kliknij mnie!
Dreamy Seattle :: Szukaj
hello stranger
boom
kiara
aviana
diosmio
andrew
dAuvergne
elise
inissia
robert
myre
uwaga
22.11.20 - mamy już cztery miesiące. Super, że jesteście z nami i oby tak dalej!
uwaga
W związku z odświeżeniem wyglądu forum, wykonajcie twardy reset: ctrl + f5 lub option + command + r.
uwaga
Jakiekolwiek problemy z działaniem forum prosimy zgłaszać bezpośrednio do adminów lub w odpowiednim TEMACIE.

Znalezionych wyników: 76
Dreamy Seattle Strona Główna
Autor Wiadomość
  Temat: Ucieczka przed szlabanem!
Lia Bennett

Odpowiedzi: 1
Wyświetleń: 22

PostForum: 37   Wysłany: 2020-11-18, 21:07   Temat: Ucieczka przed szlabanem!
#kiedyśpoliczę
Outfit

Seattle.
Największe miasto w stanie Waszyngton.
Miasto nieposiadające swojego prywatnego Kuby Rozpruwacza ani nieujęte na nieco wyblakłych już kartach kryminalnych kronik Ameryki za swoje szczególne "zasługi".
A jednak... A jednak! Ostatnimi czasy funkcjonowało tak jak gdyby bardzo pragnęło znaleźć się pośród tych właśnie rwących, niebezpiecznych nurtów historii.
Pomijając całkowicie napaści na niewinnych ludzi i nieszczególnie zrównoważone osoby snujące się po ulicach miasta, tak kiedy usłyszała co takiego przydarzyło się Stelli Martinez... Nie potrafiła przejść z tym do porządku dziennego. Spędziwszy praktycznie pełną godzinę z rozgrzanym do czerwoności telefonem przy uchu i wsłuchując się z uwagą w coraz to bardziej dramatyczne słowa szesnastolatki - upadek, skręcona kostka, nóż, rana - główną emocją towarzyszącą Lii w tamtym momencie był nie szok czy też niedowierzanie znamienne dla osób zaatakowanych niesłychaną sensacją. Choć to także, przecież była tylko człowiekiem. W głównej mierze był to smutek, że Stella - ten mały, uroczy krasnal - musiała dopisać tak okrutne zdarzenie do grona swoich życiowych doświadczeń, które przecież w tym wieku powinny dotykać jedynie każdego koloru tęczy, oczywiście prócz szarości, do których to niewątpliwie należało.
Jednak po epizodzie tym nieuniknienie musiały nastąpić jakieś konsekwencje. Bilans następstw pozytywnych? Zdecydowanie ujemy. Bilans następstw negatywnych? Zdecydowanie dodatni. Jednym z nich, zapewne tak samo złym jak ślady, które pozostaną w psychice młodej dziewczyny był... Szlaban. Prawdziwa zmora każdego nastolatka, główna przyczyna nienawiści kierowanej w stronę rodziców, domowych awantur, ucieczek i... Stop. Skoro już mleko się rozlało i panienkę Martinez dotknął ten marny los, należało jej w tej niedoli pomóc. Empatyczna część osobowości Lii pozwalała jej bez trudu wyobrazić sobie co takiego może czuć teraz szesnastolatka. Irytacja, kiedy raz po raz musiała wysłuchiwać kazań rodziców pt. "Czy Ty wiesz jak mogło się to skończyć?" Strach wywołany przez wspomnienia, które pojawiały się wraz z momentem zgaszenia lampki nocnej późną porą i... Jeszcze większa irytacja, kiedy cały swój wolny, cenny czas musiała spędzać jedynie w domowym zaciszu. I gdyby Stella zamieszkiwała ze swoim tatą, to prawdopodobnie nawet byłaby o nią całkiem spokojna. Pan Martinez nie wydawał się być człowiekiem skorym do sypania karami i zakazami jak z rękawa. Ale pani Claribel... Lia obawiała się, że tutaj sytuacja może mieć się nieco gorzej.
To jest ten moment, kiedy należy docenić definicję słowa znajomości bądź odpowiednie kontakty. Kilka dni po przerażających przeżyciach Lia postanowiła w subtelny sposób zasugerować swojemu ojcu, że może warto byłoby przekonać panią Claribel by pozwoliła Stelli przyjechać w odwiedziny tutaj, do Columbia City, co miało zagwarantować nastolatce choć chwilową zmianę otoczenia (z czterech ścian swojego pokoju na cztery ściany pokoju Lii) i nieco swobodniejsze środowisko. Tata na szczęście jej nie zawiódł i dzięki władaniu odpowiednią argumentacją któregoś dnia podczas wspólnego obiadu mogła usłyszeć...
Lia, zapomniałbym. Rozmawiałem dziś z Clari. Znajdźcie tylko odpowiedni dzień i Stella będzie mogła się tu zjawić.
Dziś nastał ten właśnie dzień. W konspiracyjnej konwersacji ze Stellą ustaliły, że siedemnasta będzie porą idealną z naciskiem na niespecjalnie późną, a więc jednocześnie niedającą powodu by rodzice dziewczyny odczuwali jakiś niezidentyfikowany, wewnętrzny niepokój. Kiedy wskazówki naściennego zegara bardzo śmiało i z odwagą kroczyły ku odpowiedniej cyfrze, a Lia krzątała się po kuchni, nagle podjazd przed samym domem rozświetlił błysk samochodowych lamp. Niezbyt głośny dźwięk silnika ucichł nagle za sprawą przekręconego kluczyka w stacyjce i w tym samym momencie Lia odsłoniła nieco okienną zasłonę by upewnić się, że to właśnie wyczekiwana Stella. Kilka sekund później z jej ust wydobył się zduszony chichot, a bezpośrednim sprawcą tej wesołości był widok naburmuszonej twarzy jasnowłosej i moment, w którym wydobywając się z wnętrza pojazdu ruch jej ust aż krzyczał "Poradzę sobie sama!". Czym prędzej pospieszyła więc by uchylić przed dziewczyną drzwi wejściowe i stojąc w ich progu obserwowała jak Stella, walcząc z chwilową dysfunkcją stawu skokowego, powoli zmierza w jej kierunku. Na twarz studentki natychmiast wstąpił łagodny, uprzejmy uśmiech, gdy zapewniała panią Hannigan, że "Tak oczywiście, proszę się nie martwić, cały ten czas spędzimy w domu." albo "Tak, oczywiście, Stella zadzwoni, kiedy będzie chciała już wracać albo po prostu ja odwiozę. Pod sam dom!". Kiedy wymiana wszelakich uprzejmości i formalności dobiegła końca, a nastolatka zdołała stanąć już w korytarzu...
- Nareszcie! - rozbrzmiało w pomieszczeniu zaraz po tym, gdy Lia na powrót zatrzasnęła za nimi drzwi i oparła się o ich twardą, mocną fakturę plecami. W tonie jej głosu bez większego trudu i zaangażowania można było odszukać ulgę. To dokładnie tak jak gdyby jeszcze chwilę temu musiała utrzymywać maskę wyjątkowo anielskiej, spokojnej dziewczyny by teraz zdjąć ją z radością i niedbale odrzucić w kąt. Balansując ciężarem ciała odbiła się od swojego tymczasowego oparcia i stając tuż obok Stelli przyglądała się jej z uwagą, kiedy ta zajęta była pozbywaniem się okrycia wierzchniego.
- Ale się porobiło, co? Ale nie przejmuj się! W końcu im to minie. Też kiedyś dostałam gigantyczny szlaban, wiesz? - cały jeden raz w swoim dwudziestodwuletnim życiu, ale należy gromadzić cenne doświadczenia, prawda? - Powiedziałam ojcu, że idę do takiej jednej Sammy przygotowywać projekt na zajęcia z biologii i będę tam nocować, a tak naprawdę nawet jej zbyt dobrze nie znałam. - kąciki ust Lii wygięły się w figlarnym uśmiechu. - Prawda była jednak taka, że umówiłam się z Masonem z trzeciej klasy. Miał mnie zabrać na całonocne ognisko w lesie. Pech chciał, że kiedy weszliśmy do sklepu po przekąski natrafiłam tam na tatę. Przeżyłam wtedy stan przedzawałowy, przysięgam Stella. Oczywiście wszystko skończyło się tak, że musiałam wrócić do domu. Mason więcej się już że mną nie umówił twierdząc, że jestem dla niego zbyt dziecinna. Już nie wspomnę o tym, że przez kilka kolejnych dni musiałam wysłuchiwać, co ten chłopak mógł mi zrobić. Straszny obciach. - urocza historia sprzed kilku lat miała jeden główny cel, a właściwie to całe dwa. Przede wszystkim poprawić nieco nastrój Stelli, a zaraz po tym pokazać jej, że nie jest na tym świecie sama i cóż, bardzo duża część społeczeństwa boryka się z dokładnie tymi samymi problemami.
- Potrzebujesz czegoś? Wygodnej poduszki pod stopę? Fotela? Okładów z lodu? Maści na stłuczenia? Tabletek przeciwbólowych? - zapobiegawczo wymieniła wszystko co tylko przyszło jej do głowy byleby dziewczyna czuła się tu jak najbardziej komfortowo, a wszystko to ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
  Temat: Kto do kogo pasuje?
Lia Bennett

Odpowiedzi: 4465
Wyświetleń: 74782

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2020-11-18, 13:48   Temat: Kto do kogo pasuje?
Leonard pasuje :hm:
  Temat: recepcja
Lia Bennett

Odpowiedzi: 3
Wyświetleń: 64

PostForum: Covington Constructions   Wysłany: 2020-11-16, 21:38   Temat: recepcja
Zdarzenia przy recepcji przybrały nieco nieplanowany obrót, ale czy musiało oznaczać to gorszy? Oczywiście, że nie. W początkowym zamyśle Lia nie przewidywała na dziś żadnego większego obchodu po Covington Constructions, oczywiście prócz tego niezbędnego, a więc pozwalającego jej pokonać odległość dzielącą stanowisko recepcyjne oraz prywatny gabinet Pana Prezesa, jak to przecież określiła swojego wspaniałego kuzyna jeszcze chwilę temu.
Jednak kiedy recepcjonistka, którą swoją drogą bardzo podziwiała teraz za profesjonalizm i kamienną twarz w zaistniałej sytuacji, ukończyła krótką i zapewne bardzo rzeczową rozmowę ze swoim przełożonymby chwilę później taktownie, z wciąż nieniknącą klasą poprosić Lię o udanie się z nią do sali konferencyjnej - nie mogła odmówić. Skoro już wzniosła najwyższy z możliwych stopni gotowości, alert doskonały, to z czystej przyzwoitości musiała doprowadzić go do finiszu. Jak zamierzała, tak też zrobiła. Bez jakiegokolwiek, choćby najdrobniejszego słowa sprzeciwu ("Nie trzeba, naprawdę, równie dobrze mogę poczekać tutaj!") uniosła się z fotela dla oczekujących by już tylko podążać za nią dokładnie tam, gdzie ta chciała by się znalazła.
Ta krótka wędrówka pośród korytarzy okazała się być zarazem przeprawą poprzez nostalgiczne wspomnienia. Jak żywe. Pojawiły się nagle, nie wiadomo skąd by niepostrzeżenie przedrzeć się do podświadomości Lii. Gdyby tak cofnąć się w czasie, chociażby o ten jeden rok, to pewnie lada moment spotkałaby tutaj wujka Andrewa, a więc zarazem ojca Nate'a, który zaskoczony (pozytywnie, jasne?!) jej obecnością wykrzyknąłby krótkie "Lia, Kwiatuszku! " i zmusił ją do zjedzenia wszystkich rogalików z nadzieniem owocowym myśląc, że wciąż ma jakieś... Siedem lat? A chwilę później zdałby sobie sprawę, że jednak ma tych lat "nieco" więcej i padłoby najbardziej Klasyczne z Klasycznych Pytań Wujków... "A kim jest ten przystojniak, z którym ostatnio widziałem Cię przy Denny Way?!" Swoimi przemyśleniami oczywiście z kuzynem dzielić się nie zamierzała. W końcu jej celem przyjścia tutaj nie było wpędzenie ulubionej części rodziny w nastroje podłe i w jakimś stopniu na pewno również traumatyczne. Co nie zmienia jednak faktu, że dzisiejszy stan emocjonalny Lii dopełniały... Wyśmienicie. O zgrozo.
Nawet się nie obejrzała, a nieznajoma uchyliła przed nią drzwi do sali, która stanowiła swego rodzaju przedłużenie wszystkiego z czym miała styczność od kilku minut. Rozległy blat w kolorze poszarzałej bieli rozciągał się przez sporą część długości pomieszczenia i nie potrafiła dopatrzeć się na nim choćby najmniejszego zarysowania. Każdy punkt dookoła stołu wypełniały krzesła dla przyszłego klubu dyskusyjneego, który jak łatwo można się domyślić, podejmował kluczowe decyzje i debatował o dalszych losach firmy. Cała reszta na czele z białą tablicą i rzutnikiem sprawiały, że czuła się tutaj praktycznie jak na sali wykładowej w oczekiwaniu na profesora. Pomiędzy licznymi spostrzeżeniami znalazło się i miejsce na uprzejme upewnienie recepcjonistki, że szklanka wody jest wszystkim, co potrzeba jej do szczęścia choć prawdę mowiąc zupełnie potrzebna ona nie była. Kiedy już zdołała się usadowić na miejscu wybranym bez większego zastanowienia, otrzymała informację, że Pan Covington lada moment się tutaj zjawi. Tym samym młoda kobieta opuściła salę konferencyjną wracając do swoich zwyczajowych obowiązków. Była tutaj sama tak krótko, że właściwie nawet nie zdążyła pomyśleć o niczym konkretnym (na szczęście!), ponieważ jej uwagę przykuł już tylko dźwięk kroków sprawiający wrażenie dość pospiesznych i nerwowych. Ich echo niosło się coraz bardziej aż w końcu...
- Kolego! Ale się odstawiłeś! Vogue Paris, edycja trzysta pięćdziesiąta czwarta. Na okładce Nathaniel Covington. Młody, o wielkich ambicjach, skory do ryzyka. Jaki jest więc prywatnie? - natychmiast okręciła się tak by móc patrzeć już bezpośrednio na wejście, a jej słowa podążyły w rozmaitych kierunkach. Jednym z nich był chociażby nieco teatralny podziw, szacunek i uznanie. Drugim? Słodka złośliwość na pograniczu małego, wrednego chochlika. Oczywiście musiała powitać go w należyty sposób - kiedy była dzieckiem nieszczególnie potrafiła odgryźć się starszemu Nate'owi, który bez przerwy atakował ją kąśliwymi uwagami ("Na pewno nie potrafisz przejechać całej ulicy na dwóch kółkach, Bennett! ") dlatego starała się nadrobić swoje ówczesne niedociągnięcia... Teraz!
Więc... Jaki był prywatnie?
Nate bez wątpienia był jej ulubionym kuzynem wśród wszystkich, których mogłaby wytypować i dziś trudno byłoby jej wskazać dokładny moment, w którym ich relacja przerodziła się w najprawdziwszą bratersko-siostrzaną więź. Gdyby z kolei ktoś poprosił ją o udzielenie odpowiedzi na pytanie co najbardziej ceniła w dwudziestodziewięciolatku bez chwili zawahania odpowiedziałaby, że jego troskę, to, że chce dla niej jak najlepiej oraz to, że Nate w jej oczach wydawał się być taki... Stateczny, rozsądny, dojrzały, w przeciwieństwie do samej Lii, która dojrzała może i była, ale rozsądna już nieszczególnie.
- I wręcz przeciwnie! Legendy głoszą, że ludzie wykonujący pracę biurową zazwyczaj nadużywają kawy. Dlatego dziś postanowiłam, że uchronię przed tym Twoje zdrowie i podniosę Ci ciśnienie w o wiele bardziej naturalny sposób! Podobno wszystko co naturalne jest lepsze. - odpowiedziała w chyba najbardziej charakterystyczny dla siebie sposób, a więc kolokwialnie mówiąc, odwracając kota ogonem i nawet gdzieś pomiędzy wierszami można było dosłyszeć jej cichy śmiech. Szczery. Chyba po raz pierwszy dzisiejszego dnia.
- Mam teraz dłuższą przerwę pomiędzy zajęciami i właściwie... - chciałam uciec z uniwersytetu tak daleko jak to możliwe. - Nie miałam żadnych konkretnych planów więc postanowiłam zajrzeć. - spojrzała na Nate'a "nie-powinnaś-być-teraz-na-uczelni" Covingtona nieco pobłażliwie, a powodem tego był fakt, że przecież miał przed sobą Lię we własnej osobie - Lię, która potrafiła czuwać nad swoim dziennym kalendarzem jak nikt inny i świat musiałby stanąć na głowie by ominęła jeden z punktów, które przecież były jak twierdza - nienaruszalne. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.
- Pamiętasz jak kilka tygodni temu rozmawialiśmy i wspominałam Ci, że wybieram się na koncert? Mówiłeś wtedy, że też bardzo chciałbyś pójść, ale okazało się, że jest już za późno i bilety nie są dostępne. Jednak nie będę mogła wykorzystać swoich więc może chociaż Ty skorzystasz? Myślę, że świetnie zrobi to zapracowanemu i zestresowanemu tobie. - uśmiechnęła się z widoczną przekorą i w tym samej chwili odwróciła od niego wzrok by chwilowo utkwić go w torebce, kiedy poszukiwała tam prostokątnej, papierowej koperty, w której to skryte były wspomniane, aktualnie nieosiągalne bilety. Kiedy już udało jej się ją wydobyć na światło dzienne przesunęła niespodziankę w stronę Nate'a.
W całkowitej zgodzie z tym, co lubiła najbardziej - tylko i wyłącznie pozytywnie zaskakiwać innych.
  Temat: Oceń avatar osoby wyżej
Lia Bennett

Odpowiedzi: 286
Wyświetleń: 4576

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2020-11-16, 09:59   Temat: Oceń avatar osoby wyżej
11/10 jak cała Ty, Mała Ams! :heart:
  Temat: state of flux
Lia Bennett

Odpowiedzi: 16
Wyświetleń: 733

PostForum: 37   Wysłany: 2020-11-15, 23:45   Temat: state of flux
Mógł zacząć od... Czegokolwiek zechciał.
Szczerość. Jedno słowo, którego ta, wcale niekrótka już relacja potrzebowała tak rozpaczliwie jak rozpaczliwie potrzebuje wody wędrowiec zagubiony wśród pustynnych piasków od dobrych kilku godzin.
To ogromna, zdecydowanie zbyt duża liczba nieszczęść (a raczej o każde z nich za duża), która spadła na tylko jedno niewinne istnienie i oczywistym jest, że zbyt trudno, zbyt boleśnie, na pewno także zbyt wstydliwie byłoby Hunterowi wyrzucić to z siebie tak po prostu, w dowolnej chwili, na życzenie. Nieuniknionym jest także, że w którąkolwiek z historii nie postanowiłby się zagłębić, miałoby to działanie podobne do serii pocisków bezlitośnie i samoczynnie wydobywającej się z taśmy karabinu maszynowego - łatwo jest się domyślić, że rozszarpałoby to serce Lii na strzępy, ale w tym momencie to zupełnie nieistotne. Nie ona była tutaj najważniejsza i poradziłaby sobie z tym. Istotnym jest by Hunter w ogóle zaczął. Tylko jak zniszczyć mur tak zawzięcie budowany przez kilkanaście lat i cementowany z uporem maniaka każdego dnia?
Wtedy na pewno byłaby w stanie zidentyfikować ujście rzeki o nazwie "Agresja", która w momencie zetknięcia z bezkresnym morzem stawała się prawdziwą tykającą bombą - nigdy nie wiadomo było kiedy i na kogo padnie tym razem; pojąć dlaczego nieustannie wpakowywał się w kłopoty z mocą dziesięciokrotnie większą niż przeciętny dwudziestoczterolatek. Były to kwestie, na które obecnie nie potrafiła odszukać odpowiedzi, mimo najszczerszych chęci i wielu prób, a niewiedza ta przynosiła więcej złego aniżeli dobrego, jakby się mogło Hunterowi pozornie wydawać. Tworząc swoją własną kreację, która miała, niczym te akwarele rozpościerające się po kartce papieru, malować go w oczach rówieśników jako wiecznego luzaka, mającego wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu, przebojowego chłopaka, który nigdy nie może pozwolić sobie na chwilę słabości, nie ułatwiał jej zadania. Choć Lia wciąż obracała się w kręgu humanistycznych rejonów tak o psychologii nie wiedziała zbyt wiele; żadne z niej też było medium, które tak po prostu mogłoby się wszystkiego domyślić.
Najboleśniejsze wśród wszystkich wątpliwości było jednak pytanie... Dlaczego?
Dlaczego nie chciał uchylić przed nią tych obszarów swojego życia, które gdyby porównać je do ulicy, w której obecnie się znajdowali, byłyby tą samą przestrzenią nocną porą, ale bez jakiegokolwiek źródła światła dającego nadzieję, pokrytą wyjątkowo gęstą mgłą ofiarującą widoczność na co najwyżej jeden krok? Dlaczego nie pozwalał poznać się całkowicie? Nie zasługiwała na jego zaufanie? A może... A może myślał, że kochała go tylko dlatego, bo nosił bluzę Washington Huskies, bo wszyscy za nim wprost przepadali? Przecież wiedział, musiał wiedzieć, że to nie zmieniłoby absolutnie niczego.
Z popsutym sercem?
Kochałaby go jeszcze bardziej dobrowolnie rezygnując ze snu w niejedną noc by, z Hunterem śpiącym już obok, przedrzeć się przez ogrom informacji serwowanych przez internet, dziesiątki for dyskusyjnych, gdzie pacjenci z podobnymi dolegliwościami dzielili się swoimi przemyśleniami, innowacyjnymi metodami, nazwiskami wartymi zapamiętania. Gdyby jednak okazało się, że interwencja chirurgiczna jest nieunikniona mogłaby godzinami tkwić przy jego łóżku, w poczekalni, gdziekolwiek byleby tylko czuł, że nie jest tu sam i że zawsze jest ktoś kto będzie na niego czekał.
Ze szramami pozostawionymi przez dzieciństwo?
Kochałaby go jeszcze mocniej. Choć nic nie była w stanie zrobić by odmienić przeszłość, mogła zrobić wiele by odmienić przyszłość. Mogłaby stworzyć dla niego dom, taki jakiego do tej pory nie miał jeszcze okazji zaznać. Naprawdę czuła się na siłach by podołać temu zadaniu.
Taki dom, do którego wraca się z przyjemnością, wyczekiwaniem czającym się przez cały dzień w podświadomości, w którym nikt nie musi się niczego bać, a więc zupełne przeciwieństwo domu, do którego wracać musiał kilkuletni Hunter po skończonych lekcjach w miejscowej szkole.
Dom, w którym wieczory nie byłyby naznaczone przerażeniem i niewyobrażalnym, psychicznym cierpieniem. Wszystko to zastąpiłby unoszący się w każdym możliwym pomieszczeniu zapach cheesecake, w które, jeszcze gorące, Hunt mógłby wbić swoje łakome palce i wyżłobić tam kilka uroczych otworów przez co piętnaście minut później usłyszałby głośne, zbulwersowane "Brawo, McNulty, wlasnie zrujnowałeś trzy ostatnie godziny mojego życia!".
Gdzie w przeddzień świąt, w salonie pełnym rozrzuconych pudełek wypełnionych po brzegi ozdobami choinkowymi rozbrzmiewałoby "Hunt, podsadzisz mnie? Nie mogę dostać by zawiesić to właśnie tam, a postanowiłam, że to musi być... Właśnie tam!"
Dom, w którym tuż przed zaśnięciem otrzymuje się słodkiego buziaka skradzionego gdzieś w kąciku ust, a przez resztę nocy trudno jest się opędzić od drobnych palców ufnie wplecionych w męską dłoń.
Doświadczyła już tego wszystkiego. Wprawdzie tylko przez pięć krótkich, za krótkich lat życia, ale to wystarczyło by jeszcze dziecięcy umysł małej Lii nauczył się, pewnie nieświadomie, jak powinno funkcjonować dwoje kochających się ludzi, co oznacza nieuchwytne pojęcie domowego ciepła. Zdawała sobie sprawę, że Hunt - wychowywany tylko przez mamę, która zapewne nie miała dla niego tak dużo czasu jakby chciała, bez ojca u boku i ojczymem, którego nie darzył szczególną sympatią - nigdy takiego wzorca nie otrzymał. Dlatego to była ta cząstka jej duszy, którą bez wątpienia chciałaby mu pokazać - jak piękna potrafi być - i oddać - by już nigdy jej nie utracił.
Tylko musi dać jej na to szansę.
Musi dać jej szansę.
- Oczywiście, że bzdury. - powtórzyła zaraz za Huntem swoim zwyczajowym, nieszczególnie głośnym tonem, pozwalając by mrok South King Street dostrzegł zupełnie nowe emocje. Niedowierzanie wywołane tym jak bardzo łatwo przychodziło mu lekceważenie sytuacji sprzed kilkunastu minut. Cień smutnego do szpiku kości, żałosnego rozbawienia swoją własną głupotą, która teraz została jej boleśnie uświadomiona. Na powrót bezradność i niemoc aż krzycząca by się poddać. - Masz rację, w końcu jestem tylko głupią, nudną laską, która nie potrafi pojąć, że nie ma prawdziwej, dobrej zabawy bez pokiereszowania sobie twarzy i teraz dramatyzuje, bo przestraszyła się porządnego prawego sierpowego. Ale w porządku, jeśli tak musi być, to dobrze, będę tą nudną laską i będę myśleć o konsekwencjach za nas oboje. Naprawdę nie rozumiesz, że chcę Cię mieć każdego dnia obok, a nie rozmawiać z Tobą przez szybę w areszcie przez kilka kolejnych lat?! Aż tak trudno w to uwierzyć?! Zastanawiasz się czasami co czują inni, Hunt? Albo nad tym, co będę czuć jeśli któregoś dnia otrzymam telefon, że jesteś w stanie krytycznym, bo ktoś przyłożył Ci tak niefortunnie?! Dlaczego tak bardzo chcesz spieprzyć sobie życie na własne życzenie! - jak gdyby ilustrując wagę jej poruszenia, klatka piersiowa Lii unosiła się i opadała dość gwałtownie oraz płytko. Zderzenie wewnętrznego ciepła, wytworu emocji zmieniających się niczym w kalejdoskopie oraz nocnego, jesiennego powietrza wprawiało jej ramiona w delikatne drżenie. Jeśli miałaby wskazać czego aktualnie obawiała się najbardziej to właśnie tego - że pewnej nocy ze snu wybudzi ją dźwięk telefonu i w słuchawce usłyszy głos jednego z dobrych znajomych Hunta mówiący "Słuchaj, Lia, nie chce Cię martwić, ale... Tylko spokojnie, ok?" Hunt nie był żadnym niezwyciężonym herosem, ale najwyraźniej cierpiał też na dotkliwy brak świadomości, że nie wygra każdej walki w swoim życiu, że pewnego dnia przeciwnik może okazać się po prostu silniejszy czy też właśnie do niego uśmiechnie się los.
- I w imię czego to wszystko, Hunt? W imię tego, że jakiś idiota mówił o rzeczach, które nie będą mieć miejsca nigdy? A Ty powinieneś być o tym przekonany najmocniej, wiesz? Szkoda, że wszyscy wokoło potrafią dostrzec, że nie widzę poza Tobą świata tylko Ty... - mimo że przez cały ten czas nie oderwała swojego spojrzenia od oczu Hunta nawet na krótką, łagodzącą sekundę, tak teraz nie zrobiła tego nadal choć to był ten moment, gdy jej głos uległ zdecydowanemu załamaniu i potrzebowała chwili uwieńczonej pośpiesznie zaczerpniętym oddechem by kontynuować. - Nie potrafisz. - zdołała dokończyć choć zbyt drżąco, zbyt cicho i zbyt niepewnie niż by chciała.
- Nie ma o czym mówić. Nigdzie z Tobą nie wracam, Hunt. Bo jeśli to zrobię to będzie dla Ciebie znak, że możesz robić wszystko co Ci się podoba, nawet jeśli jest to bardzo złe i nigdy nie poniesiesz żadnych konsekwencji. I oddaj mi kluczyki. Jesteś pijany i nie możesz już dziś prowadzić. - stwierdziła tylko biernie i chłodno, już nawet nie starając się dociekać z jakiego powodu jej chłopak postanowił aż tak bardzo zbratać się z alkoholem tego wieczoru. Nie miała na to siły. Zdecydowanie wyciągnęła rękę w stronę rozgrywającego oczekując, że faktycznie lada moment na wewnętrznej części jej dłoni znajdzie się plik samochodowych kluczyków. Nie, nie zamierzała kraść jego SUVa spod posiadłości bractwa. Zamierzała tylko i wyłącznie zabrać je ze sobą do domu by Hunterowi nie wpadł do głowy kolejny pomysł z kategorii "Najgłupszych". Swój przydział na dzień dzisiejszy już zdecydowanie wyczerpał. Z nawiązką.
  Temat: state of flux
Lia Bennett

Odpowiedzi: 16
Wyświetleń: 733

PostForum: 37   Wysłany: 2020-11-12, 23:46   Temat: state of flux
1

Jej zniknięcie z podwórka, a więc swoistej areny, gdzie toczyła się walka nie wiadomo po co i nie wiadomo o jaki laur, stanowiło symboliczny znak, że położyła kres jakiemukolwiek identyfikowaniu się z tym wydarzeniem i poczuciu odpowiedzialności za jego rozpętanie oraz oczywiście późniejsze konsekwencje. Ucieczka nie była działaniem celowym, podstępnym, działaniem, z którego chciałaby wydobyć jakiekolwiek korzyści dla siebie bądź też udowodnić coś światu. Nie było to wewnętrznym, niemożliwym do wyciszenia głosem spośród którego w jakiejś szalonej, złudnej pogoni na pozycję lidera wznosiło się tylko jedno bezwzględne pragnienie... By dość teatralnie, może przesadnie zademonstrować mu swój gniew będąc przekonaną, tak bardzo przekonaną, że ten prędzej czy później za nią pobiegnie i tym samym udowodni mu jak potężną kontrolę nad nim posiadała. Nie chciała mieć kontroli, nie chciała manipulować, nie chciała owijać wokół palca.
Uciekła nie chcąc znów zapoznawać się z tym obliczem Hunta, które nigdy znać nie chciała; które zamieniało krew płynącą w jej żyłach w zakończone ostrymi szpicami sople; podczas którego nie miała pojęcia kim jest człowiek stojący tuż obok.
Szczerze pragnęła by tego wieczoru Hunter już jej nie odnalazł. Wiedziała, a przede wszystkim czuła czego miarą była cała gama emocji, którą usilne zduszała teraz wewnątrz siebie za każdym razem, gdy ta próbowała przejąć kontrolę za bardzo, że pod żadnym pozorem nie była gotowa na tę konwersację, na to starcie. Nie teraz. Nauczona doświadczeniem, do którego zdobycia przyczyniły się wszystkie kilometry kamienistych, wyboistych bezdroży przemierzone przez nich niemalże ramię w ramię w przeszłości, wiedziała, że momenty naznaczone emocjonalnością... Emocjonalnością zataczającą ścisłą pętle wokół odczuć negatywnych, są tą częścią wspólnej przygody, którą, gdyby ta nagle stała się jednym z egzaminów końcoworocznych, oboje nigdy by nie zaliczyli, mimo podejścia drugiego, czwartego, dziesiątego. W Lię, uchodząca przecież w oczach swoich kolegów, wykładowców i wreszcie rodziny za widzialne odzwierciedlenie niewidzialnego pokoju i łagodności, wstępowała wtedy siła, którą każda komórka jej ciała tak bardzo chciała odtrącić jako ten element niepasujący do całej reszty układanki, a mimo to nie były one w stanie. Pozwalała sobie wtedy na zbyt dużo, mówiła zbyt niepotrzebnie, zbyt nieprzemyślane i zbyt boleśnie. Hunter był w tym aspekcie dokładnie taki sam i może właśnie to ich gubiło za każdym razem - nikt nie potrafił powiedzieć zdecydowanego Stop, co zazwyczaj było już równią pochyłą do ostateczności.
Niekoniecznie teraz świadoma, wciąż zaciskała palce lewej dłoni na nieprzyjemnie chłodnej obudowie telefonu. Dlatego kiedy ten został wprawiony w nagłe, zapewniające powrót do rzeczywistości wibracje nie mogła udać, że to się zwyczajnie nie dzieje. Mimowolnie, chyba już nie mogąc inaczej, co gwarantowało przynależenie do pokolenia wykształconego wśród wytworów elektroniki, spojrzała na wyświetlacz, którego krawędzie wyraźniej niż zwykle odznaczały się teraz wśród mroku. Hunt głosił napis nań widniejący. Klasycznie, może nawet nazbyt zwyczajnie bardzo szybko przechodziło porywającą metamorfozę w uroczo, a wystarczyło by na całym wyświetlaczu rozpostarła się fotografia na swój sposób wyjątkowa, bo przypisana tylko i wyłącznie dla tej jednej (wyjątkowej) osoby. Od określenia profesjonalna dzieliły ją lata świetlne, jakość ucierpiała zapewne poprzez drżenie dłoni wywołane chichotem, ale dusza i historia? Och, oczywiście, że były tutaj ukryte. Wakacyjny krajobraz w tle, fragment łososiowego pledu zakończonego frędzelkami, piasek na pograniczu żółci i bieli, skrawek materiału kostiumu kąpielowego pokrytego drobniuteńkimi kwiatami, rozwiane włosy nieco już wilgotne od kąpieli w oceanie, para okularów przeciwsłonecznych szelmowsko wciągnięta na nos i ich twarze. Rozbawione. Spokojne. Bez jakichkolwiek trosk. Zachłyśnięte szczęściem. Lia oparta plecami o klatkę piersiową Hunta. Jego ręka oplatająca ją na wysokości żeber...
Zamiast odebrać, czego nie zamierzała robić nawet gdyby owego kadru, dość nieprawdopodobnego teraz, tutaj zabrakło, przypatrywała się postaci Huntera spoglądającej na nią zawadiacko z jakiegoś równoległego świata, o którego istnieniu nie miała nawet pojęcia.
I czy jeszcze kiedykolwiek zdoła go poznać?
Tak łatwo jest teraz przypuszczać, że widok ten niósł ze sobą rozczulenie. Że topił lód serca wprawiając je w rytm produkujący jeszcze więcej miłości, jeszcze więcej oddania? Że koniec końców nic złego nie miało prawa się już wydarzyć? To tylko jedna jedyna bójka, Lia. Dziesiąta. Chłopcy czasami muszą dać sobie "po razie" by później zostać najlepszymi kumplami, wiesz? Tak właściwie to Hunter został sprowokowany...
Nie.
Wzburzenie jego zachowaniem zaczęło na nowo narastać, najważniejsze, a zarazem najboleśniejsze momenty sprzed kilku minut ponownie zatoczyły koło w jeszcze świeżych okowach pamięci uderzając w nią jeden po drugim. W centralnym punkcie swojej klatki piersiowej, którego nie potrafiłaby określić teraz w jakikolwiek anatomiczny sposób poczuła kumulujące się niebezpiecznie, rozsierdzone ciepło, które nadawało coraz to szybsze tempo jej krokom i które stanowiło bezpośrednią zapowiedź, że prawdopodobnie już tylko sekundy dzieliły ją od utraty względnego opanowania.
Lia, Lia.
Przed dziewczyną rozpościerał się już tylko nieszczególnie długi fragment zupełnie prostej i zarazem pustej drogi. Jeśli udałoby jej się go pokonać w szlachetnym zaproszeniu oczekiwał na nią ostry skręt w lewo i tym samym możliwość zanurzenie się w dzielnicy jednorodzinnych domków. A tutaj, pośród tych wszystkich drobnych alejek istniało bardzo niewielkie prawdopodobieństwo, że Hunter byłby w stanie ją zlokalizować. Naprawdę wierzyła w taki właśnie finał będąc przekonaną, że pojedynek pomiędzy Hunterem oraz straconym już przyjacielem nie zakończy się póki jedna ze stron nie podda się - z własnej woli bądź mimowolnie.
Donośne nawoływanie jej imienia brutalnie rozdarło na strzępy nocną harmonię zazwyczaj wygrywającą melodie ukojenie, tak teraz niepokoju. Wyzwoliło to w Lii jeszcze większy zew ucieczki o czym doskonale świadczył krok którego uparcie nie zwalniala. Czy obawiała się Huntera? Nie, oczywiście, że nie choć musiała przyznać, że była gotowa praktycznie na wszystko - łącznie z obsesyjnymi wyrzutami i wyimaginowanymi posądzeniami.
- Zostaw Hunter. Wracam do domu, to już postanowione. - cały czas uparcie maszerując rzuciła te słowa tylko i wyłącznie w przestrzeń przed sobą. Głos Lii stał się zupełnie bezbarwny, wyprany z każdej, nawet najmniejszej emocji. Czyżby...? Niemalże czuła już pozorny oddech Huntera na swojej szyi i choć nawet jej nie tknął doskonale wiedziała, że jest bardzo blisko. Tego pojedynku nie wygra choćby bardzo się starała. To nie ona pokonywała truchtem kilka kilometrów każdego poranka, to nie ona przemierzała kolejnych kilkanaście podczas treningów i meczów. Równanie było wyjątkowo proste i klarowne - jeśli tylko będzie chciał to po prostu ją dogoni.
Dlatego nagle zatrzymała się i niemalże w tym samym momencie odwróciła w stronę Hunta zmieniając ich położenie na równoległe.
- Więc teraz już zawsze tak będzie? - zapytała chyba tylko i wyłącznie czysto retorycznie, a barwa głosu dziewczyny natychmiast wypełniła się rozgoryczeniem. Wszystkie mechanizmy hamujące ulegały niemalże całkowitemu rozpadowi. Trzask. Jeden z fragmentów uległ oderwaniu. Trzask. Kolejny. Nie było już odwrotu. - Tylko wiesz co? Muszę Cię zmartwić, Hunt! W swoim życiu prawdopodobnie będę zmuszona porozmawiać z jeszcze wieloma facetami! Niebawem pewnie pójdę do pracy i co wtedy zrobisz?! Zatrudnisz się w dokładnie tym samym miejscu by podbijać oko każdemu kto odważy się powiedzieć mi "Cześć"?! Odpowiedź mi, jak sobie to wyobrażasz! Jeszcze chwila i zostanę zupełnie sama, bo spojrzenie na mnie będzie groziło wizytą na ostrym dyżurze! Do tego dążysz, prawda?! Ale nie pozwolę Ci na to! - ręce dotychczas ściśle splecione na klatce piersiowej teraz bezsilnie opadały wzdłuż tułowia Lii z dłońmi zaciśniętymi w piąstki na wysokości linii bioder. Mieszkańcy posiadłości, przy których miało miejsce zdarzenie zapewne otuleni byli błogim snem w bezpiecznej przystani swoich łóżek nie mając najmniejszego pojęcia jak ogromne ludzkie dramaty rozgrywały się teraz pod ich bramami wjazdowymi. A Lia? Lia oddałaby teraz wszystko by znaleźć się w takim właśnie stanie, który spowodowałby, że nie czułaby... Niczego.
- Dlaczego musimy tacy być?! Dlaczego nie możemy być jak normalna para normalnych ludzi, Hunt?! Dlaczego zamiast pojechać na festiwal za miasto i bawić się do rana z przyjaciółmi, testować najgorszy z możliwych rollercosterów w wesołym miasteczku, włamywać się na prywatną plażę sąsiadów, którzy wyjechali musimy ciągle borykać się z tym całym gównem! Odbieranie z komisariatów w środku nocy, pobicia, burdy! - ton całej rozmowy uległ znacznemu podniesieniu, ale bez wątpienia nie był to także nieopanowany krzyk na całą okolicę. Z jej monologu wręcz kipiał ból i rozpacz, która teraz uległa zmaterializowaniu przyjmując całkiem uchwytną postać. Poczucie niemocy, które stopniowo ogarniało ją w tym momencie było wręcz nie do zniesienia.
- Po co wciąż to robisz?! Co jest powodem, że zachowujesz się w taki sposób?! Dlaczego taki jesteś?! - dziewczyna, już chwilę temu przekroczywszy magiczną linię "Utraty kontroli" wykrzyczała wpatrując się w Hunta przeciągle oczami nienaturalnie połyskującymi. - Co jest z Tobą nie tak, Hunt? - rzucone zdecydowanie ciszej niż jeszcze chwilę temu.
Była bezradna.
  Temat: Kto do kogo pasuje?
Lia Bennett

Odpowiedzi: 4465
Wyświetleń: 74782

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2020-11-12, 12:54   Temat: Kto do kogo pasuje?
Klik

Ta całkiem pasuje :>
  Temat: Beacon Hill station
Lia Bennett

Odpowiedzi: 16
Wyświetleń: 511

PostForum: Beacon Hill   Wysłany: 2020-11-10, 23:00   Temat: Beacon Hill station
Za jedną z najgorszych dolegliwości czasów, w których przyszło funkcjonować zarówno Lii jak i Ammy zazwyczaj uważana była obojętność na ludzkie nieszczęścia czy też posługując się gotową sentencją, znieczulica społeczna. Oczywiście zaraz po rodzącej się i coraz bardziej powiększającej swoje szeregi populacji bezwzględnych kobiet, którym wydaje się, że mogą wszystko (zimnych suk) i których naczelną przedstawicielką we wściekłych na powrót oczach Bennett była teraz America Raiz. Właśnie dlatego pojawienie się tutaj małżeństwa, partnerów czy jakiekolwiek inne koligacje społeczne nie łączyłyby tej dwójki oraz podjęte przez nich bardzo zdecydowane, nieznoszące sprzeciwu działania sprawiły, że Lia odzyskała choć niewielką namiastkę poczucia bezpieczeństwa we własnym mieście, które w przeciągu ostatnich kilkunastu minut zostało jej brutalnie odebrane i zrównane niemal z powierzchnią ziemi, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Chyba trudno byłoby odszukać lepiej obrazujące określenie dla zaistniałej sytuacji niż "(...)by zniszczyć wystarczyła zaledwie drobna chwila, a by odbudować bądź zapomnieć potrzeba go niewyobrażalnie więcej". I zapewne dokładnie to czekało ją w najbliższej przyszłości. Lia - pyskata, kiedy trzeba (bądź nie trzeba) choć sama uparcie zwykła twierdzić, że to tylko elokwencja na najwyższym stopniu wtajemniczenia - niestety od lat cierpała na syndrom "Nadmiernie rozszalałej wyobraźni". Dlatego nietrudno się domyślić, że od dziś każda nieprzyjemnie i złowieszczo trzeszcząca gałąź podczas samotnej przeprawy przez park zyska zupełnie nowe imię.
Jewel pragnącej zemsty.
Jednak w tym momencie zeszło to na drugi, dziesiąty, a może pięćdziesiąty plan. Pukającymi do drzwi paranojami będzie się martwić nieco później, bo teraz niczego innego nie pragnęła tak bardzo jak zakończenia przypadkowego spotkania i oddalenia się z obskurnej stacji. Po dłuższej chwili zastanowienia dopisałaby do swojej, wyjątkowo przyziemnej teraz listy życzeń, powrót do domu. Do domu znajomego, przytulnego, ciepłego. Bezpiecznego.
Jej wspaniały, radosny nastrój zniknął bezpowrotnie i został zastąpiony przez jego ponure, posępne widmo. Zaplanowane więc spotkanie prawdopodobnie okaże się być kompletną katastrofą.
- Mhm, oczywiście, uszkodziłam Ci wzrok. - podczas gdy Ammy prawdopodobnie starała się wstać, a bynajmniej na to wskazywały jej dość niezdarne ruchy, Lia w tym czasie miała świetną możliwość by przyjrzeć się jej twarzy i ocenić czy zawartość kieszonkowego spray'u rzeczywiście nie była żrącym kwasem, którego wcześniej tak bardzo zaczęła się obawiać. Jednak nie dostrzegła na niej absolutnie żadnych ran, jedynie zaczerwienione oczy wraz z policzkami oraz sączące się łzy. To zdecydowanie przywróciło jej spokój ducha i tym samym skłoniło do szatańsko kuszącego stwierdzenia, że już bez obaw może wrócić do pastwienia się nad Jewel. - Tak bardzo uszkodziłam, że już nigdy więcej nie ujrzysz jak Twoja urojona - tu nastąpiło bardzo wyraźne podkreślenie wskazujące na niebagatelną wagę tego jednego słowa. - Miłość życia spogląda na Ciebie oczyma pełnymi oddania poruszając w ten sposób każdą strunę Twojej duszy. Zaraz zwymiotuję. - ton głosu Lii przybrał barwę przesadną, przerysowaną, z nutą histerycznego dramatyzmu, uwalniając przy tym ogromne pokłady sarkazmu by na samym już końcu skrzywić się z odrazą. Machina, której głównym celem było jak najboleśniejsze słowne dokuczenie drugiej stronie choć przez chwilę nieco zwolniła, teraz na nowo wprawiała swoje tłoki w ruch.
- Przepraszam, że muszą Państwo tego słuchać. - w ramach przerywnika zwróciła się do nieznajomych wybawicieli z opresji, którzy przecież nieustannie tutaj byli, tuż obok niej. Głos Lii na krótką chwilę przeszedł znaczną transformację i rzeczywiście przeistoczył się w przepraszający i skruszony. Ci zapewne już kilka minut temu zdołali zostać wprowadzeni w stan ogromnej konsternacji próbując tym samym odpowiedzieć sobie na kilka klasycznych pytań z jakimi musiał mierzyć się każdy widz telenoweli wprost z Ameryki Południowej. Otóż, kto kogo i komu zabrał, kto tutaj jest winny... Tak naprawdę.
Wróćmy jednak do...
- I przestań wreszcie bredzić! To już sobie wyjaśniłyśmy! Nie raz! Żadnego I love it when you call me señorita nie będzie! Nie w tym życiu! Nie w Twoim życiu! Zrozumiano?! - kiedy America tak zawodziła, tak lamentowała nad smutnym losem swojego narządu wzroku była całkiem znośna i budziła nawet do życia jakieś kiełkujące ziarnko współczucia. Natomiast teraz najwidoczniej znów postanowiła powrócić do swojego zwyczajowego wcielenia przeobrażając się w tą wiecznie nieszczęśliwą bohaterkę ballad rodem z epoki romantyzmy - tą która rzucała się w przepaść z powodu tragicznej miłości, a później objawiała się jako zjawa powtarzając tylko Zabrałaś mi go, zabrałaś...
Stąd też nawiązanie do popularnej ostatnimi czasy skocznej, popowej piosenki, która atakowała z niemal każdej rozgłośni radiowej i która opowiadała historię strudzonej pracą kelnerki o kubańskich korzeniach (ta przynajmniej trudniła się TYLKO kelnerstwem!) oraz przystojnego chłopca i jego motocyklu, któremu wyjątkowo wpadła w oko.
Jedno jest pewne - jeśli "będzie dane" usłyszeć ją Lii w przeciągu kilku najbliższych miesięcy bez wątpienia zmieni kanał na zupełnie inny, nawet gdyby przez resztę drogi miała uraczać swój zmysł estetyczny muzyką aż do bólu klasyczną.
- Chcesz chusteczkę? - rzuciła niechętnie w przestrzeń tunelu bez jakiegokolwiek zaangażowania, wznosząc przy tym oczy ku górze jak gdyby prosząc w ten sposób o litość i jak najszybsze rozwiązanie konfliktu. Niech otrze swoją czarne łzy, niech pojedzie do tej przeklętej pracy, niech wsiądzie w pociąg, który jako pierwszy ukaże się na stacji, niech nigdy więcej się nie zbliża i...
Zniknie z ich życia.

Gratis do posta :lol:
  Temat: recepcja
Lia Bennett

Odpowiedzi: 3
Wyświetleń: 64

PostForum: Covington Constructions   Wysłany: 2020-11-08, 20:03   Temat: recepcja
#kiedyśpoliczę
Outfit

Kochani, nasz dzisiejszy czas właśnie dobiegł końca. Widzimy się w czwartek. Pamiętajcie o zapoznaniu się z rozdziałem szóstym. Do zobaczenia.
W taki oto sposób profesor Clark pożegnał grupę swoich studentów dając im tym samym jasny komunikat, że to jest właśnie ten moment, kiedy mogą zamknąć laptopy czy też notatniki jeśli ktoś ze zgromadzonych na sali był wielbicielem rękopisu, spakować wszystkie osobiste przedmioty i udać się w kierunku wyjścia z niewielkiej auli. Wśród wspomnianych słuchaczy można było odnaleźć także postać stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów kwintesencji energii, radości i młodości (zazwyczaj). Biorąc jednak pod uwagę, że dzisiejszego dnia Lia postanowiła zasiąść w przedostatnim rzędzie (tym dla popularnych, wiecznych luzaków), a nie w drugim tak jak to miała w zwyczaju (by nie umknęła jej żadna informacja) mogło oznaczać to tylko jedno.
To nie był jej dzień.
I rzeczywiście, dzisiejsze skupienie Lii oraz zaangażowanie znajdowało się na poziomie porównywalnym do katastrofalnego, a jeśli ktokolwiek żądałby namacalnego potwierdzenia tego stanu mógł rzucić okiem chociażby na jej zapiski, które ograniczały się do jednej, ubogiej, rozpoczętej i nigdy nie dokończonej definicji oraz kilku nerwowych pociągnięć długopisem o niezidentyfikowanych kształtach. To by było na tyle jeśli chodzi o ilość wiedzy, którą zdołała wycisnąć z ostatnich dwóch godzin, a więc bez owijania w bawełnę mówiąc, mogłoby jej tutaj w ogóle nie być. Nic w tym jednak dziwnego skoro jej myśli wciąż i wciąż próbowały uparcie zbiec w nieszczególnie przyjemne rejony podświadomości.
Ocknęła się, tym samym wspaniałomyślne zdając sobie sprawę, że jest to najwyższy czas by wstać, dopiero wtedy, kiedy na sali pozostały zaledwie dwie osoby oraz sam profesor Clark. Dość impulsywnie zgarnęła wszystko z blatu by już za chwilę znaleźć się na korytarzu. Zatrzymując się w jego centralnym punkcie ze swego rodzaju dozą niepewności i zagubienia, rozejrzała się na boki. Gdzie tak właściwie powinna teraz pójść by nie oszaleć?
Krótkie spojrzenie rzucone na jaskrawy wyświetlacz telefonu uświadomiło jej, że kilka minut temu wybiła jedenasta. Jedenasta była tą godziną, podczas której powinna udać się na uczelnianą stołówkę i pochłaniając talerz frytek z majonezem spędzić tam co najmniej najbliższe trzydzieści minut w towarzystwie swoich bliskich... I najbliższych. Jednak dziś było jej tam wyjątkowo nie po drodze.
To był ten moment, w którym zapadła spontaniczna decyzja o opuszczeniu murów uniwersytetu. Było pewne miejsce i pewna osoba, do której odwiedzenia przymierzała się już od dłuższego czasu, a dziś wyjątkowo bardzo potrzebowała przychylnego sobie, a już przede wszystkim spokojnego towarzystwa. Według planu zajęć kolejne wykłady miały odbyć się dopiero za dwie godziny, a nawet jeśli nie zdążyłaby na nie wrócić... Nie byłoby to wielką stratą... Nie dziś.
Już od kilkunastu dni na domowych termometrach mieszkańców Seattle można było zaobserwować spadek temperatur zdecydowanie poniżej dziesiątej kreski wśród tych dodatnich aczkolwiek dzisiejszy, o dziwo, wyjątkowo słoneczny dzień szczególnie nakłaniał do dłuższych spacerów. Z tej możliwości postanowiła skorzystać i Lia zupełnie rezygnując z transportu publicznego jako alternatywy do pokonania odległości dzielącej ją od Covington Constructions. Koniec końców już pół godziny później dotarła do dzielnicy Downtown. W przeszłości zdarzyło jej się odwiedzać tutaj kuzyna, a ilość tych razy mogłaby oszacować jako dwa, w porywach do trzech. Jednak okazało się to być w zupełności wystarczające by dziś bez większych trudności odnaleźć właściwy budynek - niebagatelnie wysoki, zawsze zadziwiający swoją monumentalnością nawet jeśli istniała możliwość by podziwiać je od dziecka, a każdy jego centymetr pokryty był przeszkloną materią, o którą w cudowny sposób rozbijały się teraz promienie słońca. Mimo że byli tylko w Seattle natychmiast zaczęła wyobrażać sobie jak wspaniały widok musi rozpościerać się z ostatniego pietra w godzinach, kiedy to słońce żegnało się z mieszkańcami miasta.
Po zbliżeniu sie do automatycznych drzwi te natychmiast wyczuwając obecność ludzkiego istnienia w pobliżu, uchyliły przed nią wrota firmowej recepcji. Atmosfera panująca w powitalnym pomieszczeniu zgoła różniła się od tej, którą jeszcze chwilę temu mogła delektować się na zewnątrz. Uliczny zgiełk przedpołudnia od czasu do czasu uwieńczany nerwowo wciśniętym klaksonem teraz został zastąpiony wszechobecną ciszą oraz muzyką prawdopodobnie relaksacyjną mającą za zadanie umilić czas oczekującym. Wszystko to skomponowane w jedną, spójną całość natychmiast budziło swego rodzaju szacunek i poczucie, że wszyscy tutaj byli istotnie pochłonięci obowiązkami. W powietrzu unosiła się uchwytna wręcz sterylność i Bennett natychmiast doszła do wniosku, że gdyby ta przestrzeń należała do niej bez wątpienia ociepliłaby ją całym mnóstwem świetlistych kul, ozdobnych lampek, puszystych dywanów, pamiątek z podróży, słoików ze słodkościami i pastelowymi kwiatami. Mhm, bez wątpienia zostałoby to poważnie potraktowane przez równie poważnych kontrahentów...
Jej teraźniejszym celem była recepcja. Kobieta stojąca na jej straży nie wydawała się być w tym momencie szczególnie zajęta dlatego też Lia doszła do wniosku, że jeśli zajmie jej kilka minut nie będzie to niczym obciążającym. Idąc w wyznaczonym kierunku dwudziestodwulatka uświadomiła sobie, że prawdopodobnie osoba na tym stanowisku uległa zmianie, bo kiedy była tutaj po raz ostatni opisałaby ją jako uprzejmą, ciepłą kobietą w okolicach czterdziestego roku życia. Dziś natomiast miała przed sobą dziewczynę niewiele starszą od siebie, na pierwszy rzut oka.
- Dzień dobry. Czy Prezes jest w swoim gabinecie? - zapytała serdecznie. Kobieta natychmiast oderwała wzrok od ekranu komputera jednocześnie obrzucając nim tę część sylwetki Lii, która widoczna była znad recepcyjnej lady. Sprawiała wrażenie nieco zaskoczonej jej dość bezpośrednim pytaniem. No tak, nic w tym dziwnego skoro dziewczyna, którą widziała tutaj po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia kariery tak otwarcie żąda widzenia z Prezesem. Wtedy to Bennett jedynie uśmiechnęła się subtelnie, spokojnie oczekując na odpowiedź. W ramach tej nie dowiedziała się niczego odkrywczego - wyuczone, narzucone przez firmowa etykietę "Za chwileczkę się dowiem. Może Pani poczekać tutaj albo usiąść."
- Ach i jeszcze jedno. Jeśli będzie pytał kto przyszedł proszę powiedzieć, że... Inspekcja w sprawie nielegalnych pozwoleń na budowę, dobrze? - recepcjonistka obdarzyła Lię jeszcze bardziej zdumionym spojrzeniem choć teraz studentka dostrzegła tam i nutę sporego zaniepokojenia. Jedynie skinęła głową niepewnie po czym przystąpiła do wystukiwania numeru wprost do gabinetu Nate'a na klawiaturze telefonu. Wierzyła w jej słowa, a może już węszyła tutaj jakiś niecny podstęp? Trudno powiedzieć, ale Lia osobiście skłaniałaby się ku opcji numer dwa. W końcu Bennett o wiele bardziej przywodziła na myśl figlarną studentkę aniżeli poważnego, bezwzględnego urzędnika państwowego.
  Temat: Kto do kogo pasuje?
Lia Bennett

Odpowiedzi: 4465
Wyświetleń: 74782

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2020-11-08, 09:42   Temat: Kto do kogo pasuje?
Jack Daniel's :tyk:
  Temat: state of flux
Lia Bennett

Odpowiedzi: 16
Wyświetleń: 733

PostForum: 37   Wysłany: 2020-11-06, 22:59   Temat: state of flux
A na imię było jej... Zazdrość?
Gdyby cały ten czas, którego wyznacznikami były dwa strategiczne punkty - moment, w którym ich relacja ze stopy koleżeńskiej przekształciła się w zdecydowanie bardziej zażyłą oraz ten teraźniejszy, tu i teraz, zamienić w pełnometrażowy film przewijany przy pomocy zwielokrotnionego przyspieszenia, to po takim właśnie nietypowym seansie jednym z licznych wniosków mogło być na przykład to, że jakieś siedemdziesiąt procent spięć pomiędzy tą dwójką i w efekcie końcowym oczywiście awantur, wynikało z niepohamowanej, palącej zazdrości. Lia oczywiście żadnym ideałem pod tym względem nie była również mając tutaj swoje wzloty i upadki (uzasadnione), ale można stwierdzić, że w większości przypadków radziła sobie z tym problemem w dość godziwy sposób. W o wiele gorszym świetle natomiast stawiało to Huntera czego idealnym choć przykrym odzwierciedleniem był incydent (mimo że słowo to przywodziło na myśl coś drobniuteńkiego) rozgrywający się pod dachem altany w kolorze wyblakłego borda.
Wszystko to, co działo się w głowie panny Bennett w przeciągu ostatnich minut można było podzielić na trzy zasadnicze etapy... Jakże odmienne od siebie. W pierwszym z nich gorączkowo starała się odszukać odpowiedź na wielce filozoficzne pytanie "Dlaczego Hunter już na wstępie zjawił się tutaj z tak bardzo wrogim nastawieniem do Jacka?" Brała pod uwagę kilka możliwości, ale chyba najbardziej realną było to, że tajemniczy ktoś w tym wyjątkowo krótkim czasie mógł dostrzec tutaj Lię i Jacka po czym oczywiście szepnął na ten temat jakiś niewybredny komentarz w obecności Hunta. Później z kolei tok myślenia Bennett zaczął zbaczać na te bardziej niebezpieczne, głębokie, wzburzone wody sugerując jej tym samym bezprecedensowe obwinianie się. Może rzeczywiście niewłaściwym było, że tak beztrosko przesiadywała z innym chłopakiem nie mając Huntera nawet w zasięgu wzroku?
Och, głupia, głupia dziewczyno!
Jednak na całe szczęście Lia bardzo szybko otrząsnęła się z tego zatracającego nonsensu dokonując swego rodzaju aktu samospoliczkowania by raz a skutecznie wybić sobie z głowy wszystkie głupie myśli.
Nie, nie pozwoli wrobić się w poczucie winy. Nie tym razem!
I to dało początek trzeciemu etapowi. Etapowi, który naznaczony został narastającą wewnątrz złością, rozgoryczeniem starannie zmieszanym z choć nie fizycznym tak frazeologicznym bólem serca. Po prostu nie chciała wierzyć i w głowie jej się nie mieściło, że własny chłopak, który znał ją prawdopodobnie jak nikt inny, który potrafił wymienić wszystkie jej, najgłupsze nawet przyzwyczajenia, który dobrze wiedział jakimi wartościami kieruje się w życiu, co ją oburza, co zniesmacza, tak po prostu posądził ją o nieczyste intencje. Czy raczej uważał Lię za osobę niespełna rozumu, która przyszła na imprezę z ukochanym tylko po to by umawiać się na potajemne schadzki z innym mężczyzną. Ale ucinając te wszystkie kretyńskie scenariusze, musiał wiedzieć, po prostu musiał, że do jasnej cholery, nigdy nie wyrządziłaby mu takiej krzywdy! Bo Hunterze McNulty, może Cię kochała? Może była wpatrzona w Ciebie jak w cholerny święty obrazek? Dlatego teraz czuła się tak bardzo dotknięta i w jakimś stopniu zraniona, pewnie bardziej niż rozgrywający w ogóle mógłby przypuszczać gdyby jego umysł nie był przysłonięty teraz chęcią wybijania zębów i barków. To dokładnie tak jak gdyby poświęciła całą noc nie zmrużywszy oka nawet przez chwilę by wykonać swoje zadanie perfekcyjnie w każdym calu, a podczas punktu kulminacyjnego usłyszała jedynie, że wszystko jest złe i właściwie to może zmiąć je w papierową kulę po czym wyrzucić z impetem do najbliższego śmietnika. A Lia każdego dnia starała się wkładać naprawdę wiele mocy w to by Hunter McNulty czuł się kochany, doceniony, ważny, wspaniały... Wyjątkowy.
Jack Donoghue nigdy nie doczekał się łatki Szkolnego Tyrana, na którego ukradkiem zerkały wszystkie osoby mijane pośród korytarzy by subtelnie wybadać jego dzisiejszy nastrój, a więc i starając się odpowiedzieć na pytanie czy warto wchodzić mu dziś w drogę, czy też nie. Nigdy nie wdał się w żadną bójkę - ani w szkole średniej, ani na uniwersytecie, ani na imprezie, ani poza tymi miejscami również. Aż do dziś. Donoghue miał jednak jedną poważną niedociągłość - alkohol nie stanowił jego najlepszego kompana i sprzymierzeńca zabaw. Na co dzień przyjazne, dość łagodne usposobienie chłopaka po kilku szklankach whisky wiele traciło, a zyskiwała natomiast przesadna, nienaturalna wręcz pewność siebie, która wraz z upływem czasu mogła rozbudzić irytację w jego towarzyszach. To wtedy wydawało mu się, że jest samozwańczym panem tego świata, że jest ponad wszystkimi i wszystkim, że może powalić Huntera McNulty'ego jednym ciosem na trawnik i zyskać przy tym miłość oraz uwielbienie zgromadzonych tu tłumów, że może...
- Pierdol się, McNulty! - dłonie Huntera na klatce piersiowej Jacka i w następstwie odepchnięcie okazały się być skuteczne w niemalże stu procentach. Starszy chłopak na krótką chwilę został wytrącony ze stabilnego pionu, ale to w zupełności wystarczyło by poszybował do tyłu zupełnie nie kontrolując osi swojego położenia. Istotnym faktem było to, że by dostać się do drewnianej konstrukcji należało pokonać dwa bardziej ozdobne aniżeli praktyczne stopnie i te sprawiły, że Donoghue tracąc grunt pod nogami nieszczególnie pięknie i z gracją opadł na trawnik. Stąd też ta przepełniona krystaliczną agresją i nienawiścią reakcja, na znak swego rodzaju upokorzenia, którego właśnie doznał. Choć nie było tutaj zbyt wielu gapiów, krzyk młodego prawnika przykuł uwagę osób przebywających na tarasie. Ci natychmiast zaprzestali tych porywających jak i mniej ciekawych rozmów by ze sporym niepokojem malującym się w oczach starać się odszukać autora niezbyt przyjemnych dla zmysłów słów.
- Myślałeś, że powiesz jedno słowo, Ty frajerze i już posłusznie pobiegnę, bo Ty tak chcesz?! A za kogo Ty się kurwa masz?! Za pierdoloną gwiazdę?! - zwyczajnie krzyczał, wpatrując się już tylko w postać rozgrywającego rozjuszonym wzrokiem i jednocześnie zwinnie, energicznie podnosząc się z ziemi. Nie składał broni, o nie, bo już kilka sekund później ruszył wprost na Huntera, a kiedy znalazł się przy nim w mgnieniu oka wykonał dokładnie ten sam ruch jakim student psychologii obdarzył go chwilę temu - pchnął go do tyłu ze wszystkich sił z nadzieją, że ten przewróci się kiereszując przy tym wiklinowe fotele.

Może zabrakło jej teraz wiary w świat, wiary w drugiego człowieka, ale...
W tym momencie Lia zyskała pewność, że tej sytuacji nie uratuje już nic.
Jednak skoro Hunter tak stawiał sprawę, nie zamierzała już walczyć o trofeum, którego i tak nie będzie miała okazji nawet tknąć.

Czy nie mogła ruszyć się z miejsca, ponieważ zawładnęło nią paraliżujące przerażenie?
Nie.
Czy była na granicy omdlenia ze strachu?
Nie.
Stała w dokładnie tym samym miejscu, w którym zatrzymała się po podniesieniu z krzesła. I patrzyła. Tylko i wyłącznie patrzyła. Patrzyła jak Hunt znów to sobie robi. Patrzyła, a to skłoniło ją do refleksji, że dyplom prestiżowego na pozór Wydziału Prawa nie jest gwarantem jakiejkolwiek życiowej inteligencji, bo Jack Donoghue był po prostu skończonym idiotą pakując się w bójkę z kimś nie tylko wyższym od siebie, o bardziej rozbudowanej posturze, ale przede wszystkim o zdecydowanie większym doświadczeniu w wymachiwaniu pięściami. Twarz Lii nie była teraz nieodczytaną księgą, wręcz przeciwnie. Emocje na niej goszczące można było recytować w mgnieniu oka i wyliczać na palcach jednej dłoni. Zażenowanie? Zawód? Załamanie? Swego rodzaju niesmak? Hunt pozwolił wmanipulować się w zabawę, gdzie nikt nawet nie zapytał go o chęć udziału. Uległ paskudnej prowokacji i był jak dziecko, któremu matka raz po raz powtarza "Nie wsadzaj palców do gniazdka", a ono mimo ostrzeżeń robiło to za każdym razem, gdy ta odwróciła się choć na kilka sekund i by tego nie było mało, sięgało do zakazanego miejsca z rozbawionym chichotem. Ale ona nie była jego matką, była jego dziewczyną do cholery, a Hunter to dorosły już mężczyzna i pora by wziął odpowiedzialność za swoje czyny.
Dlatego nie zamierzała dłużej uczestniczyć w tej farsie. Oczywiście, mogłaby teraz zacząć wykrzykiwać hasła "Przestańcie, natychmiast, proszę Was!" czy też "Wyjdź stąd, zostaw nas samych!" jednak nie zrobiła tego. Po co miała zdzierać sobie gardło skoro ta dwójka i tak miałaby Lię oraz jej błagalne prośby za nic, bo wzrok, słuch i wszystkie inne zmysły przysłaniała im tylko czerwień będące zobrazowaniem krwi wroga. W zamian za to po prostu się wycofała. Stała zaraz przy wejściu więc wystarczyło zaledwie kilka drobnych, nienachalnych, niezauważalnych wręcz kroków by ominąć jeden z konstrukcyjnych filarów i zniknąć z wnętrza altany. Jako że obiekt ten znajdował się na uboczu domu bractwa nie musiała wracać do miejsca, gdzie rozgrywały się teraz główne wydarzenia imprezy. Wybrała okrężną drogą, a pokonanie sporego fragmentu trawnika naznaczonego teraz całkowitym mrokiem spowodowało, że znalazła się w okolicach głównego wejścia do domu. Miejsce to było zdecydowanie bardziej oblegane aniżeli bliźniacze, po przeciwnej stronie posiadłości. Ale to już nieistotne. Nie spędzi tutaj nawet minuty dłużej.
Jej "impreza" dobiegła końca po zaledwie dwóch godzinach. Nie zdecydowała się na wezwanie taksówki, mimo że telefon wciąż miała w zasięgu dłoni. W decyzji naznaczonej nutą szaleństwa postanowiła pokonać całą trasę pieszo. Chciała i potrzebowała poczuć uderzenie świeżego, orzeźwiającego, jesiennego powietrza, które ukoi rozszalałe emocje. Cel był wyjątkowo prosty - ochłonąć, pozbyć się natłoku myśli, który teraz atakował ją z każdej możliwej strony. Postawiła podeszwy butów na płycie chodnika przed siedzibą studenckiej organizacji i z nikim się nie żegnając, nikogo nie informując, oddaliła się. Jej chód był energiczny, ale i niesłychanie wzburzony, a wraz z rękoma ściśle splecionymi na klatce piersiowej tworzyła obraz osoby, do której zdecydowanie nie należało się teraz zbliżać. Z każdą upływającą minutą wszelakie sygnały, iż odbywa się tutaj wielkie wydarzenia przestawały istnieć, pozostawiając Lię sam na sam z opustoszałą ulicą, samochodami zaparkowanymi na uboczu i latarniami rozświetlającymi drogę strudzonym wędrowcom.
Po co namawiał ją do przyjścia tutaj?! Po co skoro nie mogła nawet tak zwyczajnie porozmawiać ze znajomymi! Co to w ogóle miało znaczyć?! Chciał by się nie wtrącała?! Proszę bardzo! Nie wtrąciła się! Chciał mieć problemy? Proszę bardzo! Był na najlepszej drodze ku temu!
  Temat: They call me devil, my heart is empty, just try and tempt me
Lia Bennett

Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 229

PostForum: relacje   Wysłany: 2020-11-04, 21:14   Temat: They call me devil, my heart is empty, just try and tempt me
Bardzo przyda mi się taka osoba, jestem na tak! Ostatnio sporo tych kłopotów na horyzoncie więc tym bardziej wsparcie jest w cenie :/

Jak tylko będę na czysto z postami, to zgłoszę się do Ciebie na PW w sprawie gierki <3
  Temat: Beacon Hill station
Lia Bennett

Odpowiedzi: 16
Wyświetleń: 511

PostForum: Beacon Hill   Wysłany: 2020-11-04, 20:58   Temat: Beacon Hill station
Powiedzmy sobie szczerze, użyty gaz pieprzowy - małe, niepozorne znalezisko, które najwidoczniej posyłając niewidzialne, utajnione sygnały postanowiło przypomnieć o sobie w odpowiednim, idealnym wręcz momencie - stanowił tą ostatnią już możliwość, po którą mogła sięgnąć Lia by wyjść z tego starcia w enigmatycznym "jednym kawałku". Jeśli okazałoby się, że America Raiz jest istotą nadprzyrodzoną czy też innym wytworem wprost z Marvelowskich komiksów odpornym na tego typu substancje, to w takim przypadku nie pozostałoby Lii nic innego jak pogodzić się z tym, że na jej twarzy jeszcze tego wieczoru może zagościć nieszczególnie pożądany siniak bądź też strużka krwi swój bieg rozpoczynająca w okolicach nosa, a kończącą w okolicach ust dziewczyny. Choć te kilka prozaicznych czynności - wywarcie nacisku na rozpylacz gazu, odchylenie głowy na bok i oczekiwanie na reakcję Ammy - w czasie rzeczywistym zajęło jakieś marne ułamki sekund, tak w czasie Złodziejki Miłości były to niemiłosiernie długie minuty. Minuty wypełnione przerażeniem czy zupełnie obca dotychczas misja zakończyła się powodzeniem; minuty przeplatane przyspieszonym oddechem, którego nie do końca była świadoma, a przecież nie miała na swoim koncie maratonu ukończonego chwilę temu i wreszcie - minuty naznaczone nieznośnym napięciem, bo przecież tak bardzo chciała by wszystko skończyło się po jej myśli, a nie miała na to żadnego wpływu. Wszystko w rękach losu choć możliwości były dokładnie dwie - będzie sprzyjający... Albo i nie.
I nagle wszystko ustało.
Choć wszystko to zdecydowanie wygórowane słowo biorąc pod uwagę, że ton głosu panny Raiz zwiększył swoją moc o conajmniej kilka solidnych decybeli. Jednak to, co było dla Lii w tym momencie najistotniejsze ziściło się - Latynoska zaprzestała uporczywych ataków wymierzanych w stosunku do jej osoby. Aczkolwiek by nie było zbyt miło, zbyt prosto i po prostu zbyt, opadając na surowy beton platformy i tym samym ześlizgując się z brzucha Lii prawdopodobnie przetrąciła jej przy tym kilka kluczowych wnętrzności mimo swojej niepozornej wagi. Lecz w tym momencie chwilowe uczucie wyjątkowo nieprzyjemnego dyskomfortu ustąpiło miejsca trwodze. Lia była szczerze zszokowana już nawet nie obelgami wycelowanymi w jej kierunku raz po raz, ale tym jak bardzo krzyczała teraz America, jak bardzo szamotała się sama z sobą, a to już zrodziło w jej głowie pewne... Przemyślenia. Może nie było to miejsce i czas na tego typu wspomnienia, ale przed oczyma natychmiast stanął jej reportaż, który miała okazję oglądać jakiś czas temu, a jego główna tematyka dotyczyła wymierzania "sprawiedliwości" przy pomocy... Kwasu. Teraz Bennett pozostało już tylko modlić się o to by jej ojciec wykazał się rozsądkiem podczas zakupu owej broni dla swojej córki i zwyczajnie nie przesadził, w żadną stronę. Gdyby spray pozostawił na twarzy Ammy tego typu szpecące ślady chyba nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Mimo całej nienawiści jaką w tym momencie darzyła rozwścieczoną dziewczynę.
- Hej! Spokój! Natychmiast! - jej chwilowy atak osłupienia, a więc i zawieszenia jakichkolwiek działań został przerwany przez męski, donośny głos i wyraźny dźwięk truchtu, który z każdą chwilą coraz to wyraźniej zaznaczał swoje ja. Lada moment okazało się jednak, że biegną tutaj dwie osoby, nie jedna.
- Wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy? - jedna z nich swoje kroki skierowała właśnie do Lii. Był to mężczyzna oraz kobieta i snując historie oparte na "pierwszym wrażeniu" na pewno można było stwierdzić, że zdecydowanie bliżej było im do czterdziestych urodzin aniżeli chociażby tych trzydziestych. Wydawali się być osobami statecznymi, dojrzałymi, o uporządkowanym życiu.
- Nic mi nie jest, naprawdę. - odpowiedziała z lekką nutą niepewności w głosie, w tej samej chwili uświadamiając sobie, że przecież nieustannie znajduje się w pozycji półleżącej - na tej paskudnej, brudnej ziemi pełnej drobinek piasku i niekiedy błota, ale i miejscowych kałuż. To okazało się być wyśmienitą motywacją do tego by przenieść się najpierw do siadu, a chwilę później przystąpić do całkowitego podniesienia z płyty stacji i ostatecznie stanąć na stabilnych, własnych nogach.
- Na pewno? - kobieta wyciągnęła w jej kierunku rękę gwarantując tym samym asekurację jak gdyby obawiała się, że Lia lada moment niebezpiecznie się zachwieje. Jednak nic takiego nie miało miejsca.
- Tak, nie zdążyła zrobić mi niczego poważnego. - nawet uśmiechnęła się delikatnie choć był to zdecydowanie bardziej klasyczny śmiech przez łzy aniżeli ten mający cokolwiek wspólnego ze szczerością. Lia mimowolnie przeczesała włosy dłonią po pierwsze dlatego, że nie miała pojęcia jak powinna teraz się zachować, a po drugie dlatego, że prawdopodobnie jej aktualna prezencja idealnie odzwierciedlała to wszystko, co działo się we wnętrzu dziewczyny - kompletny nieład i zagubienie.
- Od pewnego momentu wszystko widzieliśmy i bez problemu możemy złożyć zeznania na policji. Kochanie, dzwoniłaś już na policję? - tym razem postanowił przemówić mężczyzna zwracając się bezpośrednio do swojej towarzyszki.
- Nie, Mark. Już to zrobię.
Słowa te sprawiły, że ta część mózgu panny Bennett odpowiadająca za analityczne myślenie zaczęła pracować ze zdwojoną siłą. Z czym mogło wiązać się zjawienie policji w obskurnym tunelu na obrzeżach miasta? Bez wątpienia z tym, że America Raiz wpadnie w spore tarapaty, ale tutaj nie powinna i nie miała jakichkolwiek wyrzutów sumienia, proszę jej to wybaczyć. Ale były też inne konsekwencje... Konsekwencje, które musiałyby dotknąć bardzo drogą jej sercu osobę. Jeśli wydarzenie to osiągnie swój finał w czterech ścianach komisariatu nie będzie mogła zachować tego "tylko dla siebie". Na pewno będzie zmuszona przyznać się wtedy do wszystkiego conajmniej swojemu ojcu i dokładnie wytłumaczyć kim była dziewczyna, która ją napadła. Ten z kolei przy pierwszej nadążającej się okazji na pewno wspomni o wszystkim Hunterowi... No właśnie, Hunterowi. Choć tego typu sytuacja jeszcze nigdy nie miała miejsca w ich wspólnym życiu, nie trzeba być wybitnie kreatywnym myślicielem by wyobrazić sobie do jakiego stanu mogły doprowadzić jej chłopaka niespodziewane wieści. Nie chciała tego dla niego. Nie chciała by na zakończenie tego całkiem dobrego dnia popadł w wyjątkowo podłe stany emocjonalne. Nie chciała zrujnować z kretesem tego przyjemnego stanu po udanym treningu, w którym zapewne znajdzie się niebawem.
Dlatego właśnie podjęła decyzję. Dość spontaniczną i pewnie nierozważną, ale swoją. W jej mniemaniu najlepszą.
- Proszę nie dzwonić. Ja... Ja załatwię to sama. Po wyjściu stąd. Wiem z kim mam do czynienia. - zdanie to wypowiedziała dość szybko, niemalże na jednym wdechu by chwilę później objąć zaniepokojonym wzrokiem parę wybawicieli.
- W porządku... - stwierdził mężczyzna choć wydawał się być nieszczególnie przekonany co do jej pomysłu. - Potrzebujesz czegoś? Zostawiliśmy samochód na parkingu, możemy Cię podrzucić gdzie trzeba. - zaproponował.
- To bardzo miłe z Waszej strony, ale nie będzie to konieczne. Na zewnątrz czeka na mnie znajoma, już pewnie od dłuższej chwili. Ale... Myślę, że nie możemy jej tutaj tak po prostu zostawić póki nie wydobrzeje. - no właśnie, bo przecież wciąż była tutaj America. I mimo wszystkich karygodnych, niedopuszczalnych występków, których dopuściła się w oczach Lii i na Lii, zaczynając od upatrzenia sobie jej chłopaka jako swojej ofiary, a kończąc na próbie pobicia jej... Nie potrafiła tak po prostu odejść w nieznane i pozostawić jej tutaj na pastwę losu. Przecież kompletnie nie widząc na oczy była najłatwiejszym z możliwych celów dla wszelkiego rodzaju kieszonkowców, mniejszych i większych złodziejaszków bądź, o zgrozo, gwałcicieli. Zwłaszcza teraz, gdy tak tkwiła na ziemi w bliżej niezidentyfikowanej pozycji.
- Byłabym wdzięczna gdybyście mogli ze mną poczekać. Nie wiem jak będzie zachowywać się, kiedy gaz przestanie działać. - skierowała prośbę do nieznajomych.
  Temat: They call me devil, my heart is empty, just try and tempt me
Lia Bennett

Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 229

PostForum: relacje   Wysłany: 2020-11-03, 09:21   Temat: They call me devil, my heart is empty, just try and tempt me
Hej!
Co sądzisz o kuzynostwie? Obydwoje mieszkamy w Seattle "od zawsze", moglibyśmy założyć, że nasze mamy były siostrami (każda z nich przyjęła nazwisko po mężu stąd i my mamy różne). Ogólnie rzecz biorąc to w pewnych momentach nasze historie mocno się powielają. Chodzi mi tutaj zwłaszcza o to, że zarówno Lia jak i Nathaniel zostali osieroceni przez mamy właśnie. Może to jest jakieś "rodzinne fatum" ?
Jako że jest pomiędzy nimi pewna różnica wieku, to mogło być i tak, że podczas wszelakich rodzinnych imprez w odległej przeszłości Nate był zmuszany do niańczenia młodej :lol: Ona pewnie zadawała mu tysiące irytujących pytań, wspinała się na drzewa i wracała z rozbitym kolanem przez co biedny Nate dostawał reprymendę, że "Znów grał tylko na tym telefonie, a nie zajmował się tym, co do niego należy!" <3
Pewnie po kilku takich sytuacjach, kiedy tylko pojawiała się w zasięgu wzroku wywoływało to u niego reakcję w postaci wybornego wywracania oczami.
Ale teraz oczywiście dorośli, Lia już nie wspina się na drzewa i nie potrzebuje niańki więc jak najbardziej mogą się lubić i tworzyć zgrany team?
  Temat: nieobecności
Lia Bennett

Odpowiedzi: 107
Wyświetleń: 1198

PostForum: sprawy organizacyjne   Wysłany: 2020-11-01, 20:56   Temat: nieobecności
Imię i nazwisko: Lia Bennett
Data nieobecności: 01.11.2020 - 04.11.2020
Powód: Nieobecność "na wyrost" - otwarcie powiem, że kończy mi się czas na wrzucenie posta, a mimo najszczerszych chęci nie mogę dziś nic z siebie wykrzesać :-( Jutro, najpóźniej we wtorek wrzucę posta, ale chcę uniknąć wpadnięcia do nieaktywnych.

[ Komentarz dodany przez: Aviana Herschel: 2020-11-02, 01:00 ]
Nieobecność uznana i dodana do spisu.
 
Strona 1 z 6
Skocz do:  

you're my person
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, październik - 71 punktów
Ruda dwudziestosześciolatka, która w Seattle mieszka od nieco ponad dekady. Podobno tańczy jak szalona, gdy układa ludziom fryzury. Lubi chwalić się, że jest tą starszą z bliźniaczek. Możesz pomylić ją z Tottie.
Postać z największą liczbą punktów fabularnych, październik - 83 punkty
Szalony pisarz, który oprócz przelewania fabuł na kartki książek - wciela je w życie. Znany bohater Seattle oraz celebryta, który wystąpił u Ellen DeGeneres i wcale nie była to wizualizacja.