym rozliczeniu nie dałaby mu więcej niż osiem na dziesięć. Bez żadnego haka.

- Johnson, do jasnej cholery, Twoje rozegranie było tak przewidywalne jak to, że moja przeklęta teściowa znów zjawi się podczas Święta Dziękczynienia! Chicago Bears będą robić Cię jak dziecko! Spójrz na to... - stary Sandy najwyraźniej odnalazł kolejną już ofiarę dzisiejszego wieczoru i tym razem został nią niejaki Johnson choć ten nie sprawiał wrażenia buntowniczej duszy pokroju samego Huntera, który gotów był w każdej chwili uraczyć trenera zjadliwym komentarzem. Chłopakowi zdecydowanie bardziej było po drodze z uczniem pokornym i roztropnym, uczniem gotowym w ogromnym skupieniu wysłuchać wykładu dawnego sportowca i przynajmniej postarać się wprowadzić go w to przyszłe życie. Sanders porzucając na kilka chwil swojego gościa, a więc Lię, ruszył przed siebie krokiem pospiesznym i przepełnionym pewnością siebie, z kilkoma kartkami śnieżnobiałego papieru ułożonymi na twardej, granatowej podkładce w jednej dłoni i czarnym flamastrem w drugiej.
- A Ty, McNulty, zachowuj się. Lia, musisz wiedzieć, że niedawno treningi cheerleaderek zostały przełożone na inną porę i Hunter od pewnego czasu jest zrozpaczony. Bądź dla niego wyrozumiała. - nim trener znalazł się ramię w ramię ze swoim podopiecznym Johnsonem, z którym zamierzał odbyć poważną rozmowę, przystanął jeszcze w pół drogi znacząco oglądając się za siebie przez silne ramię. Tę dokuczliwą aluzję brunetka odczytała, nie wiedzieć czy poprawnie czy też nie, jako oznakę ogromnej sympatii Sandersa wobec młodego quarterbacka oraz dowód na to, że wbrew pozorom w drużynie tej panowała świetna atmosfera. Kąciki jej ust po raz kolejny tego wieczoru wyraźnie uniosły się ku górze kształtując tym samym parabolę promiennego uśmiechu. Mężczyzna zaczął rozrysowywać na papierze z całą pewnością jedną z taktyk, nad którą być może rozmyślał przez niejedną noc, a bynajmniej o tym świadczyć miały liczne kółka, kreski i strzałki, które pojawiły się na szkoleniowej papaterii.
Oznaczać mogło to tylko jedno - Washington Huskies będą mogli popisać się asem wyciągniętym wprost z rękawa na najbliższym meczu albo... Chwilowo Lia i Hunter zostali tuż przy linii boiska zupełnie sami.
- Mała? - z ust chodzących stu siedemdziesięciu trzech a może siedmiu centymetrów wzrostu czy też posiadaczki dwudziestu dwóch a może trzech wiosen życia wydobyła się pojedyncza wiązka wyrazu szczerego rozbawienia, nienachalna aczkolwiek bez wątpienia wyraźnie słyszalna dla uszu sportowca już od dłuższej chwili wcale nieosłoniętych ochronnym kaskiem, którą uwieńczyło lekkie drgnięcie ramion. Nie była ona przejawem prześmiewczości, nie była przejawem świętego oburzenia Lii Bennett, a to miało miejsce wtedy, gdy chociażby po raz kolejny dostrzegła, że ktoś ozdobił szafkę Jimmy'ego Butlera nieszczególnie cenzuralnymi malowidłami. Choć wokół tej reakcji został wybudowany bardzo gruby mur zwany "Wesołością" tak w chwili obecnej próbowało skruszyć go krystaliczne zdziwienie. Osoby, które zwykła nazywać swoimi najbliższymi tutaj, pośród uniwersyteckiej społeczności nigdy nie zwracały się do niej w taki sposób, a ostatni raz, gdy "dane jej było" usłyszeć podobne określenie wymierzone we własnym kierunku stanowił dzień, kiedy wracając z zebrania samorządu natknęła się na grupkę "młodych gniewnych" przesiadującą na styku chodnika oraz jezdni, która uraczyła ją (oburzającym) "Zgubiłaś się, mała?" oraz ofertą odnalezienia drogi do domu. Czyżby i Huntera McNulty'ego czekała świetlana przyszłość dzielnicowego łobuza?
- W zupełności wystarczy Lia, bardzo mi miło. - rozprostowała rękę na całej długości by wyciągnąć otwartą dłoń w kierunku McNulty'ego z zamiarem jej lekkiego, zapoznawczego uściśnięcia. W końcu najprawdopodobniej w najbliższym czasie będą mieli okazję podjąć drobną współpracę, o ile Dan Dupek i konflikt personalny nie pokryją grubą warstwą kurzu jej ambitnych i zarazem pięknych (jak dla kogo, oczywiście) inicjatyw. Profesjonalizm przede wszystkim! Oczywiście nie miał on kompletnie wpływu na ton wypowiedzi brunetki, który w dalszym ciągu utrzymywał się w konwenansach uprzejmości oraz sympatii z założenia, a od samej brunetki nieustannie biła szczerość i radość, nie zaś chęć odwetu.
- Jesteś kapitanem drużyny, prawda? Jeśli odpowiesz teraz "Nie" będę bardzo zaskoczona. To rozstawianie wszystkich po kątach było dość imponujące. - przyglądając się chłopakowi posłała w jego kierunku uśmiech na pograniczu figlarności i złośliwości.
Jeśli była na tym świecie choć jedna rzecz, w którą Lia Bennett nie wierzyła, to natychmiast mogłaby wskazać stereotypy, utarte schematy, plotki, które szczęśliwie do niej nie docierały, cudze ostrzeżenia oraz wersje kontrowersyjnych wydarzeń (jak wiadomo, punkt widzenia jest zależny od punktu siedzenia). Lia wierzyła przede wszystkim w moc swoich własnych obserwacji, dłuższych bądź krótszych oraz doświadczeń.
Dlatego też dziś Hunter McNulty posiadał w jej oczach zupełnie czystą kartę, którą mógł świadomie zapełnić jakkolwiek tylko zechciał. Nie umieściła go w szufladce podpisanej "To na pewno typowy przykład popularnego sportowca, który zmienia dziewczyny jak rękawiczki".
Nie umieściła go w szufladce podpisanej "To na pewno tępy osiłek, dla którego znaczenie ma tylko sto dwudzieste piąte selfie wykonane w lustrze miejscowej siłowni, z koszulką niby przypadkiem celowo podciągniętą ku górze by ukazać wszystko to, co zwane jest sześciopakiem".
I wreszcie, nie umieściła go w szufladce podpisanej "Nic innego nie ma znaczenia tylko to, że jest przystojny".
Po prostu patrzyła na niego jak należało patrzeć na człowieka - zbiór przeżyć, emocji, uczuć i zagmatwanych losów.
- W każdym razie. Przychodzę tutaj, bo mam dla Twojej drużyny pewną... Propozycję. Mógłbyś poświęcić mi dosłownie kilkanaście minut, a ja w tym czasie ze wszystkim Cię zapoznam? Rozumiem, że jesteś zmęczony po treningu, że chciałbyś wykorzystać te ostatnie chwile dnia w jakiś ciekawy sposób, ale to naprawdę dla mnie ważne. Tylko kilkanaście minut. - mimika twarzy Lii zmieniła się znacząco jeśliby porównać ją z tą sprzed dosłownie chwili. Powaga i przejęcie było tym, co teraz mógł obserwować Hunter. - Od razu uprzedzam, nie należę do żadnego religijnego stowarzyszenia, które będzie próbowało Cię przekonać do wkroczenia na drogę światła i miłości, nie musisz się obawiać. Jedyna rzecz, do której mogę Cię namawiać, to zmiana sposobu podawania piłki... Podczas naszego meczu. - sama nie wiedziała co też ją podkusiło by wypowiedzieć akurat te słowa w momencie, gdy potrzebowała widzieć w nim towarzysza, a nie wroga, ale najwidoczniej złośliwości lekkiego kalibru okazały się być rwącym nurtem niemożliwym do powstrzymania. Wchodzić w kompetencje wielkiego Pana Kapitana i oskarżać go o popełnienie błędu (podczas gdy sama nie miała pojęcia o jego specjalności...)?!
Niewybaczalne.
Wydawać by się mogło, że dzisiejszy trening dla pozostałych kilkunastu graczy również dobiegł końca, o czym świadczyć miały kaski raz po raz zdejmowane z głów i ich leniwe kroki w drodze do szatni.
  Temat: wait, zaraz wracam
Lia Bennett

Odpowiedzi: 20
Wyświetleń: 499

PostForum: relacje   Wysłany: 2021-02-25, 19:01   Temat: wait, zaraz wracam
Witam :roll:
Doszły mnie słuchy, że to Ty jesteś byłą narzeczoną, która niespodziewanie opuściła mojego kuzyna, bez słowa wyjaśnienia, wprawiając go tym samym w SMUTNY nastrój :-|

Podczas trwania tych "dobrych czasów" mogłyśmy się znać z wszelakich rodzinnych spotkań, lubiłam Cię i marzyłam o tym by obsypać Ciebie i Nate'a ryżem podczas Waszego ślubu :lol:

Teraz natomiast jestem bardzo niezadowolona z Twojego powrotu i mam mnóstwo obaw z nim związanych! (jakby to kogoś interesowało :lol: )
  Temat: Nathaniela
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 205

PostForum: telefony   Wysłany: 2021-02-25, 16:30   Temat: Nathaniela
Lia
Nate...
Powinieneś o czymś wiedzieć...
!!!
  Temat: Zamówienia
Lia Bennett

Odpowiedzi: 1392
Wyświetleń: 23293

PostForum: sprawy organizacyjne   Wysłany: 2021-02-24, 22:04   Temat: Zamówienia
Aktywacja postaci
Postać: Lia Bennett
Wizerunek: Jessy Hartel
Link do posta z rezerwacją: tutaj
Link do posta fabularnego: tutaj

[ Komentarz dodany przez: Posy Alderidge: 2021-02-24, 23:14 ]
Gotowe
  Temat: Chapter One: The first meeting
Lia Bennett

Odpowiedzi: 3
Wyświetleń: 205

PostForum: retrospekcje   Wysłany: 2021-02-24, 22:00   Temat: Chapter One: The first meeting
Kwiecień 2018
Seattle, WA


- Wychodzę! Nie czekaj na mnie z kolacją, tato!
- Zamierzasz spędzić całe życie w uniwersyteckich murach?!


Choć już minimum dekada dzieliła chwilę obecną od tej, w której całkowitą hegemonię nad wszelakimi źródłami pozyskiwania informacji przejęła pajęcza sieć zwana Internetem, Seattle News wciąż pozostawało najpopularniejszą gazetą w mieście jeśli mowa o kategorii prasy codziennej. Mimo tego, że na piątej stronie niestrudzenie swoje imperium odnajdowała rubryka sportowa, na siódmej plotkarska, a na ostatniej meteorologiczna, tak zawsze pierwsze pociągnięcia smyczkiem w tym informacyjnym kwartecie wygrywały skrzypce zwane stroną główną z wyjątkowo prostej przyczyny - to ona mieściła wydarzenia najbardziej dramatyczne i wstrząsające, a więc z punktu widzenia ludzkiej natury i niczego więcej, te wzbudzające największe zainteresowanie.
W powierzchownym oszacowaniu, dwa tygodnie temu litery - zapisane czcionką prostą, bez jakichkolwiek udziwnień i dzięki temu słusznie reprezentujące sobą ogrom powagi - w egzemplarzu, który spoczywał na jej kuchennym stole pomiędzy dzbankiem soku pomarańczowego a pudełkiem płatków owsianych ułożyły się w tajemniczą sekwencję tworząc tym samym napis o budzącym natychmiastowe współczucie wydźwięku "23-latek walczy o życie po zderzeniu z pociągiem na niestrzeżonym przejeździe..."

Jak zdołał dowiedzieć się nasz reporter, 23-latek, który uległ wypadkowi jest studentem Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Chłopak przebywał w pojeździe sam, wokół nie było kompletnie żadnych świadków zdarzenia, nikt nie jest w stanie sprecyzować co dokładnie wydarzyło się w nocy z 20 na 21 marca i dlaczego musiało dojść do tak fatalnej w skutkach kolizji. Pomoc została wezwana przez roztrzęsionego motorniczego, który uruchomił także hamulec bezpieczeństwa w wyniku czego lekko ranni zostali trzej pasażerowie pociągu. Lekarz prowadzący określa przeżycie kierowcy Nissana mianem cudu.

Oto jest doskonały dowód na to jak bardzo cienka granica może dzielić cud - radość, wzruszenie, eksplodujące, niemożliwe do zobrazowania szczęście od utrapienia - frustracja, niemoc, rozżalenie. Nowe życie okazało się nie być dla Daniela Andersona nieprawdopodobnym wybawieniem z ogromnej opresji, nie było także tym co skłoniłoby go do ofiarowania intensywnych modłów przed ołtarzami wszelakich bożków i większych bóstw ani nawet złożenia daru w postaci symbolicznego, nieco wymiętego już banknotu wyjętego z kieszeni spodni. Nasuwa się więc i pytanie jak bardzo nadużywane może być to słowo, gdy spogląda się na rzeczywistość z perspektywy nie zapłakanego rodzica, a człowieka, który dopiero wkroczył na grząskie (aktualnie przypominające ruchome piaski tylko czające się by wciągnąć w swą otchłań nieświadomego wędrowca) grunty dorosłego życia, które przecież miało być rewelacyjną przygodą, niekończącą się zabawą, licznymi otwartymi furtkami, a już teraz zostało mu odebrane wszystko.

Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Operacja trwała prawie czternaście godzin, ale pojawiły się komplikacje...
Już nigdy więcej nie rozegra spontanicznego meczu koszykówki na tym maleńkim boisku, jedynym w całej dzielnicy, którego rogi pokrywał nieco kruszący się już beton, oznaka sędziwości. Już nigdy nie prześcignie Franka Newtona w tryumfalnym biegu przypadającym na ostatnie sekundy przyjacielskiej rozgrywki i nie zawiśnie widowiskowo na obręczy kosza wyścielonej siatką o grubych oczkach, gdzieniegdzie podartą.

By ratować Twoje życie musieliśmy dokonać amputacji lewej kończyny dolnej...
Już nigdy nie odważy się zaprosić Katy Davies na coroczny festyn. Z jakiego powodu miałaby to robić skoro w oczach Daniela zasługiwała na najdoskonalszego chłopaka pod słońcem, a on był tylko zwykłą kaleką i nieudacznikiem.
Nie był idealny.
Już nie.

Nie martw się, istnieje wiele sposobów by żyć normalnie...
Już nigdy nie opuści domu, juz nigdy nie zostanie królem parkietu, już nigdy nie pójdzie na kręgle, już nigdy...

Nie.
Wewnętrzna strona dwóch wyimaginowanych palców otarła się o siebie z odpowiednio silnym naciskiem tym samym wywołując dźwięk cichego pstryknięcia, które spowodowało, że hipnotyzujący pesymizm, zawodowe czarnomyślicielstwo, agonia raniących wyobrażeń trzasnęła z łoskotem, rozpadając się na drobny, skrzący pyłek, który leniwie zbliżał się ku ziemi by lada moment zniknąć na jej powierzchni. Rozdeptany i rozniesiony.

Te myśli... Już nigdy nie wrócą.

Jak nakazały stanowcze choć zarazem obfitujące w specyficzną łagodność i pobłażliwość słowa trenera Sandersa, Lia miała zjawić się na idealnie przystrzyżonej i jednocześnie przybrałej doskonały odcień zieleni, jak gdyby dostarczonej wprost z irlandzkich pastwisk murawie stadionu Huskies dokładnie pięć minut przed zakończeniem wieczornego treningu futbolistów. Pozostało jej tylko sobie wyobrazić jak istotną rolę w pełnieniu funkcji trenera odgrywało odpowiednie zagospodarowanie każdej minuty tak by zajęcia były owocne do granic możliwości, a już zwłaszcza owocne z punktu widzenia przyszłych wyników, a więc sumiennie zamierzała dotrzymać słowa będąc tym samym ogromnie wdzięczną Sandersowi, że ten postanowił przystać na zaproponowany przez samą Lię układ. Niespełna godzinny, niespieszny spacer spowodował, że kroki stawiane przez brunetkę od kilkunastu sekund muskały obszerne, betonowe płyty gustownie przeplatane pasami zieleni, najwyraźniej w dbałości o to by płuca Ziemi zyskiwały na swej objętości a nie traciły, zmoro współczesnych czasów. Cóż, niemożność zdobycia uprawnienia do prowadzenia samochodu (to dopiero druga nieudana próba, w porządku?) wbrew pozorom posiadała i swoje zalety, a było nią chociażby to, że Lia zdecydowanie większą wagę przykładała do ruchowych kwestii zdrowotności! Jawiąca się już nie na horyzoncie, a w bezpośredniej bliskości wzroku Bennett ogromna litera "W" umiejscowiona w centralnym punkcie tuż nad automatycznymi drzwiami, tylko upewniła ją w przekonaniu, że dotarła właśnie do królestwa nikogo innego jak samych Washington Huskies. Kwietniowe wieczory nie należały jeszcze do wybitnie długich tak więc nienachalny półmrok roztaczający się na zewnątrz spowodował, że charakterystyczny symbol drużyny wyjęty wprost z jej logo rozbłysnął świetlistą purpurą, a wszystko to dzięki intensywnej pracy tysiąca małych diod. Nie była to jej pierwsza wizyta na stadionie, ale w tym momencie nie miało to jakiegokolwiek znaczenia - jeszcze nigdy nie zjawiła się tutaj z takim zamiarem jak dziś.
Pokonanie wejścia, oczywiście pod warunkiem, że nie był to dzień arcyważnych rozgrywek, stanowiło szereg czynności dziecinnie prostych w swoim wykonaniu i nieskąpanych żadną złośliwością rzeczy martwych, a te doprowadziły ją do jednego z czterech tuneli pomiędzy dolnymi trybunami. Choć nie posiadała duszy sportowca, a jej nadrzędnym celem nie było to by gablotę w przejściu przyozdabiały kolejne, coraz to obszerniejsze trofea, widok, który właśnie roztaczał się przed Lią za każdym razem wywierał na niej dokładnie tak samo duże wrażenie. Jego monumentalność; trybuny najpiękniejsze wtedy, gdy zapełnione były po brzegi, co do ostatniego miejsca; wielkie reflektory oświetlające teraz murawę, a także własny skrawek nieba wyłaniający się spomiędzy zabudowy najwyższego sektora, aktualnie zmierzający w kierunku atramentowego granatu.
Zawsze tak samo.
- Trenerze! - przekształcając swój zwyczajowy ton w ten o kilka decybeli wyższy, skorzystała z okazji, że mężczyzna znajdował się tuż przy grubej, białej linii boiska nieopodal obecnego położenia studentki. Już teraz była mu za to dozgonnie wdzięczna będąc przekonaną, że wszystko jest lepsze od bycia zmuszoną do biegania za nim i jego nerwowymi krokami wokół wyrysowanego prostokąta. Jeśliby rozważyć postać trenera Sandersa z punktu widzenia krystalicznej fizyczności, zdecydowanie miał on wiele wspólnego z całą zgrają swoich chłopców. Podobnie jak oni był mężczyzną wyjątkowo postawnym, o atletycznej posturze i muskulaturze. Choć lata aktywnej kariery sportowej zapewne miał już za sobą, zdecydowanie pozostawiła ona trwały ślad zarówno w jego umyśle jak i właśnie w ciele. Podobizn osobowościowych już ocenić nie potrafiła, wszak większość zawodników biegających aktualnie po boisku była jej zupełnie obca.
- Lia, właśnie przed chwilą o Tobie myślałem. Jeszcze tylko jedna rozgrywka i będziemy kończyć na dziś, a później zajmiemy się tym co najważniejsze, mam rację? - mężczyzna wydawał się posiadać nadzwyczaj rozwiniętą umiejętność podzielności uwagi, a świadczył o tym fakt, że choć jedna z jego "par oczu" w dalszym ciągu intensywnie wpatrywała się we wszystko to, co wyczyniali młodzi sportowcy tak ta druga zobligowała go do spojrzenia z ukosa na swoją chwilową asystentkę i posłania jej porozumiewawczego uśmiechu. Dziewczyna odwdzięczyła się dokładnie tym samym do grona swoich reakcji dołączając także radosne przytaknięcie.
- A teraz wybacz, młoda damo... - trener wygłosił tajemnicze preludium wprawiając tym samym Lię w ogromną konsternację i chwilową, metaforyczną utratę gruntu.
Czego to mogła się lada moment spodziewać?
Dowiedzmy się więc!
Od momentu, gdy zaledwie chwilę temu porwał ją świat uniwersyteckich atletów, na murawie panował potężny chaos co rusz uwieńczany okrzykami pojedynczych graczy po wyjątkowo udanym rozegraniu, niekiedy niecenzuralnymi określeniami po zagraniu wyjątkowo, tyle że nieudanym, a jeszcze innym razem wybuchami nagłego śmiechu nie wiedzieć z jakiego powodu. Jak widać duch drużyny nigdy tu nie przygasał!
- McNulty! Przypomnij mi, kto tu jest trenerem?! Mam oddać Ci moją pensję i chcesz mnie zastąpić?! Przestań ciągle ustawiać i poprawiać Sancheza, daj mu uruchomić szare komórki! - wrzasnął trener Sanders co sił w męskich płucach do jednego z zawodników czy też - niepokornego i żądnego kontroli nad światem zawodnika zwanego McNultym.
Brunetka wiele samozaparcia musiała włożyć w to by powstrzymać teraz nagły wybuch śmiechu na widok sytuacji z pozoru ociekającej powagą, a tak naprawdę z zupełnie zatartą granicą komiczności. Jednocześnie starała się także rozpoznać kim jest gracz wywołany do tablicy.
- Jaką karę mu damy? - powracając do naturalnej barwy głosu, Sanders rzucił pytanie w przestrzeń wytworzoną pomiędzy nim a Lią ze zdecydowanie konspiracyjnym, szelmowskim przekąsem.
- Hmm... - udając, że właśnie uwikłała się w proces intensywnych rozmyślań tak naprawdę nie wyszukiwała żadnych wykwintnych metod tortur, które lada moment miały zostać wymierzone w Pana Niepokornego. - Jedno okrążenie dookoła! - stwierdziła nagle z mimowolną kąśliwoscią malującą się na tej tylko z pozoru niewinnej twarzy.
- McNulty i Sanchez, jedno okrążenie dookoła! Już już, nie obijać się!
  Temat: rezerwacje
Lia Bennett

Odpowiedzi: 2036
Wyświetleń: 29188

PostForum: sprawy organizacyjne   Wysłany: 2021-02-23, 22:08   Temat: rezerwacje
Wizerunek dodatkowy: Jessy Hartel

[ Komentarz dodany przez: Robert Brown: 2021-02-23, 22:33 ]
Rezerwacja dodatkowa dodana do spisu.
  Temat: nieobecności
Lia Bennett

Odpowiedzi: 259
Wyświetleń: 4462

PostForum: sprawy organizacyjne   Wysłany: 2021-02-06, 23:44   Temat: nieobecności
Imię i nazwisko: Lia Bennett
Data nieobecności: 06.02 - 16.02
Powód: Tylko zapobiegawczo, potrzebuję jeszcze chwili na ogarnięcie!

[ Komentarz dodany przez: Kiara Wallace: 2021-02-07, 10:48 ]
Nieobecność uznana i dodana do spisu.
  Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 946

PostForum: gry   Wysłany: 2021-01-30, 21:10   Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Fakt - nie teoria, nie przeczucie, a właśnie niemożliwy do zanegowania fakt - jakoby Hunter wśród życiowych meandrów niefortunnie nabył trudności w okazywaniu emocji (ze szczególnym uwydatnieniem słowa "różnorodne", nie tylko te okalające złość w różnych jej blaskach i cieniach... Choć głównie cieniach) nie był Lii obcy. Gdyby poddać to stwierdzenie szczegółowej, dogłębnej rozbiórce na czynniki pierwsze, to brunetka mogłaby nawet pokusić się o refleksję, że trzy dzielone razem lata pozwoliły jej najpierw uścisnąć z problemem dłoń, później wdać w nieśmiałą, niezobowiązującą pogawędkę, a następnie wznieść tę relację na wyżyny przyjaźni. Choć prawdę mówiąc była to przyjaźń z gatunku tych fałszywych i wbijających nóż w plecy, biorąc pod uwagę, że Lia pragnęła by w bliższej bądź dalszej perspektywie czasowej ten ulotnił się i już nigdy więcej nie wracał. Jednak nigdy, ale to przenigdy nie będzie w stanie sprawić to by nazwała ukochanego bezuczuciowym dryblasem czy tym bardziej monstrum, a każdą osobę, która ośmieliłaby się wysnuć taki oto bezwzględny wniosek w jej obecności z pewnością skutecznie sprowadziłaby na ziemię równie celnym uderzeniem w obszary dumy.
Nie jest to żadnym rewolucyjnym, prekursoskim stwierdzeniem na miarę dołączenia do grona wielkich laureatów Nagrody Nobla, ale tak wiele krystalicznego piękna kryło się za ludzką róźnorodnością.
To dokładnie tak jak gdyby zwizualizować jeden z najpotężniejszych mostów świata, perfekcyjną konstrukcję, która urzeczywistniła się dzięki grafitowi ołówka w dłoniach najzdolniejszych projektantów. Budził obawę - spoglądając w dół nie istniało tam nic prócz bezkresnych wód. Budził strach - odległość do drugiego brzegu była tak ogromna, co jeśli w trakcie trwania wędrówki jego struktura ulegnie załamaniu?
Po jednej stronie stali Ci, którzy nie bali się okazywać i mówić głośno o smutku, przygnębieniu, tęsknocie, bólu. Po drugiej stronie zaś były osoby podobne Hunterowi, uważające atuty powyższych za oznakę słabości, a więc tego, co należało wyeliminować z życia codziennego czym prędzej. Lecz to absolutnie nie czyniło ich gorszymi, wręcz przeciwnie, piękniejszymi.
Tak jak popularna przypowieść wyjęta wprost ze starożytnych kart mówiła, że należy porzucić całe wierne stado owiec by odnaleźć tą jedną jedyną, która zbłądziła ze wspólnej drogi, tak i tutaj jeden krok naprzód wykonany przez Hunta był cenniejszy niż sto takich wykonanych przez inną osobę w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Lia wierzyła w chłopaka bardziej niż w cokolwiek innego na świecie, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Dlatego mimo upływu trzech lat wciąż czekała, z niewyczerpalnymi pokładami cierpliwości i zrozumienia. Czekała na dzień, kiedy Hunter stanie przed nią i po raz pierwszy odważy się przyznać...
"Lia, najbardziej na świecie boję się, że..."
"Lia, czuję się źle, bo..."
"Jestem wściekły, bo..."
"Obawiam się jutrzejszego dnia, bo..."
Bo był tego wart.
Nie jest tajemnicą, że każde oczekiwanie potrzebuje choć chwilowych przebłysków nadziei by móc w nim nieustannie trwać i by czuć, że ma to sens. Jednym z takich czynników była pewność, że Hunterowi McNulty'emu nie są obce uczucia. Chłopak potrafił kochać, co do tego nie miała jakichkolwiek wątpliwości, bo czuła jego miłość (mimo że za jej plecami niekiedy działy się rzeczy, o których pojęcia nie miała). Czuła tę miłość za każdym razem, gdy dbał o to by bezpiecznie dotarła do domu po wieczornym zebraniu. Czuła ją, gdy po długich pertraktacjach wreszcie przystawał na propozycję obejrzenie filmu wybranego przez dziewczynę tylko dlatego by sprawić jej przyjemność, mimo że na portalu miłośników kinematografii posiadał zaledwie jedną gwiazdkę na dziesięć możliwych (i zazwyczaj po trzydziestu minutach okazywało się, że tak, mieli oni rację). Czuła ją, gdy dzień wcześniej wspominała przelotnie, że najbardziej na świecie pragnie by pojawił się teraz przed nią talerz będący wariacją na temat wszelakich możliwych rodzajów tostów, a o poranku, ku własnemu zaskoczeniu, Hunter stawiał je przed nią w ramach śniadanie mającego zagwarantować studentce energię na sporą część dnia (pewnie z jakimś wykwintnym, "ketchupowym" serduszkiem na rogu talerza, z którego śmiała się później przez najbliższe kilka godzin).
Nawet wtedy, kiedy ulegali pokusie kolejnej awantury, nie miało to nic wspólnego z nienawiścią czy wzajemną niechęcią jakby z pozoru mogło się wydawać. Jakkolwiek niewłaściwym i niezdrowym okazywaniem uczuć to było, może niekiedy po prostu nie potrafili poradzić sobie z ilością tego słowa na sześć liter, o dwóch sylabach, które wypełniało ich od wewnątrz, stąd to wszystko. Lia odnosiła wrażenie, że po każdej takiej sytuacji kochają się jeszcze bardziej, ponieważ niesie ze sobą pewnien pozytywny skutek uboczny - uświadomienie ile dla siebie znaczą i jak fatalnie wygląda rzeczywistość, gdy zabraknie w niej tej drugiej osoby.
Pozostaje więc zadać pytanie - czy tak zachowują się osoby, którym zależy na całym wielkiem niczym i które nie widzą niczego poza czubkiem własnego nosa?
Nie.
Bo gdyby tak właśnie było i serce rozgrywającego nigdy nie zostało stworzone do odczuwania miłości, a jedynie do woli niszczenia, to to należące do Lii również mógłby zdeptać i niedbale kopnąć czubkiem buta na pobocze. Teraz, zaraz. Miał ją, kochała go nad życie, czy mogłaby nadążyć się ku temu lepsza okazja?
A jednak tego nie robił.
- Poczekaj poczekaj! Czy Ty właśnie powiedziałeś, że rozważę... Zerwanie zaręczyn?! - brunetka, z której twarzy od dłuższej chwili nie znikał psotny uśmiech tym razem w mgnieniu oka spoważniała i nachmurzyła się choć oczywiście nie była to reakcja naturalna i niewymuszona, wręcz przeciwnie, przepełniona przesadyzmem tylko po to by nie mogła umknąć uwadze Huntera jako bezpośredni zwiastun "chwili grozy". W tym miejscu warto zaznaczyć, że stanowiło to dość niespodziewane następstwo słów sportowca - wbrew wcześniejszym przypuszczeniom ta nie nastroszyła się na jego haniebne podszepty sugerujące, że umiejętności Bennett były niewystarczające by rozprawić się z ukochaną koleżanką Hunta za czasów edukacji w miejscowym liceum. Te zeszły na drugi plan, a zastąpiło je... - Nie ma mowy, Hunt. Już nigdy się z nim nie rozstanę, choćby nie wiem co! Jest mój. - odrzekła z dumą i wyniosłością pobrzmiewającą z poszczególnych wyrazów po czym uniosła tę szczególną rękę w powietrze i dwukrotnie pomachała dłonią tuż przed twarzą rozgrywającego przez co dała mu do zrozumienia, że mówiąc "z nim" ma na myśli "z pierścionkiem". Z idealnym, brylantowym pierścionkiem stworzonym tylko i wyłącznie dla Lii, bo przecież... Uwaga, uwaga! Złoty Znicz bez nawet najmniejszego oporu otworzył się tuż przed Bennett tego pamiętnego dnia, a jak wszyscy wiemy zmuszenie okrągłej błyskotki do ukazania swojej zawartości jest procesem bardzo żmudnym i czasochłonnym (a przynajmniej tak właśnie tłumaczyła to główna zainteresowana jednocześnie karmiąc samą siebie pochlebstwami...). Jako natychmiastowe potwierdzenie swoich słów, z którymi nie należało się kłócić, wsunęła całe przedramię pod poduszkę by przypadkiem Hunterowi nie przyszła do głowy żadna podła kradzież, do której w gruncie rzeczy zbyt wielu okazji nie posiadał, biorąc pod uwagę, że Lia tylko sporadycznie rozstawała się z biżuterią. Kilkakrotnie skinęła głową twierdząco by zapewnić go o swojej determinacji na tym polu.
- Ale tak, bardzo podoba mi się taka wizja spędzenia poranka! Tylko wiesz co, Hunt? Myślę, że będziesz miał dwóch uczniów, nie jednego. Jeśli Kai dowie się o Twoim bootcampie... - bootcampie wybijania zębów, powiedzmy sobie szczerze. - To na pewno też zechce wziąć w nim udział. A Twoja mama nas za to udusi. - ramiona Lii zadrżały lekko w oznace rozbawienia. Nie trzeba posiadać wyjątkowo rozszalałej dalekowzroczności by wyobrazić sobie reakcję dziewięciolatka na wieść o możliwości nauki super-ciosów. Ogromna ekscytacja, jeszcze większy zapał i tytuł "Wzorowego ucznia" to chyba najlepsze z możliwych określeń po jakie mogła teraz sięgnąć. A w ramach rezultatów cotygodniowe wezwania do szkoły, ponieważ "(...)Kai postanowił przetestować umiejętności na swoich rowieśnikach".
Niezwykle trudno było opuścić miękki materac, który na tę krótką chwilę stał się ich arkadią, miejscem, gdzie rozbrzmiewał szczery, szczęśliwy śmiech o równie uzależniających właściwościach. Niezwykle trudno było stracić teraz z oczu postać Hunta, a jednak perspektywa spędzenia nocy w dziennych ubraniach nie wydawała się być szalenie komfortową wersją. Dzisiejszy dzień, pełen wrażeń zarówno szalenie pozytywnych jak i szalenie negatywnych, rzeczywiście mógł spowodować, że teraz, gdy wskazówki zegara skutecznie próbowały dosięgnąć najodleglejszej z możliwych cyfr, czy tego chciała czy też nie, mimowolne zmęczenie zaczęło brać górę nawet nad wszystkimi oznakami entuzjazmu. Prawdopodobnie właśnie dlatego aksamitność poduszki uległa znacznemu zwiększeniu podczas tych kilkunastu minut, a materac choć przecież był rzeczą martwą, jeszcze bardziej kołysał do snu.
Ostatecznie jednak udało jej się dotrzeć do łazienki przeznaczonej dla gości by na dłuższą chwilę skryć się pod intensywnym strumieniem ciepłej wody kojąco wypływającej z deszczownicy prysznica. Jednak nim to nastąpiło wcześniej najwidoczniej na powrót wstąpiła w nią duch "Poważnej Pani Przewodniczącej", kiedy to urządzała ukochanemu śmiertelnie poważny wykład pt. "Dlaczego nie powinniśmy zaszywać się pod prysznicem razem?" Aczkolwiek nie powstrzymało jej to chociażby przed ukazaniem Huntera jako ofiary nikczemnego psikusa swojej własnej narzeczonej. Wyraźnie słysząc jak krople wody rozbijają się o metalową podstawę kabiny próbowała (nieudolnie) zakraść się do łazienki tylko po to by przywłaszczyć sobie dowolną część garderoby chłopaka bądź też po prostu ręcznik, w ostatecznym rezultacie doprowadzając McNulty'ego do niemałej konsternacji kilka minut później. Mimo wyjątkowo lekkiego przemieszczania się w baletowym stylu, na opuszkach palców cały plan spełzł na niczym, bo kiedy już próbowała dosięgnąć upatrzonej rzeczy... Usłyszała wyraźny męski głos przedzierający się przez charakterystyczny szum, manifestujący "Nawet nie próbuj, Bennett" i najprawdopodniej kilka dodatkowych słów orbitujących wokół "(...)jeśli chciałaś oglądać mnie nago wystarczyło powiedzieć!", ale w tym momencie udała, że tego już nie słyszała.
Nie pozostało jej nic innego jak ogłosić kapitulację.
Po jakimś czasie ponownie znaleźli się na płaszczyźnie łóżka, tym razem jednak w pełni gotowi do snu, delikatnie okryci kołdrą i otuleni zapachem świeżej pościeli. Dość intensywne światło, które przez dłuższy czas dobiegało z prostej lampy klasycznie ulokowanej w samym centrum sufitu, teraz zostało zastąpione jedynie jego drobnym przebłyskiem wymykającym się ukradkiem spod klosza nocnej lampki. Atmosfera panującą w pomieszczeniu z żywej przeistoczyła się w uspokajającą, a z pomocą przyszła nawet wszechobecna cisza za oknem.
- Dziękuję, że mnie tutaj ze sobą zabrałeś, Hunt. Uwielbiam Twoją mamę, jest taka miła i tak bardzo się stara. A Kai i Gigi totalnie skradli moje serce! - stwierdziła, leżąc na lewym boku i tym samym z twarzą vis-a-vis tej chłopaka. Sięgnęła po dłoń rozgrywającego prędko odnalazłszy ją na materiale okrycia. Było to początkiem słodkiej anarchii, dlatego że postanowiła przejąć nad nią chwilową kontrolę. Ułożywszy ją na powierzchni poduszki, dziewczyna wtuliła policzek w wewnętrzną stronę w dalszym ciągu subtelnie zaciskając palce wokół przegubu. Monologi Lii przed zaśnięciem stały się już chyba małą tradycją - zazwyczaj wtedy, gdy oczy Huntera pozostawały już na wpół przymknięte, dziewczynę nawiedzał przypływ tajemnych mocy, które nakazywały jej rozprawiać o tematach egzystencjalno-głębokich.
- Myślisz, że kiedyś chcieliby nas odwiedzić? Mogłabym zabrać Gi do siebie i oddać wszystkie pamiątki związane z "One Direction". Z bólem serca oczywiście! Później we trójkę pójść na Twój mecz... Tylko głośno myślę, nie przejmuj się. - dziewczyna z oczami już znacznie owianymi senną mgłą i delikatnym uśmiechem na ustach w najlepsze oddawała się wszelakim dywagacjom.
Wystarczyło jednak chwila by w sypialni zaplanowała zupełna cisza.
  Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 946

PostForum: gry   Wysłany: 2021-01-24, 22:39   Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Zapewne gdyby na innej płaszczyźnie wszechświata, w alternatywnej rzeczywistości, a więc takiej, która już w pierwszej sekundzie najoficjalniejszego z oficjalnych rozpoczęć życia przez Huntera McNulty'ego wytworzyła wokół chłopaka szczelną bańkę o, tylko z pozoru i jakże mylnie, wątłej, łatwej do unicestwienia otoczce, a w istocie tak hermetycznej, że nie miały tam dostępu żadne siły nieczyste, żadne obskurne, agresywne ręce ojczyma, rozgrywający zdecydował się wysnuć stwierdzenie jakoby Lia była uosobieniem promyka światła potrafiącym rozpędzić metaforyczne demony... Dziewczyna z całą pewnością obdarzyłaby ukochanego powątpiewającym spojrzeniem i kącikami ust wysoko zadartym ku górze, celowo dokonując interpretacji zbyt dosłownej, a wszystko to w akompaniamencie dwóch stwierdzeń: "(...)chyba oszalałeś" i "(...)przecież jestem kompletnym mięczakiem w tej kwestii." Lia nie była żadną chodzącą doskonałością choć może właśnie tego od niej oczekiwano ze względu na usposobienie Bennett, w wielu aspektach wciąż pozostając tą typową dziewczyną z opowieści o nieco sarkastycznym wydźwięku. Choć stojąc pośród grupy bliskich znajomych, tuż pod kinową tablicą multimedialną z aktualnym harmonogramem seansów filmowych, za każdym razem bez zająknięcia, z zupełną beztroską przystawała na propozycje obejrzenia horroru i rzeczywiście podczas trwania pokazu wydawała się być w pełni zaabsorbowana fabułą rozwijającą skrzydła na jej oczach dzięki ekranowym pikselom, tak kilka godzin później tylko i wyłącznie dzięki ciepłocie bijącej od ciała Huntera, poczuciu, że tutaj jest, była w stanie w ogóle zasnąć tej nocy. Kiedy przemierzali ulice Seattle porą, której zdecydowanie bliżej było do nocy aniżeli dnia, właściwie od tych pierwszych wspólnych wyjść (dobrze, może od piątego, ale tylko i wyłącznie dlatego, że ojciec o chwilowo wzmożonej nadopiekuńczości zadręczał ją mrożącymi krew w żyłach opowieściami by pobudzić w jedynej córce istnienie zasady ograniczonego zaufania) czuła się u jego boku bezpiecznie. A to pozwalało jej na coś najpiękniejszego - na bycie tu i teraz, nie za rogiem Pike Street, do której zaprowadził ich długi spacer, zastanawiając się niespokojnie czy właśnie tam nie rozgrywa się jakaś krwawa bójka, którą zdecydowanie powinni omijać szerokim łukiem; na dziecięcą wręcz radość; na niefrasobliwość. I wreszcie ten moment, przed którym zaledwie chwilę temu zamknęły się skalne wrota teraźniejszości, a otworzyły przeszłości, gdy ramię w ramię pokonywali odległość dzielącą ich od dawnej sypialni Huntera. Już się nie bała. Zbłądzenia, zajrzenia tam, gdzie zdecydowanie nie powinna była zajrzeć. To on poprowadził ją wprost do celu i nie było mowy o żadnych ślepych uliczkach.
Mimo całej nienawiści jaką chłopak panicznie lubił wymierzać we własną osobę - nienawiść uwarunkowaną strachem przed ukazaniem swojego bólu...
To on był jej światłem.
- Jeśli zaraz nie przestaniesz dramatyzować, to zawrę sojusz z Twoją ma... Z Helen i poproszę o przesłanie tego zdjęcia i na mój telefon! - odpowiedziała zdecydowanie i karcąco. Lia Bennett nie byłaby Lią Bennett gdyby w żaden sposób nie odniosła się do słów ukochanego uznając tym samym, że pewien incydent podczas kolacji nigdy nie miał miejsca. Stało się to w chwili, kiedy tylko odzyskała poczucie równowagi oraz stabilności po niespodziewanym upadku na łóżko rozgrywającego jak i możliwość zaczerpnięcia oddechu po równie zaskakującym, ale niesamowicie miłym pocałunku. - Zaledwie kilka godzin temu dowiedziałam się, że planuję wspólną przyszłość z... Uwaga, uwaga! Misterem Juniorów Green Hill High! Pozwól mi się poszczycić tym tytułem choć odrobinę. - brzmiała niewinnie choć była to niewinność bardzo iluzoryczna i zgubna. Tak naprawdę na horyzoncie już widniała aluzja ukazująca wypowiedziane słowa jako szatańskie wcielenie czułej uszczypliwości.
Wszystkie reakcje Huntera - te, nad którymi kontrolę posiadał jak i te, nad którymi tej kontroli nie posiadał - orbitujące wokół samego ubolewania nad istnieniem rodzinnej pamiątki czy też w postaci wkradającej się na policzki czerwieni, były niczym ten diabeł siedzący na ramieniu i uporczywie skłaniający do dalszych złośliwości. Bo przecież tak naprawdę absolutnie nie zamierzała wybitnie gnębić chłopaka w tej kwestii szczerze uważając, że gromadzenie takich oto wspomnień przez jego mamę było wyjątkowo uroczym ucieleśnieniem rodzicielskiej miłości. W tym wszystkim najbardziej bawiła ją potrzeba, zazwyczaj najsilniej wykazywana przez męską część społeczeństwa, posiadania nieskazitelnej reputacji. Dokładnie tak jakby nagle całą ludność świata przestał obowiązywać ten nieuchronny etap życia zwany błędami wizerunkowymi, w którym wstydliwie zmuszeni byli biegać bez kilku przednich, mlecznych zębów, w fryzurze koszmarnie skróconej przez rodzicielkę bądź też w zabawnych częściach garderoby, które niewiele miały wspólnego z byciem cool.
Lia z lekkością uniosła się do pozycji siedzącej, lecz był to tylko etap przejściowy przed dosięgnięciem miejsca, w którym finalnie zamierzała się znaleźć. Hunter ani się nie obejrzał, a ta z gracją usadowiła się na jego brzuchu, tak jak lubiła najbardziej. Dawało jej to poczucie choć chwilowej przewagi nad tymi sto dziewięćdziesięcioma sześcioma centymetrami żywej niesforności, ale i to nie trwało długo, bo cały tułów brunetki opadł ku dołowi tym samym szczelnie przylegając do szerokiej klatki piersiowej sportowca. Wtuliwszy rozgrzany policzek w przyjemny materiał drużynowego stroju w wydaniu świątecznym doszła do wniosku, że żadne słowo nigdy nie będzie wystarczajace by zilustrować poziom ulgi jaki poczuła w tym momencie. Aczkolwiek gdyby przed ich oczyma w cudowny sposób zmaterializowała się dziesięciopunktowa skala, to znacząco wykraczało ono poza ten limit. Błogo przymknięte na kilka sekund powieki okazały się być kolejnym punktem zapalnym dla myśli, które ponownie i niekontrolowanie zaczęły napływać do jej umysł i osiadać na nim niczym jesienna mgła - choć nie była ona tą ciężką, ograniczającą widoczność, przywołującą uczucie chłodu i zagubienia. Tym razem przyniosła ze sobą zamiar katowania sumienia Lii. Za wszystkie słowa wypowiedziane w przeszłości i w niewiedzy, w ferworze walki, w amoku kłótni, w owładnięciu wściekłością, bólem i zawodem.
Dlaczego taki jesteś, Hunt?!
Dlaczego tak się zachowujesz, Hunt?!
Zachowania niegdyś kompletnie nie mające nic wspólnego z racjonalizmem, nagle stały się wyjątkowo zrozumiałe i posiadające solidne podstawy ku wybronieniu.
Dłoń Lii niespiesznie oddała się wędrówce w nieznane i to szyja chłopaka okazała się być jej osobistym znakiem "Stop". Pomagając sobie w ten sposób lekko podsunęła się ku górze by jej usta mogły wybiec na spotkanie z krawędzią szczęki rozgrywającego, lecz dalece było temu do zwyczajnego muśnięcia, a zdecydowanie bliżej do wszystkich blasków wyrażenia przeciągły pocałunek. Ukrył się tutaj także ogromny przekaz, o którym Hunt nie mógł mieć pojęcia, ale nie zmienia to faktu, że takowy bardzo wyraźnie istniał. Nieme zapewnienie o tym, że poradzą sobie ze wszystkim na czele z Przepraszam. Za każde raniące słowo.
Była świadoma, że koniec końców nadejdzie dzień, w którym nie odnajdzie już drogi ucieczki przed negatywnymi emocjami wywołanymi dzisiejszym odkryciem (jak koszmarnie czuć się musiał sam Hunter skoro starał się je gubić przez kilkanaście lat!), ale wiedziała też, że chwila słabości pod żadnym pozorem nie może zniewolić jej dziś ani jutro, a już na pewno nie w obecności chłopaka.
- Przecież wiesz, że zawsze będę Cię kochać. W białej fedorze czy bez. Marudzącego, z czerwonym nosem wśród osmarkanych chusteczek. Z zapuchniętym policzkiem po wizycie u dentysty... To było super-romantyczne, prawda? Myślisz, że gdybym była facetem wszystkie dziewczyny w mieście chciałyby być moje?! - Lia uniosła głowę z klatki piersiowej Hunta w głównej mierze po to by tym razem podeprzeć ją na dłoniach, w ten sposób ponownie spoglądając na chłopaka z góry. Tajemniczy uśmiech czyhający na sportowca nie świadczył o niczym dobrym, ale był także bezpośrednim dowodem na to, że w głowie Lii zrodziła się niebezpieczna myśl. - Uwaga, teraz zamierzam Ci to udowodnić! Z moim telefonem jest chyba coś nie tak, Hunter... A wiesz dlaczego? Bo nie ma w nim Twojego numeru! Hunt, chyba wystaje Ci metka i wiesz co jest na niej napisane? Made in Heaven! - od pierwszej chwili rozpoczęcia turnieju mającego rozsądzić kto zasługuje na tytuł "Podrywacza idealnego" starała się zachować należną chwili powagę, która dodałaby jej animuszu jakim charakteryzować się musiał łamacz niewieścich serc... - Chyba muszę zadzwonić na policję, bo... Ukradłeś moje serce! Hej, Hunter. Czas zapłacić czynsz za mieszkanie w moim sercu! Dzwonili do mnie z nieba. Mówili, że anioł im uciekł. Nie martw się, nie powiem gdzie jesteś, Hunt. Umówiłbyś się ze mną po czymś takim, kochanie? -...lecz wypowiadając ostatnie już wersy należące do spektaklu rozgrywanego na deskach teatru, które parodiowała teraz powierzchnia ciała sportowca, nawet nie starała się powstrzymywać swojego własnego rozbawienia, które kumulowało się wewnątrz dziewczyny od dłuższego czasu. O ile sam Hunter zniósł to artystyczne przedsięwzięcie i nie został w wyrafinowany sposób pozbawiony ziemskiego życia ze względu na zbyt duży poziom zażenowana stężony w jego sypialni....
Aż do dziś nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie jak możliwym jest odnalezienie w sobie tak ogromnych pokładów siły w starciu z życiowym dramatem. Teraz już wiedziała. Siły definiowane były przez jednostki szczęścia ukochanego człowieka i chęć zatrzymania go przy tej osobie tak długo jak to możliwe.
Czuła w sobie tą powinność i tą odpowiedzialność.
- Poza tym... Jeszcze nie zdążyłam Cię o tym oficjalnie poinformować, ale mam zamiar po raz pierwszy wykorzystać mój prezent od Mikołaja i spuścić niezły łomot niebieskowłosej Peony. - Penny. Lia, wciąż tkwiąc w chwilowym zawieszeniu, tuż nad twarzą Hunta wypowiadała te wyrafinowane groźby zdecydowanie ściszonym głosem jak gdyby właśnie przekazywała mu jeden z głównych sekretów Centralnej Agencji Wywiadowczej. Choć oczywiście w zupełności zdradzała ją zbyt duża pewność siebie i zbyt szturmowy nastrój pobrzmiewający z dziewczęcego tonu.
  Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 946

PostForum: gry   Wysłany: 2021-01-17, 21:18   Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Historia o zderzeniu z potężnym zwierzęciem słynącym z zamiłowania do łamania jednego z najpopularniejszych przepisów ruchu drogowego - przebiegania przez jezdnie w miejscach niedozwolonych - absolutnie nie mogła być powodem, który odebrałby Lii chęć na zanurzenie widelca w aromatycznej potrawie. Dziewczyna zdołała wytworzyć wewnątrz siebie ogromną odporność na tego typu urozmaicenia czy też po prostu wyhodować grubą skórę. Jakkolwiek nie zostałoby to nazwane, niemal całą zasługę za taki stan rzeczy należało z uwielbieniem przypisać przyjaciołom Huntera, w których głośnym gronie spędzali sporą ilość przerw czy to na uczelnianej stołówce, czy to na żywo zazielenionych już trawnikach podczas wiosennych, słonecznych dni. Gdyby tylko pani McNulty była świadoma co też potrafiło padać z ust chłopaków z drużyny z pewnością nie siliłaby się nawet na upominanie małego Kaia.
Mimo to miała pełne prawo wysnuć takie właśnie podejrzenie, gwoli ścisłości - jedno z dwóch podejrzeń. Podczas gdy Hunter zapoznawał rodzicielkę z realnym zdarzeniem, która na ten krótki moment stało się jego niesłuszną własnością, Lia wysłuchała go w zupełnej ciszy, nie wtrącając nawet najmniejszego komentarza gdzieś pomiędzy zdaniem o łukowatym objeździe a prędkością na samochodowym liczniku. Skoro już uwikłali się w kłamstwo, zdecydowanie bezpieczniejszym rozwiązaniem było przedstawienie wersji tylko jednej ze stron, od początku do końca, tym samym unikając mniejszych lub większych nieścisłości, które mogłyby wzbudzić silne podejrzenia. Biorąc pod uwagę jak ogromny wstyd i jak ogromne wyrzuty sumienia odczuwała ze względu na swój występek (uznając, że prawdziwą wersją jest ta o dwustu dolarach) czy raczej występ (uznając, że prawdziwą wersją jest ta o sumie czterokrotnie większej... ), pragnęła z całego serca by ten temat jak najszybciej stał się obłoczkiem dymu niknącym wśród powietrza.
Mówisz i masz, panno Bennett.
Choć o wiele bardziej współmiernie brzmiałoby Z deszczu pod rynnę, panno Bennett.
- Och nie. W żadnym wypadku nie potrzebuję niczego innego. - Lia zaprzeczyła z tak ogromną intensywnością i z tak ogromnym przekonaniem, że prawdopodobnie nikt w tym pomieszczeniu nie miał prawa zwątpić w jej szczerość. Tym razem przedstawiła rzeczywistość dokładnie taką jaką była naprawdę - nie będąc reprezentantką żadnych nurtów żywieniowych kompletnie nie miała nic przeciwko kurczakowi, pieczonym warzywom, plackom dyniowym ani nuggetsom w kształcie dinozaura gdyby to właśnie one zostały przed nią postawione. By nadać swoim słowom jeszcze większą wartość, nabiła na ząbki widelca jednego z pieczonych ziemniaków. - Właściwie to oddałabym wszystko by codziennie móc jeść takie właśnie obiady. Gdyby tylko zobaczyła pani co serwuje nam nasza uczelniana stołówka... - Lia zaśmiała się cicho już mając przed oczyma te wszystkie sosy o nienaturalnej konsystencji i kolorze oraz inne "cuda", które po rozkrojeniu okazywały się być zupełnie surowe, chociażby.
Dziewczyna coraz częściej odnosiła wrażenie, że aktualnie przechodziła przez wyjątkowo ostre stadium "szoku powypadkowego". Ofiary samochodowych kraks i upadków z wysokości kilka minut po zdarzeniu potrafiły wstać i jak gdyby nigdy nic, z bladym uśmiechem na twarzy stwierdzić, że "(...)przecież nic im nie jest!" , a niestety promienie rentgenowskie płynące wprost ze szpitalnych urządzeń ukazywały zdecydowanie przeciwny, fatalny obraz konsekwencji zdarzenia. Podobnie czuła się teraz sama Lia, która zaledwie kilkanaście minut temu orzekła, że będzie w stanie zjawić się na dole w nienaruszonym stanie, bez niepokojenia rodziny, lecz w momentach takich jak ten bardzo mocno zbaczała z kursu na drodze ku realizacji tego postanowienia.
Można było odnieść wrażenie, że odpowiedź ta w zupełności usatysfakcjonowała kobietę i na nowo pozwoliła jej odnaleźć ten matczyny spokój o czym świadczyć miał tor jaki lada moment przybrała pogawędka przy stole.
- Lia, kochanie, zastanawiałaś się już czym chciałabyś zajmować się po skończeniu studiów? Hunter wspominał, że na co dzień masz bardzo wiele obowiązków, ale może z jednym z nich wiążesz swoją przyszłość już teraz? - pani McNulty obdarzyła "przyszły rodzinny nabytek" spojrzeniem emanującym łagodnością i dobrocią, a uśmiech, który wykwitł teraz na jej ustach i który znajdował się w podobnej gamie emocjonalnej, a więc tej z przytwierdzoną etykietą "Ukazujące szczerość i sympatię", ciemnowłosa dziewczyna odebrała jako bezpośrednią zachętę do dłuższej wypowiedzi. Mimo że pytanie to należało do klasycznego zbioru informacji, które należy uzyskać od, w tym przypadku, wybranki ukochanego dziecka by przekonać się czy to dokonało trafnego wyboru, była na takowe w pełni gotowa.
- Widzisz, Hunti. Potrafię rozmawiać o czymś innym niż tylko o byłych dziewczynach. - i nim rzeczywiście głos w zupełności został przekazany Lii, pani domu zwróciła się jeszcze do najstarszego z synów wypowiadając to jedno zdanie ze sporym zastrzykiem kąśliwości, jak gdyby w ten sposób rzuciła mu znamienną rękawicę zapraszającą do pojedynku. Nie trzeba było długo czekać by wywołało to istną lawinę reakcji, która przetoczyła się przez jadalnię - zaraz za panią McNulty, Hunter mógł poczuć na sobie czekoladowe tęczówki narzeczonej, z których wprost płynęły słowa zamieniając się w jeden klarowny ciąg Czy Ty nakrzyczałeś na swoją mamę za ten niewinny żart, McNulty?! W tym samym momencie rozpoczęła także dogłębną analizę poziomu swojego szaleństwa skoro Hunter najwyraźniej obawiał się, że mogłaby mieć pretensje o przeszłość, kiedy to nie mieli jeszcze nawet pojęcia o swoim istnieniu...
- Mówiąc zupełnie szczerze, wciąż się nad tym wszystkim zastanawiam i rozważam różne możliwości. Chociaż na ten moment wiem czym na pewno nie chciałabym się zajmować. Jedną z takich rzeczy są na przykład sprawy rozwodowe. Nie wiem co pani sądzi na ten temat, ale mnie przeraża to, że ludzie którzy jeszcze kilka lat temu nie widzieli poza sobą świata nagle potrafią publicznie, w obecności obcych osób wydobywać wszystkie najgorsze cechy drugiej strony tylko po to by zyskać, nie wiem, samochód, mieszkanie? Okropność. A drugą rzeczą, z którą nie chciałabym mieć nic wspólnego jest stawanie w obronie ewidentnie złych ludzi. - Na przykład takich jak pani były mąż, Mark Cichuteńko, nienachalnie rozbrzmiała teraz zabłąkana myśl w głowie Lii. - Po prostu nie zniosłabym towarzystwa takiej osoby nawet przez pięć minut i sama rozszarpałabym ją gołymi rękami. Czyli jednym słowem mówiąc, kompletnie nie nadaję się do tej pracy. - kąciki ust brunetki znacznie uniosły się ku górze jako oznaka rozbawienia, co było bezpośrednim dowodem na to, że nieszczególnie odnajdywała w tym fakcie problem czy też zagrożenie dla swojej przyszłości.
Niestety, ale bycie wyznawcą romantyczno-idealistycznych koncepcji spoglądania na rzeczywistość wcale nie ułatwiało codziennności - upiększało na pewno, ale zdecydowanie nie ułatwiało. A bynajmniej nie w starciu z kierunkami myślenia, które narzucał dwudziesty pierwszy wiek, w osobistej opinii Lii bardzo zgubny w swojej nowoczesności i płynięciu z prądem. Ciągłe poszukiwanie wewnętrznego piękna w drugim człowieku kontra traktowanie tego człowieka jako produkt, który miał się dobrze sprzedać i to w zupełności wystarczało. Odrzucanie wszystkiego, co zawierało w sobie cząstkę zła kontra wyciąganie dłoni po to wszystko właśnie. Kult wartości moralnych kontra kult braku jakiegokolwiek kręgosłupa o tej samej nazwie. Zasady jako czynnik wyznaczający życiowe ścieżki kontra brak jakichkolwiek zasad.
Choć była w zdecydowanej mniejszości, do tej pory, niezmiennie i niezachwianie, nie wydarzyło się nic czemu udałoby się Lię złamać.
- Choć jest jedna drobna rzecz, której jestem pewna od kilku lat właściwie. Praca w fundacji. Jeśli tylko pojawiłaby się taka szansa... Nie zastanawiałabym się ani minuty. Póki co mam tego namiastkę na uniwersytecie, ale liczę na to, że w przyszłości uda mi się zaangażować w coś poważniejszego. - zakończyła, a każde ze słów, które w ostatnich minutach padało z ust brunetki było namacalną ilustracją pasji, zaangażowania i bardzo poważnego podejścia do tematu. Ponownie instynktownie sięgnęła po sztućce by już drugi raz nierozsądnie nie popełnić dokładnie tego samego błędu.
- Ale myślę, że już wystarczy tych opowieści, bo Kai zaraz nam tu zaśnie nad talerzem, co? - utkwiła wzrok w chłopcu siedzącym dokładnie po przeciwnej stronie stołu w stosunku do położenia Lii, Powracając do lekkiego, żartobliwego tonu rozmowy i wmuszając w siebie niewielki kawałek kurczaka dla zachowania wszelakich pozorów normalności.
- A nie! Ja też mam swoje zdanie w tym temacie! - odparł dziewięciolatek o dziwo nie sennie, a żywiołowo, z jak zwykle nie pozostawiającą złudzeń pewnością siebie. - Rodzice tego mojego kumpla, którego tata rozje... - znaczące, głośne chrząknięcie pani McNulty spowodowało, że chłopiec zboczył z torów swojej wypowiedzi na JEDYNĄ WŁAŚCIWĄ ścieżkę. W trybie natychmiastowym. - Rodzice Timmy'ego... - Kai z aktorskim tchnieniem wzniósł oczy ku górze, a ton głosu - poirytowany i zniecierpliwiony - aż krzyczał by już nikt więcej nie ważył się mu przerwać. - Rozwiedli się i uważam, że to jest super. A wiecie czemu? Bo Timmy dostaje teraz za każdym razem dwa prezenty na urodziny i na święta, a nie jeden! I dwa razy wyjeżdża na wakacje! - stwierdził Kai z nieznoszącym sprzeciwu rozemocjonowaniem po czym w pośpiechu umieścił sobie w ustach kolejny kęs potrawy (zapewne po to by uniknąć komentarzy pt. "Kai znów nie zjadłeś kolacji. Zamykam słoik z łakociami na kłódkę.")
- Kai na miłość boską! - mama Huntera najwyraźniej uległa właśnie poważnemu załamaniu nerwowemu o czym bez wątpienia świadczyło kilkukrotne pokręcęnie głową w geście niedowierzania oraz subtelne przytknięcie dłoni do czoła.
- I wiecie kim ja zostanę w przyszłości? In... Influ... Influse.. - gmatwał się kilkulatek starając się odgrzebać w bogatych zasobach pamięci to jedno właściwe i najwyraźniej bardzo kłopotliwe słowo.
- Influencerem, niezdaro! - z pomocą przyszła Gigi (choć pomoc nie jest tutaj adekwatnym określeniem), która wymówiła to słowo z odpowiednią wyższością jaka przystała ekspertce w dziedzinie social media i brakiem jakiejkolwiek pobłażliwości dla niedociągnięć brata.
- No właśnie, influsejerem! Już ćwiczę robienie idealnych selfie! Chcecie zobaczyć?! - chłopiec energicznie odsunął się wraz z krzesłem od rodzinnego stołu i na krótką chwilę zniknął z pola widzenia reszty bliskich. Swoje kroki skierował do jednego z pomieszczeń, a sama Lia nie miała bladego pojęcia czym ono tak właściwie jest choć sądząc po kolejnej reakcji pani McNulty, niczym dobrym. Wystarczyło kilkadziesiąt sekund by cała wesoła (prócz Lii) gromada mogła usłyszeć specyficzne uderzanie stóp o panele świadczące o niczym innym jak biegu. Kai powrócił z telefonem - telefonem swojej mamy. Kilka ekspresowych kliknięć drobnym palcem na sporych rozmiarów ekranie sprawiło, że lada chwila podszedł do Lii i Huntera, zatrzymując się u boku starszego brata. Ukazał się przed nimi folder z ostatnio wykonanymi zdjęciami, lecz na każdym pojedynczym kwadracie będącym miniaturą oryginalnych fotografii można było dostrzec tylko i wyłącznie podobizny Kaia. Chłopiec kliknął na jeden z nich, a przed studentami wyrósł TAKI oto obraz.
Brunetka znacznie zmniejszyła odległość dzielącą ją od narzeczonego w głównej mierze po to by móc zdecydowanie lepiej przyjrzeć się temu artystycznemu wytworowi, a kiedy już tak się stało... Po dłuższej przerwie będącej przykrą konsekwencją poszukiwania odpowiednich bombek na strychu, Hunt w okolicach swojego ramienia mógł usłyszeć kilka wiązek szczerego, niepohamowanego, dźwięcznego chichotu.
Nawet gdyby znała wszystkie sekrety rodziny McNultych... Nigdy nie zwątpiłaby w braterskie więzi pomiędzi Hunterem a Kaiem!
  Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 946

PostForum: gry   Wysłany: 2021-01-11, 02:39   Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Choć Lia była jedyną osobą w tym czteroosobowym, bogatym w różnorodność gronie, która nie wydała z siebie żadnego z możliwych dźwięków świadczących o niezadowoleniu jak i również nie skorzystała z popularnej metody gry na czas podczas powstawania z podłogi (być może dlatego, że konsekwentnie, w odmętach podświadomości brunetki budziło się do życia przekonanie karcące ją za pozostawienie pani McNulty w kuchni na pastwę własnych mocy przerobowych), tak niespodziewana wieść o zbliżającej się wielkimi krokami kolacji nie napełniła ją rażącym entuzjazmem. Gruby, jutowy sznur, który kilkakrotnie zatoczył okrąg wokół jej żołądka i zacisnął niemiłosiernie mocno w momencie zapoznawania się z zawartością "skarbu" ukrytego na strychu, absolutnie nie pozwalał na zaistnienie choć przebłysku myśli krążących wokół zaspakajania apetytu. Jednak wszelakie wartości wpajane Lii od dzieciństwa przez obojga rodziców czy to już tylko jedno z nich, definitywnie nie pozwalały jej teraz odmówić skosztowania któregokolwiek ze specjałów przygotowanego przez kobietę, co niewątpliwie wiązało się z ogromem pracy oraz oczywiście serca. Nie było więc mowy o sprawieniu jej przykrości, a zakorzeniło się to w dziewczynie aż do tego stopnia, że sięgając do zasobnej kartoteki wspomnień, wmusiła w siebie cały talerz kompletnie przesolonego przez Huntera makaronu byleby tylko chłopak mógł poczuć się jak młodszy brat Gordona Ramsay'a. Najbliższe kilkadziesiąt minut z pewnością więc nie będzie należało do najłatwiejszych.
Lecz nie był to jedyny powód dlaczego czas ten naznaczony miał być trudem. Gdyby ktokolwiek zapytał ją czego w tej jednej chwili, która lada moment miała stać się widmem przeszłości, chciała najmocniej na świecie, to bez nawet najmniejszego zawahania, odpowiedź brzmiałaby: zaszyć się z Hunterem sam na sam w jednym z opustoszałych pomieszczeń i najzwyczajniej przytulić go ze wszystkich sił nie mówiąc przy tym ani słowa - każde byłoby zbędne i nieodpowiednie. I chciałaby tak tkwić przez pięć minut, może piętnaście, a może godzinę, do chwili aż poczuje, że wszystkie demony przeszłości, wciąż żywe i wciąż rozszalałe w głębi zranionej duszy chłopaka, której nie pozwalał dojrzeć nikomu, zaczynają ulatywać we wszelakich możliwych kierunkach. I poprzez milczenie to - zupełnie naturalne, dalekie od rozmaitych barw zakłopotania - niemo przekazać mu tak wiele.
Choć brak Ci tej świadomości...
I pewnie długo nie będziesz jej miał...
Już nie jesteś z tym wszystkim sam, Hunter.

Jednak to, co obecnie mogli nazywać swoją rzeczywistością uniemożliwiało zrealizowanie tego drobnego życzenia. W końcu nie byli tutaj tylko dla siebie, a szczególnie dla innych - dla tej wspaniałej rodziny, która nie mogła mieć Huntera na co dzień, a gołym okiem widać było jak ogromna tęsknota za jego obecnością im doskwierała.
- Oczywiście, że wszystko w porządku... Hunti. - kilka pierwszych członów nadawało tej odpowiedzi ton przepełniony spokojem i uczuciowością, lecz ostatni już wyraz zupełnie odmienił jej charakter na... Zadziorny i rzucający rozgrywającemu swego rodzaju wyzwanie.
Od momentu, w którym samochód zajął dumne miejsce na wyścielonym kostką brukową podjeździe domu zamieszkiwanego przez panią McNulty i dwójkę małych pociech, a Hunter po raz pierwszy nie w pojedynkę przekroczył próg zmory swojego dzieciństwa, padła tutaj niesamowicie duża ilość słów. Lia już dawno temu doszła do wniosku, że umiejętność słuchania jest bardzo cennym darem i wcale nie tylko dlatego, że naszemu rozmówcy było zwyczajnie miło, gdy cała uwaga, spojrzenie skupiało się tylko i wyłącznie na nim, a nie na chociażby ekranie telefonu. Umiejętność słuchania posiadała także wielką, utajnioną moc, która dostarczała informacji mogących w znaczny sposób ułatwić życie, a więc kwalifikowały się tutaj wszelakie sugestie odnośnie upragnionych prezentów, jakie tematy należało omijać wyjątkowo szerokim łukiem podczas przyszłych konwersacji, preferencje kulinarne by uniknąć niepowodzenia podczas kolacji-niespodzianki. Teraz jest to jednak zupełnie nieistotne, bo tym co dziś umieściła w szufladce z etykietą "Warte zapamiętania" było urocze zdrobnienie imienia, które kilkukrotnie padło z ust pani McNulty oraz Gigi. Jeszcze nigdy nie słyszała by ktokolwiek zwracał się do chłopaka w ten sposób i miała ogromne podejrzenie, że ten, cóż, nie przepada za tą formą.
Uniosła wolną rękę zatrzymując ją tuż przy twarzy Huntera, a kiedy jej dłoń w idealnej harmonii spotkała się z policzkiem rozgrywającego, kilkakrotnie - miękko, subtelnie, ale i figlarnie - pogładziła go kciukiem.
- Ale! Mówiąc już całkowicie poważnie. - robiła wszystko by powrócić do swojego wcześniejszego poziomu energii choć podświadomie wiedziała, że dziś będzie to już po prostu niemożliwe. - Jeśli wyglądam smutno, to tylko dlatego, że odrobinę gorzej się poczułam. Ale nie ma o czym mówić, będąc na górze odwiedziłam nasz pokój, wzięłam leki, lada chwila powinno być lepiej! - dodała jednocześnie zbliżając się do sporych rozmiarów stołu rodzinnego wykonanego z solidnego, ciemnego dębu. Za pomocą jednorazowego, zamaszystego gestu pozwoliła by biały niczym śnieg, który dopiero co otulił obszar trawników, chodników i ulic obrus, rozszedł się po całej powierzchni blatu nadając mu tym samym ten zdecydowanie odświętny, elegancki charakter. Tam, gdzie lejący, podatny na ruchy materiał niekoniecznie zechciał z nią współpracować, wygładziła wszelakie pomarszczenia dłońmi. Idealnie.
Tajemnicze gorsze samopoczucie Lii, o dziwo, nie stanowiła żadnej wyimaginowanej historii na potrzeby chwili (czy raczej na potrzeby przyparcia do muru poprzez pytanie Huntera). Była w stanie kompletnie je uargumentować, a wiązało się ono z pewnym wydarzeniem sprzed kilku dni - można powiedzieć, że choroba spadła jej jak z nieba choć to prawdopodobnie nie jest najwłaściwszym określeniem w kontekście problemów zdrowotnych. Zlepek wyrazów kształtujący się w sformułowanie wieczorne wyjście na lodowisko tłumaczył właściwie wszystko. Jako że była to decyzja, której w głównej mierze przyświecała spontaniczność i wszystko to, co nazywane jest dobrą zabawą, zabrakło tutaj odpowiedniego przygotowania, a więc pary ciepłych, wełnianych rękawiczek, czapki z pomponem i szalika ściśle okalającego szyję. Ten, kto na własnej skórze nie doświadczył próby przekonanania Quarterbacka do czegokolwiek, gdzie on sam nie przejawiał szczególnie dużego optymizmu, nie miał pojęcia jak wiele mocy musiała włożyć w to by zmusić go do wyjścia na "przeklętą taflę". Etapów tej decyzji było całe mnóstwo zaczynając od "Lia, nie ma mowy, nie założę łyżew, to frajerskie. Weź ze sobą jakąś koleżankę, zawiozę was pod samo wejście!", poprzez "Hunt, przestań! Wszystkie pary chodzą na lodowisko w przedświątecznym czasie! To romantyczne, nie frajerskie!", a kończąc na tym, że w akcie całkowitej rozpaczy i desperacji musiała zamienić się w perfekcyjną kusicielkę i złożyć Huntowi obietnice, które niewiele miały wspólnego z grzecznością jaka przystoi młodej damie. Dopiero to przyniosło upragniony efekt w postaci zgody. Jak się jednak chwilę później okazało, Hunter był tak nieugięty i zawzięty w swojej negującej postawie, ponieważ, ujmując to w bardzo subtelny sposób, sunięcie po lodowisku nie stanowiło jego najmocniejszej strony. Symboliczna godzina, którą mieli tam spędzić (wedle początkowej zapowiedzi Hunta), przerodziła się w kolejne dwie, bo kiedy Lia odkryła ten "mrożący krew w żyłach" sekret swojego narzeczonego (w kompletnej nieświadomości jakie sekrety przyjdzie jej odkryć nieco później) najwidoczniej postanowiła uczynić z rozgrywającego przyszłego olimpijczyka w dziedzinie jazdy figurowej, wyśmienicie się przy tym bawiąc (czy Quarterback bawił się równie wyśmienicie?). Finał całego zajścia niestety przyniósł ze sobą zdecydowanie mniej przyjemne konsekwencje - następnego dnia Lia obudziła się z potwornym zapaleniem ucha i nadprogramową temperaturą, w pośpiechu gnając do lekarza by ratować święta.
Kłamstwo jako metoda rozwiązywania tych najtrudniejszych problemów było środkiem, który zajmował ostatnie, mgliste miejsce na osobistej liście brunetki. Do tej pory nigdy nie okłamała Huntera. Kiedy ten pytał ją gdzie obecnie spędza czas, zawsze odpowiadała ze stuprocentową szczerością. Kiedy pytał ją z kim ten czas spędza zawsze sumiennie wyliczała wszystkie osoby w zasięgu swojego wzroku. Jednak fakty, niemożliwe do podważenia były takie, że teraz to, co powszechnie nazywane jest prawdomównością wybrało ścieżkę prowadzącą w prawo, a Lia postanowiła podążyć tą prowadzącą w ledwo, zupełnie się rozmijając. Mimo najszczerszych chęci nie potrafiła dostrzec innej możliwości uważając swój wybór za najlepszy. Jej nadzieja na to, że ta wersja zdoła przekonać i uspokoić Hunta była nieprawdopodobnie duża.
- Hunt, już nie chcę rozkładać noży. Możemy iść wreszcie zagrać, jak facet z facetem?! - no tak, ich chwile bycia sam na sam zostały bezwzględnie policzone już wtedy, gdy właściwie dopiero zdołały się w ogóle zacząć. Ledwo wymienili kilka zdań, a już przy boku Huntera na powrót stanął Kai - Kai poirytowany, Kai znużony i Kai mający jasno wytyczony cel. Zapewne bezpośrednim fundatorem wszystkich tych negatywnych emocji była kłótnia z siostrą przy komodzie z zastawą stołową, a raczej sowita porażka jaką w niej odniósł. Wniosek ten był wyjątkowo prosty do wysnucia bowiem to Gigi krążyła teraz wokół prostokątnego stołu i z ogromną precyzją układała te bardziej średnie noże przy każdym niezajętym jeszcze miejscu z niepozornym acz widocznym półuśmiechem tryumfu, który raz po raz wkradał się na usta dwunastolatki. Kto wie, może mała dziś Gigi McNulty w przyszłości zostanie wielkim dekoratorem wnętrz?
- O nie nie nie! Nie będzie teraz żadnej konsoli! Teraz jest czas na kolację! Z rodziną! - najwidoczniej dziewięciolatka prześladował dziś wyjątkowo intensywny, synchroniczny pech, ponieważ dokładnie w tym momencie, gdy wystosował do przyrodniego brata kolejną już propozycję wspólnej rozgrywki, w jadalni zjawiła się jego mama z pierwszym potężnym talerzem wypełnionym po brzegi potrawą, której wspaniały aromat w mgnieniu oka rozniósł się po pomieszczeniu.
- Mam z nim ostatnimi czasy straszny problem. Najchętniej jadłby ciastka i chipsy na śniadanie, obiad i kolację. - pani McNulty zwracająca się teraz głównie do Lii i Huntera, przeniosła swój wzrok na najmłodszego syna kręcąc głową z niezadowoleniem i mierzwiąc jego czuprynę podkreślając tym samym niesforny charakter chłopca. Po wypowiedzeniu tych słów odwróciła się na pięcie by ponownie udać się do kuchni i wrócić tu lada moment z kolejną porcją... No właśnie, czego?
- A na kogo to tak brzydko skarży się mama? - Lia zwróciła się do Kaia i wykorzystując ten krótki moment, kiedy jego koncentracja została skutecznie obniżona przez rodzicielkę oraz to, że stał do niej odwrócony plecami, pochyliła się nieco by objąć go ręką w pasie i poderwać ku górze. Kai (mimo zamiłowanie do węglowodanów) był chłopcem drobnym, o przeciętnym wzroście więc nie stanowiło to większego problemu. Na całym pierwszym poziomie posiadłości rozległa się iście wybuchowa mieszanka chłopięcego pisku oraz śmiechu. Drobne wyrazy radości były ukojeniem, były niezniszczalną tarczą, która wytrwale odpierała ataki okrutnych obrazów i równie okrutnych słów pragnących rozpościerać się teraz przed oczami dziewczyny. Lia okręciła się kilkakrotnie wokół własnej osi ze sporą prędkością tym samym fundując chłopcu istną przedposiłkową karuzelę - wspaniałą zapowiedź rewolucji żołądkowych!
- To było ekstra! A umiesz robić samolot na rękach? - zapytał natychmiast Kai, kiedy został bezpiecznie odstawiony na podłogę z na nowo powracającą radością ze swojego dziewięcioletniego życia.
- Obiecuję Ci, że zacznę chodzić z Huntem regularnie na siłownię i w następne święta zrobię Ci taki samolot, że nie zapomnisz go do końca życia! - odrzekła do chłopca w odwecie za całą otwartą krytykę, którą w przeciągu ostatniej godziny raz po raz wymierzał w jej kierunku, rozpoczynając od braku niezbędnych do życia umiejętności, a finiszując na paskudnym guście muzycznym. Oczywiście zwiastowało to nic innego jak wojenną ścieżkę - skoro tak właśnie przedstawiała się wojenna ścieżka...
- To chyba już wszystko. - w całym tym rozgardiaszu, który na kilka chwil przysłonił jadalnię do tej pory wyróżniającą się nienagannym spokojem, nawet nie spostrzegła, że stół zapełnił się znacznie bardziej niż jeszcze chwilę temu, a teraz mama Huntera ukazała się tu z ostatnim już naczyniem. Jeszcze raz spojrzała na swoje dzieło bardzo krytycznym wzrokiem w ten sposób zapewne oceniając czy przypadkiem o czymś nie zapomniała.
- Hunter, kochanie, miałam Cię pytać już wcześniej, ale wyleciało mi zupełnie z głowy. Kiedy wróciliśmy z zakupów widziałam na drzwiach Twojego samochodu duże zarysowanie. Miałeś ostatnio jakiś wypadek, synku? - kobieta utkwiła zatroskane spojrzenie w najstarszym synu, a Lia to swoje zdecydowanie opuściła, rozpaczliwie jako obiekt intrygujących obserwacji wybierając dzbanek wypełniony sokiem. Cóż za piękny odcień pomarańczu! Taki żywy... Taki przywodzący na myśl najbardziej tropikalne rejony świata... Taki... Zdarzenie na parkingu przed centrum handlowym zdecydowanie nie miało ujrzeć światła dziennego tak szybko, a już na pewno nie w taki sposób!
  Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 946

PostForum: gry   Wysłany: 2021-01-06, 20:29   Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Prawo karne.
To ta dziedzina pośród wszelakich zagadnień poruszanych przez wiele lat studiów mających za zadanie przygotować do szalonego wiru pracy wszystkich przyszłych prawników, na którą owi studenci reagowali z największym ferworem, a pokłady zainteresowania wymykające się z ich rozentuzjazmowanych głosów nie miały końca. Powiedzmy sobie szczerze, czym były wszelkiego rodzaju sprawy rozstrzygające ostatnie wole zmarłych zapisane na eleganckim papierze w obecności urzędnika czy oskarżenia wnoszone przez punkty handlowe w celu uporania się z drobnym złodziejaszkiem, w starciu z działającą na coraz to większą skalę grupą narkotykową czy wyrafinowanym zabójcą, nieuchwytnym przez bardzo wiele lat, który z każdą kolejną zbrodnią pozwalał sobie na coraz to więcej. Jednak kilka miesięcy temu odbyły się zajęcia, które drobiazgowo pamiętała po dziś dzień. Zajęcia poruszające tematykę jednego z najokrutniejszych przestępstw jakiego można dopuścić się względem drugiego człowieka. Zajęcia, na których osoby z wrodzonym gadulstwem i największą skłonnością do przeszkadzania prowadzącemu, milczały jak zaklęte. Zajęcia, na których osobom uwielbiającym wtrącać swoje trzy grosze do każdej możliwej kwestii nagle tych trzech groszy brakowało.

Za przestępstwo to przysługuje kara pozbawienia wolności oraz umieszczenia w specjalnym rejestrze, do którego dostęp ma każdy obywatel. Będąc przyszłym pracodawcą chociażby moglibyśmy taki rejestr sprawdzić i mieć pewność, że nie zatrudnimy żadnego zwyrodnialca.
Przerażenie. Pojawiło się wtedy, gdy sterta papierów po brzegi wypełniona dziesiątkami cyfr, prawdziwa zasłona dymna ukazała zdjęcie Timmy'ego - to będące pierwszym przystankiem na ośmioletniej drodze bezkarności, niemożności rozróżnienia dobra i zła, na drodze diabolicznych zapędów. Początkowo niedowierzając, głupio i naiwnie starajac się nakierować swoje myśli na pomyłkę, na przewidzenie (jak, jak?!) odłożyła fotografię na pokryte warstwą kurzu deski podłogowe ruchem ręki niepewnym, ostrożnym, zastygłym. Następne i następne tylko upewniało ją w przekonaniu, że nie jest to żadna fatamorgana i wszystko to, co widzi stanowi przerażająco realny obraz. Z każdym kolejnym miała wrażenie jak gdyby w te kilka sekund oddaliła się o setki mil od domu McNultych, jak gdyby w jednej chwili zniknęły choinki, brokat, zapach gorącego ciasta i dźwięk świątecznych piosenek. Zniknęła radość.
Dotarła do piątej fotografii i nie była w stanie znieść więcej. Choć chłopiec nie patrzył w obiektyw, jego oczy były równie wstrząsające jak te osoby, która niedawno pożegnała się z ziemskim życiem. W geście przepełnionym paniką ukryła wszystkie zdjęcia na samym dnie pudełka odwracając je tak by w tym momencie spoglądał na nią jedynie biały papier fotograficzny.

W ubiegłym roku toczyło się postępowanie karne w 125 przypadkach, lecz nie są to realne dane - wiele dzieci jest zastraszanych i boją się powiedzieć o tym, co ich dotknęło. Nabierają na to odwagę nawet po kilkudziesięciu latach albo... Nigdy.
Rozpacz. Stanęła u wrót wtedy, gdy siedziała na podłodze bez tchnienia życia, z głową wspartą o jeden z filarów wspomagających dach. W ręku trzymała szpitalny wypis wyłoniony z piekielnej otchłani i patrzyła w jeden jego punkt wzrokiem przesiąknietym smutkiem do szpiku kości, wzrokiem pozbawionym jakiegokolwiek blasku. W prawym górnym rogu widniała informacja Pacjent: Hunter McNulty, a poniżej już tylko wiek, adres zamieszkania oraz pozostałe dane identyfikacyjne. Kilka liter pospiesznie wystukanych na klawiaturze komputera przez lekarza, który dziennie takich przypadków miał kilkanaście, a dla niej znaczących wszystko. Wcześniej desperacko przyswoiwszy całą treść wyroku wydanego przez medyka Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, teraz jej uwagę skutecznie przeciągały na swoją stronę te najokrutniejsze stwierdzenia: w szoku, potwierdza wersję, szwy, złamanie, pęknięcie, zasinienie, obrzęk. Uderzały w nią za każdym razem ilekroć na nie spojrzała, była teraz żywą tarczą strzelniczą, a każdy ze strzałów sięgał samego środka rozszarpujac jej serca póki nie zostało z niego nic.
Na samym końcu widniał podpis ojczyma. Nie pani McNulty, a ojczyma. To on przybył z nim do szpitala, bo to on zrobił mu krzywdę. To nie był żaden upadek z roweru, żaden upadek z drzewa podczas zabawy w lesie z przyjaciółmi, a jego działanie. Przemoc wymierzona w Hunta. Osobę, którą kochała najmocniej na świecie.
Przed jej oczami stanął teraz mały chłopiec o dwóch różnych sznurówkach w maleńkich trampkach, w koszulce przedstawiającej wizerunek jednego z superbohaterów, niewinny i przerażony. Niegdyś pełen nadziei, otwarty na świat, ciekawy tego jakie wyzwania postawi przed nim życie.
Serce dudniące w piersi zdecydowanie szybciej niż powinno, to jedyne, co w tym momencie słyszała.

Przestępstwo to zazwyczaj poprzedzone jest dłuższą obserwacją obiektu. Dopiero później następuje próba pierwszego kontaktu.
Tkwiąc w najgłębszym stadium zamyślenia, pozwalając faktom spajać się w jedną całość, analizując i przekraczając teraz progi kolejnych, metaforycznie otwartych drzwi, które do tej pory pozostawały poza jej zasięgiem, kreując historię chłopaka - z pozoru lekkoducha,powszechnie lubianego i docenianego, niegdyś potwornie skrzywdzonego - nagle nadszedł moment ocknięcia, tak jakby niewidzialna postać pstryknęła jej palcami tuż przed nosem. Prędko zamrugała powiekami, odsunęła się od podpory, znów widząc przed sobą ten sam regał, liczne kartony pełne zapewne niepotrzebnych już przedmiotów. Ile czasu minęło odkąd zniknęła z salonu? Nie potrafiła jednoznacznie wskazać jednak miała wrażenie, że siedziała w tej jednej, niezmiennej pozycji bardzo długo. Ile miała czasu nim ktoś zjawi się by sprawdzić czy wszystko było z nią w porządku? Domyślała się, że niewiele. Mimo tak wielu niewiadomych jednego była pewna - nikt nie mógł dowiedzieć się o istnieniu tego pudełka.
Ani Pani McNulty - uśmiechająca się na każdym kroku, sypiąca żartami jak z rękawa i podśpiewująca podczas ugniatania ciasta.
Ani Kai - prawdziwe żywe srebro, chłopiec, którego wszędzie było pełno, dokazujący by przypadkiem nikt nie zapomniał o jego istnieniu.
Ani Gigi - pragnąca wyczarować perfekcyjne święta dla swoich bliskich.
A już przede wszystkim... Hunter - łagodny jak nigdy, wyciskający z tej chwili wszystko co możliwe, szczerze roześmiany i tak cholernie uroczy próbując uciszyć swoją rodzicielkę.
Hunter wśród osób, które szczerze go kochały i które chciały dla niego wszystkiego co najlepsze, bez wyjątku.
Wszyscy byli tacy szczęśliwi, otuleni spokojem.
Nikt nie mógł się dowiedzieć.
Bo jeśli to wszystko było tym czym myślała, że jest, a zupełnie nic nie wskazywało by prawdą miało to nie być... To Hunter zasługiwał na najlepsze święta w swoim całym życiu.
Pierwszym krokiem ku temu by mogło do tego dojść było to, że sama Lia musiała wziąć się w garść. Jeśli ktokolwiek ujrzy ją w takim stanie - pobladłą strachem, z przerażonymi oczami, roztrzęsioną - od razu będzie wiedział, że coś się stało, a ona nie miała jakichkolwiek argumentów by logicznie to wyjaśnić. Podniosła się z dotychczasowego miejsca z zamiarem ponownego zakopania śladów tej okrutnej zbrodni, gdzie sprawca już nigdy nie zostanie zasłużenie ukarany. Podczas próby przysłonienia wszystkich dowodów dokumentacją, spośród nich wysunęło się coś jeszcze.
Cztery fragmenty papieru, które po połączeniu stworzyły rysunek. Nie była to ilustracja żadnego wybitnego artysty, a zdecydowanie praca wykonana przez dziecko. Ukazywała zaledwie trzy postacie - kobietę o ciemnych włosach, w kwiecistej, radosnej sukience, z uśmiechem namalowanym na nieco zniekształconej twarzy. Tuż obok niej stał chłopiec w przykrótkich spodenkach i koszulce, lecz on już się nie uśmiechał. Jego usta tworzyły parabolę wygiętą ku dołowi, symbolizującą smutek i strapienie. Trzymali się za ręce na tle jednorodzinnego domu. Przez środek kartki przebiegała gruba, czarna linia i po tej drugiej stronie właśnie stała postać mężczyzny. Mężczyzny w całości zobrazowanego przy pomocy czarnej kredki; mężczyzny, który został kilkakrotnie, agresywnie przekreślony. Na samym szczycie gościł napis "Dla mamy".
Wyszeptane, ledwo dosłyszalne O Boże wypełniło teraz przerażająco ciche pomieszczenie, a zaraz za nim rozległo się ciche pociągnięcie nosem.
Nie możesz zmienić przeszłości, ale możesz zrobić wszystko, co w twojej mocy by przyszłość wynagrodziła mu wszystkie cierpienia.
Wieko pudełka, prawdziwej puszki Pandory, która chwilę temu spowiła jej mały świat mgłą nieszczęść, zostało zatrzaśnięte pewnym ruchem sprawiając, że chmura powróciła do środka, uderzając teraz w jego wewnętrzna część i na nowo próbując się wydostać. Niesforna deska, która chciała wyjść ponad szereg, ujęta obiema rękoma i wsunięta na miejsce z ogromną precyzją. Dzieło uwieńczone kilkoma uderzeniami piąstki by jak najlepiej dopasowała się do reszty. Kilka chwil spędzonych przy okiennicy delektując się nieustającymi falami zimnego, wieczornego powietrza, orzeźwiającego i pozwalającego uspokoić rozdygotane ciało. Gorączkowa wizyta w gościnnym pokoju by ocenić swoje lustrzane odbicie.
Była gotowa.
***

Choć przestronny salon McNultych w zupełności wypełniał teraz zgiełk rozmów, z którego można było wyeksponować ten najpoważniejszy głos Huntera, ten zdecydowanie najgłośniejszy z kolei należący do Kaia i najcichszy, wykazujący obecnie najmniejszą dozę radości Gigi, tak jednoznaczny dźwięk stóp stawianych na poszczególnych stopniach, sygnalizujący nadejście kolejnej osoby mimo wszystko nie mógł zostać pominięty. Nie był to szaleńczy bieg na pierwszy poziom domu jak wtedy, gdy niespodziewanie rozlega się dźwięk dzwonka zwiastujący przybycie niezapowiedzianego gościa. Zdecydowanie bliżej było mu do ostrożnego, przezornego kroczenia i nic w tym dziwnego skoro dłonie dziewczyny skutecznie zajmowało kilka pudełek, tym samym nieco ograniczając zasięg jej widoczności. Kiedy finalnie zmierzyła się z ostatnim już schodem, dalsza trasa Lii nie pozostawiała jakichkolwiek złudzeń i nie była też otwartą księgą zwyczajnie prowadząc wprost ku dostojnej choince, a więc tam, gdzie przebywała teraz większość domowników czy też "przyjezdnych gości".
- I jak?! Był tam?! - z ogromnym podekscytowaniem wyczuwanym w chłopięcym głosie natychmiast zaatakował ją pytaniem Kai, w dalszym ciągu okupując barki swojego starszego brata. O dziwo, widok ten sprawił, że przez twarz brunetki przebiegł cień czułego uśmiechu - jeszcze nigdy nie miała okazji oglądać Hunta w takim wydaniu, otoczonego swoim młodszym rodzeństwa i musiała przyznać, że był to naprawdę komiczny obrazek.
- No pewnie, że był. Taki potężny, że zajmuje praktycznie cały strych. By w ogóle dostać się do ozdób musiałam stoczyć z nim walkę. Na śmierć i życie oczywiście. - Lia mogła sprawiać wrażenie nieco przygaszonej, przygnębionej, pozbawionej tej energii, którą zaciekle reprezentowała przed feralnym udaniem się na strych, ale robiła wszystko co w jej mocy by zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Być może straszenie dzieci nieistniejącymi potworami nie było najlepszym posunięciem od strony psychologicznej, ale w tym przypadku stanowiło ono najbielsze z najbielszych kłamstewek, dla dobra dziewięciolatka, by nigdy nie przyszło mu do głowy udanie się na poddasze i by nigdy nie natrafił na to, na co ona natrafić musiała. Mówiąc to, Lia przykucnęła na podłodze będącej bezpośrednią przestrzenią przed choinką, kładąc na niej przyniesione ze sobą ozdoby. Ułożyła je przed samą Gigi, do pełnej dyspozycji dziewczynki, nie mając nawet krzty odwagi by wyłożyć na stół swoje propozycje odnośnie ich wykorzystania w dekoracji drzewka - wytworu dwunastolatki oraz jej ulubionego brata. Miała tylko nadzieję, że cokolwiek będzie w stanie ją zadowolić biorąc pod uwagę w jak dużym pośpiechu i w jak ogromnych emocjach lokalizowała to, co spełnia wymogi kolorystyczne choinki. Lia już otwierała usta by jakkolwiek uargumentować swoje wybory, wygodnie rozsiadając się przy tym na podłodze tuż obok Hunta i Gigi , kiedy uprzedził ją dziewięciolatek.
- Wiedziałem! A mama zawsze mówiła mi, że jestem niemądry i wygaduje głupstwa! - odparł, wyraźnie usatysfakcjonowany odpowiedzią jaką przedstawiła mu Lia.
- I miała rację! Jesteś niemądry! - Gigi z kolei postanowiła wykorzystać idealną okazję do ciętej riposty najwidoczniej w odwecie za to, że zaledwie chwilę temu to ona takim właśnie obiektem ironicznych żartów się stała.
- Nieprawda! Twój Liam jest bardziej niemądry! - kolejny wyraz rewanżu, tym razem autorstwa Kaia, rozniósł się po salonu. Cóż, chłopiec najwidoczniej czuł się wyjątkowo bezkarny kryjąc się za obszernymi plecami brata.
- Nie waż się nawet tak o nim mówić! - dziewczynka najwyraźniej doprowadzona do "stanu ostatecznego" wręcz uniosła się z siadu skrzyżnego jednocześnie wymierzając w brata oskarżycielski palec.
- Hej, hej! Spokojnie! - Lia, widząc do czego ta coraz głośniejsza konwersacja może doprowadzić, postanowiła natychmiast wkroczyć do akcji by na powrót świąteczna, rodzinna atmosfera osiągnęła stan wszechobecnej równowagi. Szkoda tylko, że w innych okolicznościach rozdzielanie skaczących sobie do gardeł osób nie przychodziło jej z taką łatwością, prawda? - Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić kim jest Liam? - przystojny chłopiec ze szkoły? Ukochany sąsiad? Możliwości było tak wiele.
- To piosenkarz z zespołu dla dziewczyn! - pospieszył z odpowiedzią Kai i skrzywił się nad wyraz teatralnie oraz przesadnie jak gdyby znajomość owego zespołu godziła w jego chłopięcą dumę.
Wtedy to nad głową brunetki intensywnym światłem rozbłysła niewidzialna żaróweczka. Imię piosenkarza oraz określenie zespół dla dziewczyn... Bingo!
- Gigi, słuchasz One Direction? - dość niespodziewanie skierowała teraz pytanie do dwunastolatka i utkwiła w niej zaintrygowane spojrzenie.
- Tak, to mój ukochany zespół. - odpowiedziała prędko. Mimo że nieustannie z pewną nutą nieśmiałości, bez trudu można było dostrzec ten intensywny blask, który nagle rozświetlił jej oczy. Chyba po raz pierwszy tego dnia postanowiła obdarzyć Lię dłuższym spojrzeniem.
- To świetnie się składa. Ja też bardzo lubię chłopaków. Wiesz, że kiedy miałam jakieś siedemnaście lat Zayn postanowił odejść z zespołu? To był najgorszy dzień mojego nastoletniego życia, przysięgam Gigi! Przepłakałam wtedy całą noc! Rok później, kolejny cios prosto w serce - zespół zawiesił działalność! Śmiertelnie obraziłam się wtedy na mojego tatę za to, że nie pozwolił mi pojechać na koncert, gdy byłam młodsza i nigdy nie zobaczyłam chłopców w komplecie. - w tej kwestii Lia również zdołała się przekonać czym jest niezrozumienie społeczeństwa wobec ukochanych idoli (czym byłby świat młodej osoby bez takich właśnie platonicznych miłostek?). Choć nie posiadała młodszego, wrednego rodzeństwa, miała za to ojca, który nie dość, że nie rozpoznawał piosenek, kiedy te wydobywały się z głośników radia podczas wspólnych przejażdżek, to dodatkowo z premedytacją mylił imiona poszczególnych członków. Nie wspominając o ówczesnej specjalności Lii, a więc odpieraniu niemal każdej krytyki - uzasadnionej bądź nie - wyszukanymi argumentami.
- Och, naprawdę?! Obejrzałam cały pierwszy koncert bez Zayna i to było straszne przeżycie! Chłopcy byli zrozpaczeni! - odpowiedziała rozentuzjazmowana dziewczyna. Można było odnieść wrażenie, że nagle w zupełności zapomniała o cukierkach, aniołkach i nazbyt zaróżowionym środku drzewka. Czyżby Hunter został skazany na dokończenie dzieła w pojedynkę?
- Nie dość, że nie umie grać w antyterrorystów, to jeszcze słucha One Direction. Z kim Ty się zadajesz, Hunter? - odrzekł ponownie zdruzgotany Kai i wbił czoło w jedno z ramion brata jako, kolejny już dziś, gest dezaprobaty.
Uwikłanie w rozmowę okazało się być choć chwilowym kluczem do oderwania jej myśli od znaleziska na strychu i konsekwencji, które za sobą pociągało choć w dalszym ciągu brak było tutaj tego charakterystycznego rozświergotania.
  Temat: recepcja
Lia Bennett

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 235

PostForum: Covington Constructions   Wysłany: 2021-01-02, 18:20   Temat: recepcja
Droga do lokalu wytypowanego przez samą Lię okazała się nie być najprostszą czynnością z jaką przyszło się jej kiedykolwiek zmierzyć. Stawiaj podeszwy butów na chodniku, słuchaj, odpowiadaj, inicjuj rozmowę, przytakuj, uśmiechaj się kiedy trzeba - schematycznie, ale niestety nie wtedy, gdy swój aktualny stan emocjonalny mogła porównać do tego reprezentowanego przez najnowszy model robota - dzieła wyjątkowo uzdolnionych studentów Wydziału Automatyki. Jednym słowem mówiąc, potrafiła wykonać całe mnóstwo czynności jeśli tylko zaszła taka potrzeba, ale każda z nich była jedynie zautomatyzową koniecznością, nie zaś czymś w co brunetka włożyłaby garść prawdziwego przejęcia, energii i zaangażowania. Garść prawdziwej siebie. Lecz mimo wszystko naprawdę robiła to, co było w zasięgu jej (aktualnych) możliwości by Nate miał poczucie, że tutaj jest, nie tylko ciałem dotrzymując mu kroku, ale i duchem. W jakimś stopniu był to wyczyn porównywalny do wygrania bitwy, w której już na samym starcie otrzymuje się niechlubny tytuł głównego kandydata do przegranej - zwłaszcza jeśli myśli Lii rozbiegały się teraz na dwóch frontach i na tych dwóch frontach musiały podjąć także walkę. Może nieco zbyt chaotycznie i gorączkowo starała się stworzyć w okowach swojego niespójnego umysłu choć zarys opowieści, którą mogłaby przedstawić ulubionemu kuzynowi - łagodną, niezdradzającą zbyt wielu nieprzyjemnych szczegółów. Nie trzeba być wybitnym geniuszem i inteligentem stulecia by wiedzieć, że opanowany i niepozorny teraz Nate w końcu zacznie zadawać pytania, bo przecież sama dała mu ku temu solidne podstawy zjawiając się dziś, dość niespodziewanie, w Covington Constructions za co teraz zdecydowanie skarciła samą sobie.
Lecz nie był to jedyny powód uderzenia we własne ja w kwestii słuszności podejmowanych decyzji.
Nie powinna... Pod żadnym pozorem nie powinna oszukiwać Nate'a, sprzedawać mu brzydkich bajek opakowanych w piękny, kolorowy papier prezentowy z kokardą u samego szczytu, obdarowywać półprawdami i niedopowiedzeniami. Zawsze był dla niej taki dobry, ciepły, wyrozumiały i absolutnie nie zasługiwał na brak zaufania czy wyrafinowane kłamstwa. Póki miała jeszcze jakikolwiek wybór ... Nie chciała zepsuć choć tego.
- Nawet nie wiem od czego zacząć Nate więc może najpierw po prostu bardzo przeproszę za to, że obciążam Cię tym... Wszystkim. Możesz mi wierzyć, że czuję się z tym fatalnie, bo nie dość, że sam wiele przeszedłeś w swoim życiu osobistym, masz mnóstwo spraw na głowie, to jeszcze by tego nie było mało, musisz przejmować się jakąś niestabilną życiowo małolatą. Ale... Trudno byłoby mi znaleźć odpowiedniejszą osobę do tej rozmowy. Jeśli wybór padłby na tatę pewnie dostałby jakiegoś ataku paniki, a nie chcę go martwić. Swoich rówieśniczek z kolei nie uważam za życiowy autorytet. Ciebie zdecydowanie bardziej. - rozpoczęła, delikatnie i zarazem starannie odkładając sztućce na brzeg dużego talerza, którego niemal cała powierzchnia wypełniona była znakomicie prezentującym się wizualnie, nietypowym lunchem. Ruch ten świadczył o tym, że niewątpliwie na mężczyznę czeka dłuższa historia.
- Ostatnie dwa tygodnie były pełne kiepskich wydarzeń. Myślę, że nie będziesz ze mnie dumny. - brunetka wbiła swoje łokcie w blat stolika tylko po to by móc podeprzeć okolice podbródka na jednej z dłoni. W głębi duszy modliła się już chyba tylko o to by Nate w dowolnym momencie tej opowieści nie zaczął na nią krzyczeć, bo zachowała się głupio, nieodpowiedzialnie czy nierozsądnie. Tego już chyba nie potrafiłaby znieść.
Jednak klamka zapadła i nie było już odwrotu.
- Kiedy jakiś czas temu byłam za miastem zaczepiła mnie dziewczyna, którą widziałam po raz pierwszy w życiu twierdząc, że... Ukradłam jej chłopaka. - dopiero wypowiadając te słowa na głos, pośród względnej ciszy panującej w restauracji zdała sobie sprawę jak groteskowo to brzmi i chyba właśnie dlatego przez twarz dziewczyny przebieg cień ponurego półuśmiechu. - Była bardzo wulgarna, bardzo agresywna i nieszczególnie dostrzegałam w niej chęć do polubownego rozwiązania tej sytuacji. Doszło do bójki, ale jakimś cudem z tego wybrnęłam. Na początku myślałam, że będę mogła machnąć na to wszystko ręką i wrócić do normalności, ale... To chyba jednak nie działa w ten sposób. Nie wiem Nate, mimo wszystko trochę mnie to przeraziło i odrobinę się obawiam. Nigdy nie spotkałam nikogo z takim... Szaleństwem w oczach. - mówiąc to wszystko uparcie wpatrywała się w jeden z obrazów zawieszonych na gładkiej fakturze ściany przedstawiający martwą naturę w postaci kosza owoców i towarzyszącego im kieliszka wina. Doszła do wniosku, że póki co tyle informacji odnośnie nieprzyjemnego incydentu w zupełności mężczyźnie wystarczy. Cóż, "szczęście" należało dawkować w odpowiednich ilościach, prawda? Co nie zmienia faktu, że w wielu momentach głos brunetki ulegał charakterystycznej transformacji zyskując wiele drżących nut. Było to definitywną oznaką jej niepewności, obawy jak i zdenerwowania. Najwidoczniej ostatni tydzień radzenia sobie z problemami w pojedynkę i niedopuszczania do siebie absolutnie nikogo, istna kołyska uczuciowa doprowadziła jej opanowanie i stabilność do kompletnej ruiny.
- Kilka dni później z kolei pokłóciłam się z Hunterem. Tak... Bardzo, bardzo pokłóciłam. Wiesz, że nie przepadam za imprezami, ale tym razem dałam się namówić i to chyba się na mnie zemściło. Spotkałam tam dawnego znajomego. Rozmawialiśmy tak jak my tutaj teraz. Kompletnie niezobowiązująca pogawędka o tym co słychać, bez jakichkolwiek gestów, zupełnie nic, a mimo wszystko Huntera bardzo zezłościł ten widok. Chyba już się domyślasz jaki to wszystko miało finał. - aż chciałoby się powiedzieć klasyka męskiego gatunku na czele z wrzaskami, pięściami i strużką krwi sączącą się z bezlitośnie rozciętej brwi.
- Wiesz Nate, kompletnie tego nie rozumiem. Jesteś facetem więc może Ty będziesz w stanie mi to jakoś logicznie wyjaśnić, skąd biorą się takie zachowania. Nie wiem, może gdzieś popełniam błąd? Nigdy nie zrobiłabym osobie, którą kocham żadnego świństwa. Z nikim nie flirtuję na boku, a to wciąż się dzieje i nie potrafię odnaleźć żadnych podstaw do aż takiej zazdrości. - Lia nie znosiła wszystkiego, co niosło ze sobą słowo przemoc i konieczność podziwiania takich oto dantejskich scen bolała podwójnie.
Czy mogła powiedzieć, że w tym momencie nastąpił prawdziwy cud, kamień spadł jej z serca, a przytłaczającą szarość na nowo zastąpiły kolorowe barwy? Zdecydowanie nie. Wszystko było dokładnie takie samo jak kilkanaście minut temu i nadal czuła się tak cholernie nieszczęśliwa.
  Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 946

PostForum: gry   Wysłany: 2020-12-29, 00:10   Temat: You make every day feel like... It's Christmas!
Lia z rozbawieniem, którego nawet nie próbowała ukryć, przysłuchiwała się konwersacji o charakterze złośliwo-rozczulająco-obronnym pomiędzy Hunterem a jego mamą. Oczywiście tym, co rozweselało ją najbardziej było nagłe wzburzenie Pana Rozgrywającego, lecz rodzinna scena, w której właśnie bezpośrednio uczestniczyła i która niewątpliwie należała do ścisłej klasyki gatunku komediowego, w tym samym czasie okazała się być także kopalnią po brzegi wypełnioną rozmaitymi wnioskami. Na przykład takim, że świat znał wielu bohaterów - byli tacy, którzy ratowali ludzi z płonącego wieżowca w centrum miasta ryzykując przy tym własne życie; byli ci najpotężniejsi, owiani nutą fantastyki, których wszystko to, co nazywamy rzeczywistością nigdy nie miało okazji poznać, ale wszelakie książki, po które tak chętnie sięgamy już jak najbardziej. I wreszcie, byli też ci mali bohaterowie dnia codziennego, o których nie słyszały komiksy, jeszcze ciepła od intensywnej pracy drukarki prasa codzienna ani "czerwony pasek" sunący na kanale BBC i zazwyczaj sygnalizujący, że wydarzyło się coś wstrząsającego. Lia uświadomiła sobie, że w taki właśnie sposób spogląda na panią McNulty - jak na osobę, którą warto naśladować, z której warto brać przykład, jak na osobę, która zasługiwała na wszelaki szacunek, uznanie i podziw świata. I nie mowa tutaj o samych etapach jej życia, które przecież mogły być odbierane na różnorakie, niekoniecznie pochlebne sposoby, w zależności od poziomu konserwatyzmu danego czlowieka, ale o wartościach samych w sobie. O tym, że pomimo ciąży w bardzo młodym wieku nie zdecydowała się wybrać drogi na skróty, która na pewno z różnych względów łatwiejsza nie była, ale niezaprzeczalnie krótsza. Odważnie choć na pewno nie bez lęku postanowiła stawić czoła konsekwencjom swoich dorosłych decyzji w niedorosłym jeszcze życiu, co dla Lii równoznaczne było z tym jak bezgranicznie i ponad wszystko musiała kochać Huntera. Choćby wtedy, kiedy pracowała zdecydowanie więcej niż przeciętny człowiek pracować powinien zamiast delektować się możliwością spędzenia wieczoru w jednym z domów bractwa jako pełnoprawna studentka uniwersytetu, a wszystko to z myślą o swoim synu. Tak, pani McNulty zdecydowanie była jej żywą ilustracją potęgi i siły, która może drzemać w człowieku choć niekoniecznie zdaje sobie z tego sprawę oraz na jak wiele można zdecydować się z bezinteresownej miłości. Hunter miał ogromne szczęście posiadając taką właśnie mamę.
- Jeszcze tylko album z kompromitującymi zdjęciami z dzieciństwa i nic więcej mi do szczęścia nie trzeba! - z zamyślenia, w które uwikłała się w dość znaczącym stopniu wyrwał ją Hunter we własnej osobie. Czując słodkiego całusa złożonego na czubku głowy uśmiechnęła sie zupełnie mimowolnie i zaraz po tym, równie nieświadomie jej dłoń wystrzeliła ku górze by odnaleźć tą należącą do chłopaka, która teraz oplatała jej ramię. Kiedy już tak się stało najpierw kilkakrotnie, delikatnie pogładziła jej wierzch kciukiem by później już na dłuższą chwilę zacisnąć na niej swoje palce.
- Kochana, masz to jak w banku! Zaraz wyślę Huntera do sklepu po kolejną torebkę przyprawy korzennej i wszystko Ci pokażę! - po raz kolejny znacząco ożywiła się już i tak bardzo rześka i aktywna pani McNulty. Lia musiała przyznać, że stanowiła wyborne towarzystwo do spraw "Droczenia sie z Hunterem", bez dwóch zdań.
- Przestańcie natychmiast! Stało się coś strasznego! - głosy przepełnione wszelakimi wyrazami dobrej zabawy - w przypadku Lii i pani McNulty, a także zażenowania - w przypadku głównego obiektu uroczych żartów, niespodziewanie przerwała Gigi brzmiąc tylko i wyłącznie dramatycznie, a tym samym nie mając nic wspólnego z wszechobecnym tu nastrojem radości. To wystarczyło by ściągnąć na siebie wzrok wszystkich zgromadzonych w salonie.
- Lewa strona choinki jest jeszcze zupełnie niegotowa, a ja nie mam już żadnych ozdób w odpowiednim kolorze! - dodała prędko najwyraźniej reprezentując nurt perfekcjonistów od najmłodszych lat i w między czasie energicznie przerzucając pudełka, które miała do dyspozycji.
- Kochanie, spokojnie, na strychu mamy jeszcze całe mnóstwo innych bombek. - z misją uspokajająco-ratunkową przybyła mama dziewczynki.
- Na pewno nie pójdę na strych! Nie ma mowy! - Gigi natychmiast przystąpiła do kontrataku, właściwie to ledwo pozwalając dokończyć zdanie pani McNulty. Wydawała się być tak zdecydowana i tak nieugięta, że istną głupotą byłaby próba przekonania jej do zmiany zdania.
- Mamo, oszalałaś?! Przecież na strychu mieszka gigantyczny pająk, ten od Hagrida! - lada chwila wtrącił się i Kai wbijając w rodzicielkę pełne pretensjonalnych wyrzutów spojrzenie jak gdyby ta zamierzała ich wszystkich unicestwić, pozwalając dostać się na na teren domu śmiercionośnemu stworzeniu.
I to wystarczyło by Lia pokochała rodzeństwo Huntera jeszcze bardziej!
- Skoro to pająk Hagrida, to zgłaszam się na ochotniczkę!
***
Zgodnie z wyczerpującymi wskazówkami otrzymanymi od domowników, dotarła do końca nieszczególnie długiego korytarza, który stanowił swego rodzaju przełącznik pomiędzy poszczególnymi pomieszczeniami znajdującymi się za mahoniowymi drzwiami. W tej chwili Lia kompletnie nie potrafiła ich nazwać za wyjątkiem tego jednego, które miało stanowić ich sypialnię na dzisiejszą noc. Po wykonaniu znaczącego skrętu w prawo ukazały się przed nią już tylko prowizoryczne, dość strome schodki - jedyny, a zarazem wyjątkowo prosty sposób by dostać się na strych. Poszczególne stopnie wykonane były z cienkich, prostokątnych szczebli, których nie osłaniała jakakolwiek barierka co wymagało zachowania sporej ostrożności i uwagi tak więc w gruncie rzeczy dobrze się stało, że nie został tutaj oddelegowany żaden z dzieciaków. Brunetka zadarła podbródek ku górze by spojrzeć na drzwi znajdujące się u szczytu schodów po czym już bez zawahania przystąpiła do stawianie pewnych i zdecydowanych kroków.
Wystarczyło kilka takich by po wyciągnięciu ręki przed siebie mogła swobodnie dosięgnąć klamki. Nieprzyjemny chłód metalowej powierzchni natychmiast omiótł jej dłoń rozgrzaną teraz wszystkimi wspaniałymi emocjami towarzyszącymi jej tego dnia, lecz nie trwało to długo. Lia bezlitośnie wywarła na nią opór zmuszając tym samym do uchylenia wrót zgoła innego pomieszczenia niż te, z którymi miała do czynienia do tej pory.
Drzwi zaskrzypiały głośno i dostojnie, co tylko podkreślało wyraz ich sędziwości, ale i w ten sposób zakłócając spokój jakim owładnięty był teraz drugi poziom domu. Nim dziewczyna postawiła pierwszą stopę na podłodze, a chwilę później dołączyła do niej kolejna, dostrzegła na gładkiej fakturze ściany włącznik, który niewątpliwie stanowił sugestię do rozświetlenia pomieszczenia za pomocą kilku surowych żarówek. Dwuspadowy dach podtrzymywany był przez kilka drewnianych filarów ustawionych w jednakowych odstępach, a po przeciwległej stronie w stosunku do swojego aktualnego położenia dostrzegła jedno jedyne okienko - idealne odzwierciedlenie tego, co aktualnie panowało na zewnątrz, a więc ciemności. Pchnąwszy lekko drzwiczki Lia zatrzasnęła je za sobą i to była ta chwila, kiedy zawładnęło nią uczucie niepokoju zupełnie niewiadomego pochodzenia. Miała nieodparte wrażenie, że przeniosła się do zupełnie innej rzeczywistości - dziarskie, entuzjastyczne głosy zaniknęły zupełnie, jak gdyby nigdy nie istniały. Porzucając całkowicie zbędne myśli ruszyła przed siebie widząc jawiący się na horyzoncie niewielki regał, na którym znajdowały się starannie ułożone kartony i bardzo prawdopodobnym było, że to właśnie tam umieszczone zostały tak bardzo potrzebne teraz świąteczne ozdoby.
Podczas następujących po sobie kontaktów z podłożem nagle została znacząco wytrącona z równowagi. Jej ciało mimowolnie próbowało wychylić się do przodu tym samym przymusem nakłaniając Lię do zaprzyjaźnienia się z pokrytymi kurzem deskami podłogowymi, ale na szczęście udało jej się utrzymać w jedynym i słusznym pionie.
- Cholera. - odrzekła sama do siebie tonem głosu znajdującym się na pograniczu szeptu, co niejako wymusiło na niej to miejsce, ale przede wszystkim pierwsze skrzypce odgrywała tutaj tak wyraźnie wyczuwalna w nim ulga i wytchnienie. Ignorując nagłe uderzenie ciepła, które pojawiło się za sprawą wyrzutu sporej dawki adrenaliny, zmarszczyła brwi jako wyraz niezadowolenia, zastanawiając się tym samym co też mogło być przyczyną nagłego potknięcia skoro nie posiadała w tym momencie sznurowadeł. Do tej pory nie przydarzały jej się także incydenty patologicznego niezdarstwa, kiedy to miałaby potykać się o własne nogi. Tak więc co?
Obejrzała się za siebie, a spojrzenie czekoladowych oczu natychmiast skierowała ku dołowi by dokładnie przyjrzeć się drodze, którą dotychczas pokonała. Jej wzrok przykuła jedna z desek - deska, która jeszcze chwilę temu nie wzbudzała jakichkolwiek podejrzeń, teraz była wytrącona z idealnego szyku stworzonego przez mistrza remontów kilkanaście lat temu. Cóż, najwidoczniej musiała być już mocno obluzowana i stąd ten incydent. Dziewczyna cofnęła się nieco i przykucnęła dokładnie przed miejscem, w którym dokonała małego rozboju z zamiarem umiejscowienia zguby tam, gdzie być powinna. Jak ogromne było jej zdziwienie, kiedy we fragmencie podłogi, który uwidoczniła, nie dostrzegła szarzyzny betonu, a... Spory kawałek wolnej przestrzeni wypełniony niewielkich rozmiarów pudełkiem. Odgarnęła deskę jeszcze bardziej na bok co pomogło jej dostrzec więcej detali. Kartonik został naznaczony napisem, do którego powstania niewątpliwie przyczynił się intensywnie czarny choć teraz już znacznie wyblakły, gruby flamaster, a sama czcionka sprawiała wrażenia dość niedbałej i pospiesznej.

"Sprawozdania finansowe spółki AMC Entertainment Inc. Lata 2000-2003"

Brwi Lii zmarszczyły się jeszcze bardziej niż miało to miejsce chwilę temu w oznace całkowitego zdumienia. O ile dobrze pamiętała, Hunter wspominał niegdyś, że nielubiany przez niego ojczym trudnił się zawodem księgowego więc zapewne należało to właśnie do nieżyjacego już mężczyzny . Tylko dlaczego... Dlaczego wynosił dokumentacje ze swojego miejsca zatrudnienia i gromadził w domu, a by tego nie było mało, w skrzętnie ukrytym schowku? Pierwszą myślą jaka przyszła jej do głowy były czarne czy też nielegalne interesy, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, a przecież w tym obszarze było ich całkiem niemało.
Dłuższą chwilę wahała się czy w ogóle powinna je otworzyć. W końcu nie była u siebie i nic tutaj nie należało do niej, ale... Kto nie marzy o tym by któregoś dnia odnaleźć na plaży długowieczną butelkę z listem miłosnym wewnątrz albo taki właśnie skarb natrafiony w miejscu, o którym nikt nie miał pojęcia?

Ułożyła dłonie na pokrywie i uniosła ją do góry...
 
Strona 1 z 8
Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 423 punkty
Dwudziestosześcioletnia wielbicielka zwierząt, która absolutnie nie ma ręki do opieki nad nimi. Bezrobotna panna, która przyjechała do Seattle zaledwie kilka miesięcy temu. Uwielbia śpiew i grę w rzutki. Kolekcjonuje ozdoby, co świetnie jej wychodzi, nie ma jednak talentu kulinarskiego. Jej największym marzeniem jest, aby nazwano kebaba jej imieniem.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, luty - 335 punktów
Czterdziestoczteroletni biznesmen, urodzony i wychowany w Seattle. Krążą pogłoski, że niedługo zostanie rozwodnikiem i wróci do gry jako świeżutki singiel. Łebski z niego gość, ale to nic dziwnego, skoro ma zapał do nauki. Odstresowuje się przyciskając gaz do dechy w swoim sportowym aucie lub popijając dobrą whiskey. Kocha podróżować.